79. Choroba jako błogosławieństwo
W 2014 roku Partia Komunistyczna zaczęła szkalować Kościół Boga Wszechmogącego za pomocą majowego incydentu w Zhaoyuan; na prawo i lewo aresztowano braci i siostry. W naszym rejonie ujęto większość przywódców, a część nowych braci i sióstr żyło w strachu i zniechęceniu. W tym krytycznym okresie zostałam awansowana na przywódczynię kilku kościołów. Pomyślałam sobie, że przejęcie steru w czasie kryzysu to wielka odpowiedzialność – nie mogłam zawieść Boga. Rzuciłam się w wir obowiązków, nieprzerwanie ryzykując aresztowanie. Czułam, że Bóg pochwali mnie za ochronę dzieła kościoła w okresie niebezpieczeństwa i na pewno zasłużę na zbawienie i wejście do Jego królestwa. Wtedy niespodziewanie poważnie zachorowałam.
Pewnego dnia w październiku 2014 roku nagle upuściłam miseczkę, jedząc obiad. Zrzuciłam to na karb nieostrożności, więc chciałam ją podnieść i wytrzeć ręce chusteczką, ale okazało się, że nie mam władzy nad dłońmi i nie mogę chwycić chusteczki. Niebawem straciłam czucie w dłoniach i stopach i całkiem nieruchomo siedziałam na krześle. Rodzina od razu zmierzyła mi ciśnienie krwi – miałam ponad 200. Zażyłam leki na obniżenie ciśnienia, ale nie poskutkowały. Byłam oszołomiona i nie wiedziałam, co mogło do tego doprowadzić. Nie wiedziałam, czy to coś poważnego. Ale wtedy uznałam, że przez lata wiary wkładam tak dużo wysiłku w spełnianie obowiązku, że na pewno otrzymam łaskę Bożą, więc moja choroba nie może być poważna. Nawet gdybym była chora, Bóg na pewno mnie obroni i uzdrowi. Ta myśl bardzo mnie uspokoiła. Następnego dnia rano po obudzeniu spróbowałam delikatnie poruszyć dłońmi i stopami – po prawej stronie ciała wszystko było w normie, ale w lewej ręce i nodze nie miałam czucia. Ledwo cokolwiek czułam. Od razu cała zesztywniałam: Czemu nie czuję się całkiem dobrze? Czy to częściowy paraliż? W takim stanie nie mogę spełniać obowiązku. Czy jeśli stanę się bezużyteczna, zostanę wyeliminowana? Czy będę miała wtedy szansę na zbawienie? Wtedy pomyślałam, że odzyskanie czucia w połowie ciała przez jedną noc to coś wspaniałego i na pewno stanowi błogosławieństwo Boże. Jeśli to Bóg mnie uzdrowił, to na pewno szybko wrócę do zdrowia, prawda? Uznałam, że Bóg mnie ochrania i nie muszę się niczym martwić.
Rano poszłam na badania, a po tomografii komputerowej lekarz powiedział z poważną miną: „Po prawej stronie wystąpił u pani 10ml krwotok śródczaszkowy. Gdyby miał miejsce nieco wyżej, ucierpiałby ośrodek mowy. Straciłaby pani umiejętność mówienia i prawdopodobnie wpadła w stan wegetatywny. Biorąc pod uwagę, że krwotok miał miejsce wczoraj wieczorem, miała pani niesamowite szczęście. Należy niezwłocznie podjąć leczenie”. Zaproponował metody konserwatywne - na początek wlewki. Jeśli zakrzepy krwi w mózgu się nie rozpuszczą, czekała mnie operacja. Na wieść o krwotoku w mózgu miałam kompletną pustkę w głowie. Nigdy nie sądziłam, że sprawa mogła być tak poważna. Nie miałam nawet 50 lat, więc jeśli leczenie się nie powiedzie i będę częściowo lub całkowicie sparaliżowana, co za straszliwe życie mnie czeka? Operacja mózgu jest tak groźna, że mogę przypłacić ją życiem. Jak wtedy zostanę zbawiona i wejdę do królestwa Boga? Poświęciłam wierze tyle lat, więc nie rozumiałam, jak mogę mieć taki poważny problem zdrowotny. Czemu Bóg mnie nie chronił? Z każdą chwilą byłam bardziej zdenerwowana i nie mogłam nic przełknąć. Piątego dnia mojego pobytu w szpitalu stan pacjentki na łóżku obok nagle bardzo się pogorszył i została przeniesiona do innego szpitala. Znowu bardzo się zdenerwowałam. Zostałyśmy przyjęte tego samego dnia i spokojnie mogła spacerować, a teraz wywozili ją na wózku. Wydawało się, że nie wiadomo, czy ktoś przeżyje, czy nie; zastanawiałam się, czy mnie też się może nagle pogorszyć.
