70. Koniec z popisami

Autorstwa Mo Wen, Hiszpania

Pamiętam, jak w 2018 r. ewangelizowałem w kościele, a później odpowiadałem za ten obowiązek. Dostrzegałem problemy i błędy w obowiązkach moich braci i sióstr i rozwiązywałem je dzięki omówieniom tak, że wszyscy byli zadowoleni, a ja miałem poczucie spełnienia. Zacząłem czuć się zadowolony z siebie i lepszy od wszystkich dokoła. Ciągle się popisywałem. Myślałem: „Sugeruję ludziom rozwiązania ich problemów, a oni mają o mnie dobre wrażenie. Jeśli jeszcze im pomogę, Będę jeszcze bardziej kompetentny niż oni, więc będą mnie jeszcze bardziej cenić”. Na jednym ze spotkań brat Lu powiedział, że głosząc ewangelię, spotkał kogoś, z kim kiedyś współpracował. Ten gość głosi ewangelię od 20 lat i prawdziwie wierzy, lecz nie wyzbył się swoich pojęć. Brat Lu próbował mu pomóc, lecz on nie przyjął ewangelii, więc brat Lu nie wiedział, co ma teraz robić. Pomyślałem: „Ten gość to prawdziwy wierzący i chce słuchać omówień. Nie udało ci się go nawrócić, bo nie przekazałeś mu prawdy dość jasno. Doświadczyłem już czegoś takiego, więc mam szansę opowiedzieć ci o tym”. Powiedziałem: „Nie widzę tu nic trudnego. Musisz się skupić na głównych kwestiach i jasno omawiać. Jeśli zechce słuchać, a ty mu pomożesz, jakże miałby tego nie przyjąć? Zhang też miał wiele swoich pojęć, więc poprzez omówienia obalałem najsilniejsze i przechodziłem do następnego. W końcu przyjął ewangelię. Musisz świadczyć o dziele Boga przez jasne omówienia”. Potem opowiedziałem im o różnych problemach ludzi, jak je rozwiązywałem dzięki omówieniom i jak przyjęli ewangelię. Opisałem te sytuacje szczegółowo, uwzględniając wszystko, by wszyscy dostrzegli moje kompetencje. Potem wszyscy mnie chwalili, a jedna z sióstr rzekła: „Utrafiłeś w samo sedno. Czemu mnie się nie udało?”. Powiedziałem, że prowadził mnie Bóg, lecz w duchu czułem zachwyt. Czasem, gdy mówiliśmy o pracy, zastanawiałem się, co powiedzieć, by wszyscy myśleli, że rozważam i analizuję każdy szczegół, że mam charakter, inteligencję i jestem lepszy od innych. Gdy miałem coś wtrącić, mówiłem bardzo dużo, ciągle używając słowa „ja”. „Ja rozwiązałem to i tamto”. „Ja, ja, ja...”. Wymieniałem swoje poglądy i szczegółowo je analizowałem. Z czasem inni zaczęli być zależni ode mnie, a gdy pojawiały się problemy, nie szukali zasad. Omawiając pracę, prosili mnie, bym zaczął, zanim sami coś powiedzieli. Czasem przez głowę przemykała mi myśl: „Jeśli będzie tak dalej, czy nie zaczną mnie ubóstwiać?”. Lecz szybko pojawiała się inna: „Do niczego ich nie zmuszam. Wyrażam swoje poglądy. Bądź co bądź, to pozytywne i odpowiedzialne, gdy jest się aktywnym”. Nie zastanawiałem się już nad tym i brnąłem dalej.

Później mieliśmy dużo trudności w szerzeniu ewangelii, a bracia i siostry się zniechęcili. Czułem się podobnie. Chciałem powiedzieć wszystkim o tym, jak się czułem, lecz ja za wszystko odpowiadałem, więc gdybym łatwo się zniechęcał, czyż nie byłbym słaby? Co pomyśleliby inni, gdyby poznali moją postawę? Czyż nie zatarłbym ich dobrego wrażenia o mnie? Myślałem: „Jeśli będę mówić o pozytywnym wejściu i wszystkich pozytywnie poprowadzę, czyż ich nie zmotywuję?”. W każdym omówieniu mówiłem o tym, jak pozytywnie podchodziłem do problemów, jak w trudach polegałem na Bogu i jak podołałem wyzwaniu. Wszyscy dostrzegali moją pozytywną postawę i mnie podziwiali. Omawiając pracę z innymi, czasem mówiłem, że pełnię obowiązek pod presją, że nie mam czasu na posiłek czy odpoczynek, by wiedzieli, ile muszę znosić. Na spotkaniach nie rozważałem słów Boga ani swojej postawy, lecz tylko to, jak uczynić moje omówienia głębokimi i doniosłymi. Wkrótce zacząłem głosić wzniosłe doktryny i napawałem się spojrzeniami aprobaty innych. Z czasem niektórzy ludzie pytali najpierw mnie, gdy mieli problem w swoim obowiązku. Nawet gdy mogli rozwiązać go sami przy odrobinie namysłu, zasięgali mojej opinii. Dzielili się ze mną najskrytszymi myślami, a ja się cieszyłem, że mi ufają. Z biegiem czasu sprawiałem wrażenie zajętego, lecz nie czułem oświecenia Ducha Świętego, gdy czytałem słowa Boga. Gdy omawiałem pracę z innymi, miałem marne sugestie i nie dostrzegałem oczywistych problemów w naszej pracy. W końcu zdałem sobie sprawę, że jestem w strasznym stanie. Zniknęła arogancja. Wcześniej myślałem, że wymiatam, a teraz czułem się jak totalny kretyn, który niczym nie może się pochwalić. Duch przepełniały mi ciemność i ból.

Podczas jednej z rozmów z braćmi brat Su powiedział: „Znam cię od jakiegoś czasu, zawsze się wywyższasz i popisujesz. W omówieniach rzadko wspominasz o swoim skażeniu czy błędach, lecz głównie swoje zalety, dzięki czemu zacząłem cię podziwiać. Gdy mam problemy w pracy, nie omawiasz ze mną zasad prawdy, lecz tylko mówisz o tym, jak rozwiązałeś problemy, więc myślę, że jesteś niesamowity i lepszy niż reszta z nas…”. Kompletnie nie chciałem tego przyjąć od brata Su, zwłaszcza gdy mówił, że zawsze się wywyższam i popisuję. Wciąż myślałem o jego słowach. Choć się nie sprzeczałem, czułem opór wobec tego, co powiedział. „Nigdy cię nie prosiłem, byś mnie ubóstwiał. Jest ze mną aż tak źle, jak mówisz?”. Tak pomyślałem. Nie umiałem tego przyjąć, więc zapytałem innego brata, co myśli. Co dziwne, powiedział: „Nigdy nie mówisz o swoim zepsuciu ani błędach. Przestałem cię rozumieć”. Poczułem się jeszcze gorzej. „Jak może mówić, że przestał mnie rozumieć? Tak trudno mnie zrozumieć?”. Naprawdę chciałem coś powiedzieć, by odzyskać godność, lecz widząc, jak obaj się ze mną rozprawiają, wiedziałem, że musi być powód. Jeśli to, co mówią, jest prawdą, to mam problem!