Nawet po tygodniu w szpitalu czucie w lewej nodze wróciło tylko minimalnie. Pomyślałam: „Czemu Bóg się mną nie opiekuje? W tym krytycznym momencie nie mogę spełniać obowiązku, więc czy straciłam szansę na zbawienie?”. Ta myśl zmroziła mi serce i nie mogłam opanować płaczu. Przez dziewięć lat wiary ciężko pracowałam, nie pozwalając, by cokolwiek stanęło mi na drodze. Bez wahania brałam na siebie trudności i problemy w kościele, nie cofnęłam się nawet wobec realnego zagrożenia aresztowaniem. Zawsze spełniałam obowiązek. Przez lata bycia przywódczynią cierpiałam bardziej i zastanawiałam się więcej niż inni bracia i siostry. Sądziłam, że skoro tyle oddałam i tak dążyłam, Bóg mi pobłogosławi. Jak mogłam nagle tak ciężko zachorować? Czy Bóg już o mnie nie dbał? Jeśli nie wyzdrowieję i nie wrócę do obowiązków, czy mogę dostąpić zbawienia? A jeśli nie – czy te lata poświęceń i ciężkiej pracy pójdą na marne? Nie starałabym się tak bardzo, gdybym wiedziała, co się wydarzy. Byłam coraz bardziej nieszczęśliwa. Nie chciałam się już nawet modlić ani rozważać słów Bożych. Byłam poddenerwowana i z roztargnienia podłożyłam rękę, w którą miałam wpiętą kroplówkę, pod głowę, przez co igła się wysunęła, a cała ręka mi spuchła. Na widok spuchniętej lewej ręki byłam nieszczęśliwa. Myślałam o braciach i siostrach tryskających energią, szerzących ewangelię i spełniających obowiązek, podczas gdy ja leżałam w szpitalu niezdolna spełniać obowiązek. Czyż nie byłam kompletnie bezużyteczna? To pora na szerzenie ewangelii kościoła; inni mogą spełniać swój obowiązek i robić dobre uczynki, a ja pewnie zostanę wyeliminowana. Czułam, że Bóg mnie nie zbawi. Tej nocy przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Pogrążona w rozpaczy i ze łzami w oczach stanęłam przed Bogiem w modlitwie: „Boże, naprawdę cierpię. Wiem, że dzieje się to za Twoim przyzwoleniem i nie powinnam źle Cię rozumieć. Proszę, pokieruj mną, żebym pojęła Twoją wolę i podporządkowała się Twojej władzy i Twoim planom”.