Szybko znalazłem pewne słowa Boga, demaskujące ludzi, którzy się wywyższają i świadczą o sobie. Przeczytałem to: „Wywyższanie się i niesienie świadectwa o sobie samych, afiszowanie się ze swoją wielkością i wspaniałością – oto, do czego zdolny jest skażony rodzaj ludzki. W taki właśnie sposób ludzie instynktownie reagują, gdy rządzi nimi ich szatańska natura, i jest to cecha wspólna całej skażonej ludzkości. Jak zatem ludzie zazwyczaj wywyższają się i niosą świadectwo o sobie samych? W jaki sposób osiągają ten cel? Jeden ze sposobów to świadczenie o tym, jak dużo wycierpieli, jak wiele wykonali pracy i jak ogromne ponieśli koszty dla Boga. Wykorzystują te rzeczy jako walutę, dzięki której się wywyższają, co zapewnia im wyższą, trwalszą i pewniejszą pozycję w ludzkich umysłach, tak aby więcej osób darzyło ich szacunkiem, ceniło i podziwiało, a nawet czciło, ubóstwiało i podążało za nimi. Taki jest ostateczny skutek ich działań. Czy wszystko, co robią, by skutek ten osiągnąć – całe to wywyższanie się i niesienie świadectwa o sobie – jest rozsądne? Z pewnością nie. Wszystkie te rzeczy przekraczają granice racjonalnego zachowania. Ludzie ci nie mają wstydu: bez zażenowania niosą świadectwo o tym, co uczynili dla Boga i jak wiele dla Niego wycierpieli. Obnoszą się wręcz ze swymi darami, talentami, doświadczeniem i niezwykłymi umiejętnościami, albo sprytnymi technikami postępowania i środkami, jakich używają, aby manipulować ludźmi. Ich metodą na to, by się wywyższać i nieść o sobie świadectwo, jest afiszowanie się ze swoją wielkością, przy jednoczesnym lekceważeniu innych. Maskują się ponadto i kamuflują, ukrywając przed ludźmi swe słabości, wady i braki, tak aby ci widzieli wciąż jedynie ich wspaniałość. Nie mają nawet śmiałości powiedzieć innym, że odczuwają zniechęcenie; brak im odwagi, aby się przed nimi otworzyć i porozmawiać we wspólnocie, a jeśli zrobią coś złego, ze wszystkich sił starają się to ukryć i zataić. Nigdy zaś nie wspominają o szkodach, jakie poczynili domowi Bożemu podczas wypełniania swego obowiązku. Kiedy jednak wnieśli jakąś pomniejszą zasługę lub osiągnęli drobny sukces, niezwłocznie zaczynają się z tym afiszować. Nie mogą się wprost doczekać, by obwieścić całemu światu, jacy są zdolni, jak wspaniały mają charakter, jacy są wyjątkowi i o ile lepsi od zwykłych ludzi. Czyż nie jest to jeden ze sposobów wywyższania się i niesienia świadectwa o sobie samych? A czy wywyższanie się i niesienie świadectwa o sobie samym mieści się w racjonalnych granicach zwykłego człowieczeństwa? Nie, nie mieści się. Kiedy zatem ludzie tak właśnie postępują, jakie ujawniają zazwyczaj usposobienie? Jednym z jego głównych przejawów jest pycha, za którą podąża zakłamanie, które każe im robić wszystko, co tylko możliwe, by sprawić, aby inni mieli o nich wysokie mniemanie. Ich opowieści są zupełnie hermetyczne: ich słowa zawierają aż nadto wyraźne motywacje i intencje, lecz znaleźli sposób na to, by ukryć fakt, że się popisują, i w rezultacie tego, co mówią, słuchacze i tak mają poczucie, że są oni lepsi od innych, nikt nie może się z nimi równać i wszyscy inni ustępują im pod każdym względem. A czyż nie osiągają oni tego skutku podstępnymi sposobami? Jakiego rodzaju usposobienie trzeba mieć, by stosować takie środki i sposoby? Czy daje się tu zauważyć jakieś oznaki niegodziwości? Jest to pewien rodzaj niegodziwego usposobienia. Widać, że środki, jakie ci ludzie stosują, dyktuje im ich fałszywe usposobienie. Dlaczego zatem mówię, że jest ono niegodziwe? Jaki ma to związek z niegodziwością? Jak myślicie: Czy wywyższając samych siebie i niosąc o sobie świadectwo, mogą otwarcie mówić o tym, jaki mają w tym cel? (Nie). W głębi ich serca istnieje zawsze pewne pragnienie, a to, co mówią i czynią, ma dopomóc w jego realizacji, przez co cele i motywacje tkwiące głęboko pod powierzchnią ich słów i czynów trzymane są w ścisłej tajemnicy. Stosują więc środki takie jak zmylenie i odwracanie uwagi, lub inne podejrzane techniki, by cele te osiągnąć. Czyż taka skrytość nie ma nieco podejrzanej natury? A czy nie można powiedzieć, że taka przebiegłość jest niegodziwa? Z pewnością można stwierdzić, że taka postawa jest niegodziwa i stanowi głębszy problem niż zakłamanie” („Wywyższają siebie i świadczą o sobie” w księdze „Demaskowanie antychrystów”). Pomyślałem o tym, jak pełniłem swój obowiązek: Gdy bracia i siostry mieli problemy, pozornie je z nimi omawiałem i pomagałem im, chwaląc się rozwiązaniem problemów, by popisać się swoimi zdolnościami i przekonać wszystkich, że jestem od nich zdolniejszy. Gdy omawiałem pracę, zaczynałem od słowa „ja”, by się pokazać z dobrej strony, a ludzie myśleli, że wszystko wiem i mnie ubóstwiali. Ukryłem przed nimi negatywność i skażenie. Nie omawiałem swoich trudności ani nie analizowałem skażonych skłonności. Natomiast ukrywałem swoje wady, mówiąc o pozytywnym wejściu by inni widzieli moją postawę i mnie podziwiali. Mówiłem ciągle o tym, ile mnie kosztują moje obowiązki, by dostrzegli, jak jestem im oddany. A na spotkaniach było jasne, że nie rozumiem słów Boga ani siebie, lecz ja podtrzymywałem fikcję, jakobym znał siebie, by inni doceniali mnie jeszcze bardziej. Chcąc nadal cieszyć się ich szacunkiem i uwielbieniem, z pozoru mówiłem i robiłem coś słusznego, a tak naprawdę popisywałem się tylko, przez co oddalili się od Boga. Nie wzięło się to ze złego usposobienia ujawnionego w słowach Boga? Ilekroć coś robiłem lub z pozoru poświęcałem się czemuś, nie miałem na celu dobrze pełnić swój obowiązek. Robiłem wszystko, by umocnić swoją pozycję i by inni mnie ubóstwiali. Kroczyłem ścieżką antychrystów. W końcu pojąłem, w jakim niebezpieczeństwie jestem, więc zacząłem się modlić do Boga, pragnąc okazać skruchę.