Na szczęście jedna siostra przysłała mi do szpitala odtwarzacz MP5, więc, kiedy wszyscy spali, zakładałam słuchawki i włączałam sobie słowa Boże. Jeden z fragmentów bardzo mi pomógł. Słowa Boga mówią: „Oczyszczenie jest dla wszystkich ludzi straszliwe i bardzo trudne do przyjęcia – a jednak to w trakcie oczyszczania Bóg odkrywa przed człowiekiem swoje sprawiedliwe usposobienie, ujawnia swoje wymagania wobec niego i zapewnia więcej oświecenia, rzeczywistego przycinania i rozprawiania się. Poprzez porównanie faktów z prawdą, daje On człowiekowi większą wiedzę o sobie samym i o prawdzie oraz lepsze zrozumienie woli Bożej, pozwalając tym samym człowiekowi kochać Boga miłością prawdziwszą i czystszą. Takie właśnie cele przyświecają Bogu przy oczyszczaniu człowieka. Całe dzieło, jakiego Bóg dokonuje w człowieku, ma swoje własne cele i sens; Bóg nie podejmuje pracy pozbawionej znaczenia ani nie wykonuje dzieła, które nie przynosi człowiekowi korzyści. Oczyszczenie nie oznacza usunięcia ludzi sprzed oblicza Boga ani zgładzenia ich w piekle. Oznacza raczej zmianę usposobienia człowieka w czasie oczyszczania, zmianę jego intencji, dawnych poglądów, jego miłości do Boga i całego życia. Oczyszczenie to prawdziwy test dla człowieka, forma prawdziwego szkolenia, i tylko podczas oczyszczania jego miłość może spełniać swą nieodzowną rolę” (Tylko doświadczając uszlachetniania, człowiek może posiąść prawdziwą miłość, w: Słowo, t. 1, Pojawienie się Boga i Jego dzieło). Kiedy to przemyślałam, zrozumiałam, że kiedy Bóg sprawdza i oczyszcza ludzi, nie ma na celu ich eliminacji, ale ich czyszczenie i przemianę. Nie szukałam woli Boga ani nie próbowałam zrozumieć Jego dzieła. Od wylewu źle rozumiałam i obwiniałam Boga. Byłam taka głupia! Pomodliłam się do Boga. Chciałam się podporządkować, czytać słowa Boga i myśleć nad sobą, i czegoś się nauczyć.
Zgodnie ze słowem Boga: „Najsmutniejszą kwestią dotyczącą wiary człowieka w Boga jest to, że człowiek dokonuje swojego własnego zarządzania w Bożym dziele, nie dbając jednako zarządzanie Boga. Największa porażka człowieka polega na tym, w jaki sposób, jednocześnie dążąc do posłuszeństwa Bogu i oddawania Mu czci, człowiek buduje swój własny, idealny cel i kalkuluje, jak otrzymać największe błogosławieństwo oraz osiągnąć ten najlepszy rezultat. Nawet jeśli ktoś rozumie, jak bardzo jest żałosny, odrażający i żenujący, ilu potrafi bez wahania porzucić swoje ideały oraz nadzieje? A kto jest w stanie powstrzymać swoje działania i przestać myśleć tylko o sobie? Bóg potrzebuje tych, którzy będą z Nim blisko współpracować, aby wypełniać Jego zarządzanie. Potrzebuje tych, którzy poddadzą Mu się, poświęcając cały swój umysł i ciało dziełu Jego zarządzania. On nie potrzebuje ludzi, którzy każdego dnia wyciągają ręce, żebrząc od Niego, a tym bardziej nie potrzebuje tych, którzy niewiele dają, a następnie oczekują nagrody. Bóg gardzi tymi, którzy wnoszą śmiesznie mało, po czym spoczywają na laurach. Nie znosi tych zimnych ludzi, którzy nie uznają dzieła Bożego zarządzania, a chcą jedynie rozprawiać o pójściu do nieba i uzyskiwaniu błogosławieństw. Bóg odczuwa jeszcze większą odrazę do tych, którzy wykorzystują okazje, jakie im nastręcza Jego dzieło zbawienia ludzkości. Wynika to z faktu, że ci ludzie nigdy nie troszczyli się o to, co Bóg pragnie osiągnąć i uzyskać poprzez dzieło swojego zarządzania. Dbają jedynie o to, w jaki sposób mogą skorzystać z możliwości, jakie daje im Boże dzieło, aby dostąpić błogosławieństw. Nie obchodzi ich serce Boga, gdyż są totalnie pochłonięci własnymi perspektywami i własnym losem. Ci, którzy nie uznają dzieła Bożego zarządzania i nie wykazują najmniejszego zainteresowania tym, w jaki sposób Bóg zbawia ludzkość, oraz Jego wolą, czynią tylko to, co zadowala ich samych w sposób oderwany od dzieła Bożego zarządzania. Ich zachowanie nie jest pamiętane ani akceptowane przez Boga, tym bardziej nie spogląda On na nie przychylnie” (Dodatek 3: Człowiek może dostąpić zbawienia jedynie pod Bożym zarządzaniem, w: Słowo, t. 1, Pojawienie się Boga i Jego dzieło). Słowa Boga opisywały dokładnie mój stan. Kiedy przyjęłam wiarę, zobaczyłam, co Bóg obiecał człowiekowi i pomyślałam, że dopóki ciężko pracujemy i poświęcamy się dla Boga, możemy zostać zbawieni i wejść do królestwa. Więc z zapałem spełniałam obowiązek, pokonując wszystkie przeciwności. Kiedy inni członkowie kościoła mieli trudności, od razu spieszyłam z pomocą. Spełniałam obowiązek nawet w obliczu grożącego mi aresztowania. Sądziłam, że takim poświęceniem na pewno zasłużę na ochronę Boga i Jego błogosławieństwa, i że będę miała miejsce w królestwie niebieskim. Kiedy zachorowałam i stanęłam w obliczu możliwego częściowego paraliżu, bałam się, że nie mam ochrony ani błogosławieństw Bożych i straciłam szanse na dobrą przyszłość i dobre przeznaczenie. Byłam pełna skarg, a nawet chciałam wyrównać rachunki, obliczając wszystko, co zrobiłam. Dyskutowałam z Bogiem, kłóciłam się z Nim, próbowałam użyć swoich poświęceń jako karty przetargowej. Bóg opisał taką osobę jak ja słowami: „niewiele dają, a następnie oczekują nagrody”. oraz „wnoszą śmiesznie mało, po czym spoczywają na laurach”. W obliczu poważnej choroby ujawniły się moje ukryte motywy i transakcyjne podejście motywujące mnie do poświęceń dla wiary. Nie spełniałam obowiązku, żeby dążyć do prawdy i odrzucić skażenie, ale chciałam zamienić pozornie ciężką pracę na łaskę i błogosławieństwa Boże, na błogosławieństwo królestwa. Targowałam się z Bogiem, wykorzystywałam i oszukiwałam Go. Jak taka oportunistka mogła być godna królestwa Boga? Gdyby nie mój wylew, dałabym się zwieść własnym powierzchownym wysiłkom i nigdy nie rozpoznałabym nikczemnych motywów dążenia do błogosławieństw i przekłamań w mojej wierze. W swojej wierze nadal opierałabym się Bogu, zupełnie nieświadoma tego, co robię.