Nagle do głowy przyszły mi te słowa Boga: „Jeśli ktoś ma urzeczywistniać zwykłe człowieczeństwo, w jaki sposób powinien się otworzyć i odsłonić przed braćmi i siostrami? Można tego dokonać, otwierając swe wnętrze, jasno ukazując innym prawdziwe uczucia tkwiące w głębi serca i będąc w stanie praktykować prawdę w sposób prosty i czysty. Jeśli ktoś ujawnia swe skażenie, musi potrafić poznać sedno problemu i z głębi serca znienawidzić samego siebie i sobą wzgardzić. Kiedy odsłoni się przed braćmi i siostrami, nie będzie usiłował usprawiedliwiać ani bronić swych zachowań. (…) Po pierwsze, ktoś taki musi zrozumieć podstawy swojego problemu, poddać samego siebie drobiazgowej analizie i odsłonić się przed braćmi i siostrami. Musi przy tym mieć szczere serce i uczciwe podejście oraz mówić o tym, co zdołał zrozumieć, jeśli chodzi o problemy ze swym usposobieniem. Po drugie, gdyby ktoś miał poczucie, że jego usposobienie jest szczególnie problematyczne, musi powiedzieć wszystkim: »Jeśli raz jeszcze zacznę przejawiać takie skażone skłonności, powstańcie wszyscy i rozprawcie się ze mną, wytknijcie mi to. Walcie prosto z mostu. Być może wtedy nie będę w stanie tego znieść, ale w ogóle nie zwracajcie na to uwagi. Współdziałajcie ze sobą, aby mieć mnie na oku. Jeśli ta moja skażona skłonność poważnie się rozbucha, powstańcie wszyscy, aby mnie zdemaskować i rozprawić się ze mną. Mam szczerą nadzieję, że wszyscy będą mieli mnie na oku, pomogą mi i nie pozwolą mi zejść z właściwej drogi«. Z takim właśnie podejściem praktykuje się prawdę” („Zapisy wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). Słowa Boga wskazały mi kierunek. Nawet jeśli rozumiałem swoje problemy, wiedziałem, że nie mogę tak dalej żyć. Musiałem być szczery i się obnażyć, by pokazać wszystkim motywy swoich działań, by dostrzegli, że się wywyższam, popisuję się i kroczę ścieżką antychrysta. To było najważniejsze.