Długo się nad sobą zastanawiałam i nad tym, czemu spełniając obowiązek próbowałam targować się z Bogiem. W poszukiwaniach trafiłam na te słowa Boże: „Wszyscy ludzie żyją tylko dla siebie. Każdy człowiek myśli tylko o sobie i troszczy się tylko o swój interes – to jest podsumowanie ludzkiej natury. Ludzie wierzą w Boga dla samych siebie; rezygnują z rzeczy, ponoszą koszty na Jego rzecz i są Mu wierni – wszystko to robią dla własnego dobra. W sumie chodzi im tylko o uzyskanie błogosławieństw dla siebie. W społeczeństwie wszystko jest robione wyłącznie dla osobistej korzyści; w Boga wierzy się jedynie po to, by uzyskać błogosławieństwa. Rezygnuje się ze wszystkiego i jest się w stanie znieść wiele cierpienia właśnie po to, aby uzyskać błogosławieństwa. Wszystko to stanowi empiryczny dowód na to, że natura człowieka jest skażona” (Część trzecia, w: Słowo, t. 3, Rozmowy Chrystusa dni ostatecznych). Słowa Boga pokazały mi źródło roszczeniowego podejścia w mojej wierze. Powiedzenia typu „Każdy myśli tylko o sobie, a diabeł łapie ostatniego” i „Za darmo nie kiwnij nawet palcem” to szatańskie idee, które zakorzeniły się w moim sercu i stały się dla mnie zasadami przetrwania. We wszystkim, co robiłam, na pierwszym miejscu stawiałam własny zysk, więc uważałam, że za włożoną pracę należy mi się nagroda. Nawet pracując dla Boga, próbowałam się z Nim targować i sądziłam, że zabieganie o błogosławieństwa w wierze to coś naturalnego. Kiedy pomimo ciężkiej pracy i wielu poświęceń doznałam wylewu i zrozumiałam, że w każdej chwili mogę umrzeć, straciłam nadzieję na zbawienie, na dobry wynik i przeznaczenie, więc od razu sprzeciwiłam się Bogu i Go obwiniałam. Podliczyłam wszystko, co zrobiłam, kłócąc się z Bogiem i Mu sprzeciwiając. Ujrzałam, że żyłam według trucizn szatana. Nie miałam zupełnie żadnego podobieństwa do człowieka i jeśli nie wyrażę skruchy, prędzej czy później zostanę wyeliminowana i ukarana.
Później przeczytałam jeszcze kilka fragmentów słów Bożych, które pozwoliły mi zrozumieć błędne spojrzenie, jakie miałam na dążenia w mojej wierze. Bóg Wszechmogący mówi: „Kiedy człowiek ocenia innych, czyni to na podstawie ich wkładu. Kiedy Bóg ocenia człowieka, czyni to na podstawie jego natury. Pośród tych, którzy poszukują życia, Paweł był kimś, kto nie znał swojej własnej istoty. W żadnym wypadku nie był pokorny ani posłuszny, ani też nie znał swojej istoty, która sprzeciwiała się Bogu. Tak więc był kimś, kto nie doznał szczegółowych doświadczeń i kimś, kto nie wprowadzał prawdy w życie. Piotr był inny. Znał swoje niedoskonałości, słabości i swoje zepsute usposobienie stworzenia Bożego, a więc miał ścieżkę praktyki, poprzez którą należało zmienić swoje usposobienie. Nie był jednym z tych, którzy posiadali tylko doktrynę, ale nie posiadali rzeczywistości. Ci, którzy się zmieniają, to nowi ludzie, którzy zostali zbawieni. Są tymi, którzy są wykwalifikowani w dążeniu do prawdy. Ludzie, którzy się nie zmieniają, należą do tych naturalnie przestarzałych; są tymi, którzy nie zostali zbawieni, tj. tymi, którzy są wzgardzani i odrzucani przez Boga. Nie zostaną oni zapamiętani przez Boga, niezależnie od wielkości ich dzieła. Kiedy porównujesz to ze swoim własnym dążeniem, oczywistym powinno być, czy ostatecznie jesteś taką osobą jak Piotr, czy taką jak Paweł” (Sukces i porażka zależą od ścieżki, którą się kroczy, w: Słowo, t. 1, Pojawienie się Boga i Jego dzieło). „Jeżeli prawda jest tym, czego szukasz, jeśli to, co wprowadzasz w życie, jest prawdą i jeśli to, co zdobywasz, jest zmianą twojego usposobienia, wówczas ścieżka, którą kroczysz, jest właściwa. Jeżeli to, czego szukasz, to błogosławieństwo ciała, a to, co wprowadzasz w życie, jest prawdą zgodną z twoimi pojęciami i jeżeli nie następuje zmiana twojego usposobienia, a ty w ogóle nie jesteś posłuszny Bogu wcielonemu i nadal żyjesz w niejasnym stanie, wówczas to, czego szukasz, z pewnością zaprowadzi cię do piekła, bo ścieżka, którą idziesz, jest ścieżką porażki. To, czy zostaniesz udoskonalony, czy wyeliminowany, zależy od twojego własnego dążenia i należy powiedzieć, że sukces i porażka zależą od ścieżki, którą idzie człowiek” (Sukces i porażka zależą od ścieżki, którą się kroczy, w: Słowo, t. 1, Pojawienie się Boga i Jego dzieło). Kiedy się nad tym zastanowiłam, słowa Boże stanowiły oświecenie. Oceniając człowieka, Bóg nie opiera się na tym, co powierzchownie zrobił, ale na jego podejściu i perspektywie wobec przeciwności, na tym, jaką przyjmuje postawę, oraz tym, czy wprowadza prawdę w życie i podporządkowuje się Bogu. Sądziłam, że o ile ktoś się poświęca i ciężko pracuje, Boga to ucieszy i im pobłogosławi, że będą mieli dobre przeznaczenie. Czy to nie było sprzeczne ze słowami Boga? W Wieku Łaski Paweł podróżował przez większość Europy, szerząc ewangelię. Sporo się wycierpiał, dokonał dużej części dzieła i założył wiele kościołów. Ale wszystko, co robił, nie wynikało z podporządkowania się Bogu ani żeby dobrze spełniać obowiązek istoty stworzonej. Robił to po to, by zdobyć błogosławieństwa i nagrody. Dlatego, po latach podróży i ciężkiej pracy, powiedział: „Dobrą walkę stoczyłem, bieg ukończyłem, wiarę zachowałem. Odtąd odłożona jest dla mnie korona sprawiedliwości” (2Tm 4:7-8). Paweł bezczelnie domagał się korony od Boga. Jego poświęcenia nie były szczere i nie wynikały z podporządkowania się Bogu. Ostatecznie nie dość, że nie wszedł do królestwa, to jeszcze został zesłany do piekła i ukarany. W swojej wierze nie patrzyłam na rzeczy przez pryzmat prawdy i zasad w słowach Bożych, ale mierzyłam dzieło Boże według szatańskiej logiki i z roszczeniowym podejściem. Co za absurdalne zachowanie. Słowa Boże mówią: „Jeżeli prawda jest tym, czego szukasz, jeśli to, co wprowadzasz w życie, jest prawdą i jeśli to, co zdobywasz, jest zmianą twojego usposobienia, wówczas ścieżka, którą kroczysz, jest właściwa” (Sukces i porażka zależą od ścieżki, którą się kroczy, w: Słowo, t. 1, Pojawienie się Boga i Jego dzieło). Zrozumiałam, że muszę dążyć do prawdy i skupić się na poznaniu siebie poprzez spełnianie obowiązku, by zająć się swoimi błędnymi perspektywami, fałszywymi motywami i skażonym usposobieniem, by osiągnąć posłuszeństwo wobec Boga i spełniać obowiązek tylko i wyłącznie przez wzgląd na wolę Boga. Tylko tak można zostać zbawionym przez Boga. Kiedy to zrozumiałam, pomodliłam się: „Bez względu na to, co stanie się z moim zdrowiem, jestem gotowa się podporządkować. Jeśli przeżyję i wyjdę ze szpitala, będę spełniać obowiązek aż do ostatniego tchnienia, by odpłacić Bogu za jego miłość”.