Na następnym spotkaniu przyznałem się do wszystkiego przed braćmi i siostrami, prosząc ich o pomoc i radę. Pełna szczerość sprawiła, że poczułem się swobodnie. Przez kolejne kilka dni inni pisali do mnie, wytykając mi problemy: „Zawsze się popisujesz w tym, co robisz. Nie chciałem już szukać zasad w swoim obowiązku, lecz tylko polegałem na tobie. Sądziłem, że wiesz wszystko i łatwiej cię zapytać”. Niektórzy mówili: „Ostatnio nie dowiedziałem się nic o Bogu, lecz nauczyłem się cię ubóstwiać. Myślałem, że sprawnie i odpowiedzialnie pełnisz swój obowiązek. Naprawdę cię podziwiałem”. Słysząc to wszystko, poczułem przygnębienie. Nie mogłem uwierzyć, że takie są efekty pełnienia moich obowiązków przez ten czas. Czułem się zmartwiony i nieszczęśliwy, myśląc, że Bóg z pewnością mnie nie znosi. Pogrążyłem się w negatywnym nastawieniu. Lecz dzięki modlitwie do Boga oraz pomocy i wsparciu innych, w końcu zrozumiałem, że Bóg nie robi tego, by mnie wyeliminować, lecz by mnie obmyć i zmienić. Gdyby to się nie stało, nie wiedziałbym, że jestem na złej ścieżce. To Boże zbawienie dla mnie! Gdy zrozumiałem wolę Bożą, zastanowiłem się nad sobą i zacząłem żałować za grzechy.

Przeczytałem słowa Boga: „Niektórzy ludzie szczególnie ubóstwiają Pawła. Lubią wychodzić z domu, wygłaszać przemowy i pracować, lubią uczestniczyć w zgromadzeniach i prawić kazania i lubią, gdy ludzie ich słuchają, czczą i kręcą się wokół nich. Lubią mieć status w oczach innych i są wdzięczni, kiedy inni cenią wizerunek, który oni prezentują. Przeanalizujmy ich naturę na podstawie tych zachowań: czym ona jest? Jeśli rzeczywiście zachowują się w ten sposób, to wystarczy nam to do wykazania, że są aroganccy i zarozumiali. W ogóle nie czczą Boga; dążą do uzyskania wysokiego statusu i chcą mieć władzę nad innymi, zajmować ich i sprawić, by myśleli o statusie. Jest to klasyczny wizerunek szatana. Na pierwszy plan w ich naturze wybija się arogancja i zarozumiałość, brak chęci, by czcić Boga i pragnienie podziwu ze strony innych. Takie zachowania dają wam dokładny wgląd w ich naturę” („Jak poznać naturę człowieka” w księdze „Zapisy wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). „Na przykład, jeśli istniała w tobie arogancja i zarozumiałość, odkryjesz, że nie jest możliwe, abyś nie przeciwstawiał się Bogu; będziesz zmuszony Mu się przeciwstawiać. Nie będziesz robić tego celowo; będziesz to robić pod dominacją twojej aroganckiej i zarozumiałej natury. Twoja arogancja i zarozumiałość sprawią, że spojrzysz na Boga z góry i będziesz Go postrzegał jako kogoś bez żadnego znaczenia, sprawią, że będziesz się wywyższać, ciągle stawiać siebie na widoku, a w końcu sprawią, że zasiądziesz na miejscu Boga i będziesz nieść świadectwo o sobie samym. W końcu przemienisz własne pomysły, własne myślenie i własne pojęcia w prawdy, które mają być czczone. Zobacz, jak wiele zła czynią ludzie pod władzą swej aroganckiej i zarozumiałej natury!” („Jedynie dążąc do prawdy, można uzyskać zmianę usposobienia” w księdze „Zapisy wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). Objawienia w słowach Boga pokazały mi, że to moja arogancka natura każe mi zabiegać o wyższy status w sercach innych i że opieram się Bogu. Kontrolowany przez nią, czułem się zadowolony, gdy widziałem efekty w swoim obowiązku, wywyższałem się i popisywałem, jak mogłem. Chciałem jedynie się wyróżnić i pokazać swoje talenty i możliwości. Obnosiłem się z tym, że cierpię przez swój obowiązek, że jestem wyczerpany, że rozwiązuję problemy, a wszystko po to, by inni myśleli, że jestem nadzwyczajny i lepszy od nich. Zabiegałem jedynie o podziw i uwielbienie innych ludzi. Czyż to nie usposobienie antychrysta? Paweł był taki sam. Ciągle pokazywał swoją wiedzę i talenty, gdy nauczał i działał, popisywał się, by inni go podziwiali. Nieustannie pisał listy do kościołów, popisując się tym, ile zdziałał i wycierpiał dla Pana, by zdobyć sympatię ludzi. Ciężko pracował nie po to, by dobrze pełnić swój obowiązek ani świadczyć o wcielonym Chrystusie, lecz by zaspokoić własne ambicje i pragnienia. Nieważne, ile zdziałał czy wycierpiał czy jak wielu ludzi go ubóstwiało, skoro nie dążył do prawdy i brnął coraz głębiej w arogancję, by wreszcie bezwstydnie stwierdzić, że sam jest Chrystusem. To poważnie obraziło usposobienie Boga, więc go za to ukarał. Miałem właśnie taką naturę jak Paweł. Byłem bardzo arogancki i zarozumiały i kochałem prestiż, zawsze się wywyższałem i popisywałem, by wszyscy mnie ubóstwiali, a w ich sercach nie było miejsca dla Boga i nie polegali na Bogu ani nie szukali prawdy, gdy pojawiały się problemy. Pełniąc tak swój obowiązek, opierałem się Bogu i krzywdziłem swoich braci i siostry. Nie przypuszczałem, że arogancka natura może przynieść takie zło i opór wobec Boga. Gdybym nie okazał skruchy, prędzej czy później Bóg by się rozgniewał i mnie ukarał. Bez dyscypliny od Boga i pomocy oraz wsparcia innych nie zastanowiłbym się nad sobą. To sprawiedliwe usposobienie Boga i Jego wspaniałe zbawienie doprowadziły do zdemaskowania mnie.