Dwunastego dnia w szpitalu spytałam, czy mogłabym zostać wypisana i po badaniu lekarz powiedział: „Krwawienie ustało, ale skrzepy nie rozpuściły się całkowicie. Wygląda bardzo dobrze na 12 dnia leczenia”. Bardzo się ucieszyłam i podziękowałam Bogu za ochronę. Lekarz powiedział też, że po wyjściu ze szpitala muszę skupić się na rekonwalescencji i się nie przemęczać, ponieważ mam słabe naczynia krwionośne w czaszce, więc nie wolno mi się przewrócić, inaczej konsekwencje drugiego wylewu mogą być fatalne. W dniu, kiedy wróciłam do domu, dostałam wiadomość, że moja współpracownica, siostra Zhang, wyszła cztery dni wcześniej, ale nadal nie wróciła do domu gospodarza. Prawdopodobnie została aresztowana. To była niepokojąca wiadomość, oznaczała bowiem, że miejsca, gdzie przebywała i domy, gdzie przechowywano fundusze, były w niebezpieczeństwie. Trzeba było natychmiast wszystkich ostrzec. Ale to było dużo jeżdżenia, a tuż po wyjściu ze szpitala nie byłam fizycznie w stanie cały dzień się rozbijać. Czemu nie mogło się to zdarzyć wcześniej albo później? Czemu na tak krytycznym rozstaju dróg? Drugi wylew mógł dla mnie oznaczać niemożność stania, a ostrzeżenie tych wszystkich ludzi było dla mnie naprawdę groźne. W razie aresztowania, czy byłabym w stanie znieść brutalne tortury policji? Oznaczałoby to pewnie moją śmierć. Ale tylko siostra Zhang i ja wiedziałyśmy, gdzie mieszkają ci bracia i siostry, więc jeśli ich nie ostrzegę i zostaną aresztowani, a fundusze kościoła przechwycone przez policję, byłaby to straszna strata. W rozterce pomyślałam o modlitwie, którą zmówiłam przed wyjściem ze szpitala, że jeśli przeżyję i zostanę wypisana, do ostatniego tchu poświęcę się obowiązkom, by odpłacić Bogu za Jego miłość. Jak mogłam kompletnie zapomnieć o tej obietnicy w obliczu takiego kryzysu? Rzuciłam się na twarz przed Bogiem i modliłam się: „Boże, wiem, że na mnie patrzysz i widzisz moje podejście. W tej krytycznej chwili muszę podtrzymać dzieło domu Bożego i spełnić swój obowiązek”. Pomyślałam też o tym, co się stało, gdy Pan Jezus został przybity do krzyża i bardzo mnie to wzruszyło. Pan Jezus poszedł na miejsce swojego ukrzyżowania nie patrząc za siebie, po to by odkupić ludzkość i cierpiał niewyobrażalny ból i upokorzenie. Miłość Boga do ludzi jest ogromna. Oddał za nas swoje życie, więc czemu ja nie umiałam porzucić własnych interesów i chronić dzieła kościoła, by odpłacić Bogu za miłość? Jako istota stworzona nie mogłam korzystać z łaski Bożej i myśleć tylko o błogosławieństwach. Jeśli nie spełnię obowiązku, nie zasłużę nawet na miano człowieka. Zachęcona słowami Bożymi zaczęłam organizować wszystko, by zająć się sprawami kościoła. W drodze do domu drugiego gospodarza, wspierając się na ramieniu innej siostry, okazało się, że siostra Zhang nie została aresztowana. Byłam taka wdzięczna Bogu. Czułam większy spokój, bo dałam radę poprawić moje motywy i perspektywy i wprowadzić prawdę w życie.
Sześć lat minęło bardzo szybko. Nie wróciłam całkowicie do zdrowia, w lewej ręce i stopie wciąż czuję niedowład, ale wiem, że moje zdrowie jest w rękach Boga. Niepełne wyzdrowienie jest dla mnie ostrzeżeniem, przypomnieniem, żeby nie dążyć do błogosławieństw, żeby nie skończyć na złej ścieżce jak Paweł. Dużo się wycierpiałam, ale lepiej zrozumiałam swoją szatańską naturę i poprawiłam błędne spojrzenie na dążenie i błogosławieństwa. Zrozumiałam, że w swojej wierze powinnam dążyć do prawdy i podporządkowywać się Bogu oraz spełniać obowiązek istoty stworzonej. Teraz dążę do właściwego celu - ta choroba przyniosła mi jednak korzyści! W wygodnym środowisku nigdy bym tyle nie zyskała. Bogu dzięki za Jego zbawienie!