Dochodzę do wniosku, że miałem osiągnięcia i odkrywałem problemy dzięki Bożemu oświeceniu i przewodnictwu. Bez dzieła Ducha Świętego byłem głupcem, który nic nie rozumiał. Wcale nie miałem rzeczywistości prawdy, a byłem arogancki i wyniosły, bezwstydnie walcząc o pozycję Boga. Straciłem rozum! Nie omawiałem prawdy ani nie świadczyłem o Bogu, lecz tylko się popisywałem i zwodziłem ludzi – to zło w czystej postaci! Wtedy poczułem do siebie wstręt. Nie chciałem już tak postępować, więc pomodliłem się do Boga: „Boże, zbłądziłem! Widzę swoją arogancję i bezrozumność. Dziękuję Ci za szansę na skruchę. Już praktykować prawdę na serio i wejdę na właściwą ścieżkę. Proszę, prowadź mnie!”.

Przeczytałem słowa Boga: „Co zatem należy czynić, aby się nie wywyższać i nie nieść świadectwa o sobie samym? W odniesieniu do tej samej kwestii, aby osiągnąć cel w postaci wywyższenia się, świadczenia o sobie samym i wzbudzenia szacunku pośród ludzi, można robić z siebie widowisko, co stanowi przeciwieństwo otwierania się i obnażania własnej prawdziwej jaźni. Są to dwie rzeczy, które różnią się w swej istocie. Czy nie są to szczegóły? Na przykład, jeśli chodzi o otwieranie się i ujawnianie swych motywów i myśli, jakie zwroty i wyrażenia świadczą o znajomości samego siebie? Jakiego rodzaju popisy, które skutkują tym, że inni się nam przypochlebiają, są wywyższaniem się i niesieniem świadectwa o sobie samym? Opowiadanie o tym, jak się modliłeś i poszukiwałeś prawdy oraz trwałeś przy świadectwie pośród prób jest wywyższaniem Boga i niesieniem o Nim świadectwa. Tego rodzaju praktyka nie jest wywyższaniem się i niesieniem świadectwa o sobie samym. Demaskowanie samego siebie również wymaga motywacji: jeśli czyjąś motywacją jest ukazanie wszystkim swego skażenia, nie zaś wywyższanie samego siebie, to wówczas jego słowa będą szczere, prawdziwe i oparte na faktach. Jeśli jednak motywacją takiej osoby jest skłonienie innych do tego, by otaczali ją szacunkiem, oszukanie ich i ukrycie przed nimi swego prawdziwego oblicza, tak aby jej motywy, jej skażenie czy słabość i negatywne nastawienie nie zostały przed nimi ujawnione, przemawia ona w sposób zakłamany i bałamutny. Czyż nie mamy tu do czynienia z bardzo konkretną różnicą?” („Wywyższają siebie i świadczą o sobie” w księdze „Demaskowanie antychrystów”). „Kiedy niesiecie o Bogu świadectwo, powinniście przede wszystkim mówić więcej o tym, jak Bóg sądzi i karci ludzi, jakim próbom ich poddaje, aby ich oczyszczać i zmieniać ludzi usposobienie. Powinniście także mówić o tym, ile znieśliście, ile ujawniono w was buntu i zepsucia, jak wiele znieśliście oraz jak w końcu zostaliście podbici przez Boga; mów o tym, ile posiadacie prawdziwej wiedzy na temat Bożego dzieła, jak powinniście nieść o Nim świadectwo i jak powinniście się Mu odpłacić za Jego miłość. Włóżcie w swoje słowa treść i ujmujcie ją w prosty sposób. Nie mówcie o pustych teoriach. Mówcie w sposób przyziemny, mówcie z serca. Tak powinno wyglądać wasze doświadczenie. Nie uzbrajajcie się w pozornie głębokie, puste teorie, by się popisywać. Wygląda to dość arogancko i nierozsądnie. Powinniście mówić więcej o realnych rzeczach z własnego, rzeczywistego doświadczenia, które są prawdziwe i z serca – to właśnie przynosi najwięcej korzyści innym i to jest najbardziej odpowiednie dla ich oczu” („Jedynie dążąc do prawdy, można uzyskać zmianę usposobienia” w księdze „Zapisy wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). One pokazały mi, że mam zastanowić się nad sobą i poznać siebie poprzez doświadczenia, by przestać się wywyższać i popisywać. W omówieniach mam kierować się dobrymi pobudkami i mówić więcej o własnym zepsuciu; poznać swoje motywy i nieczystości; mówić o tym, jak słowa Boga mnie osądziły, co naprawdę zrozumiałem o sobie, a co o usposobieniu Boga i Jego miłości; oraz wywyższać Boga i świadczyć o Nim, dzięki swoim doświadczeniom. Tak spełnię swój obowiązek. Na następnym spotkaniu celowo mówiłem o tym, jak knułem i się popisywałem dla prestiżu, a jak Bóg rozprawił się ze mną i sprawił, że dostrzegłem swoją szpetotę. Jeden z braci powiedział mi: „Twoje doświadczenie pokazuje, że choć mamy skażone usposobienie, musimy przyjąć osądzanie i rozprawianie się z nami słowami Boga, praktykować prawdę i porzucić nasze ciało, a zostaniemy przemienieni. Widzę też, że Bóg działa tylko, by zbawić ludzi”. Poczułem wdzięczność wobec Boga, gdy to usłyszałem. Zrozumienie siebie zyskałem dzięki temu, że słowa Boga mnie osądziły i skarciły.

Potem zacząłem świadomie wcielać to w życie w swoim obowiązku. Gdy dostrzegałem błędy w obowiązkach innych, modliłem się, porządkowałem swoje motywy i obiektywnie wyrażałem poglądy. Już się nie chwaliłem. Szukałem też zasad prawdy, by się nimi podzielić z braćmi i siostrami. Na spotkaniach analizowałem swoje motywy, skazy w działaniach oraz skażone skłonności, by inni poznali prawdziwego mnie. Praktykując w ten sposób, w sercu miałem poczucie spokoju, a moja relacja z Bogiem się poprawiła. Jakiś czas później inni zaczęli traktować mnie we właściwy sposób i przestali patrzeć na mnie z podziwem. Kiedy mówiłem lub działałem wbrew zasadom prawdy, wskazywali mi to, bym mógł to naprawić. Taka interakcja z innymi dała mi poczucie swobody. Szczerze dziękuję Bogu za tę sytuację, że mnie obmył i zmienił!

Wstecz: 69. Powrót na właściwą drogę

Dalej: 72. Pokuta hipokryty

Koniec wszelkich rzeczy jest blisko. Czy chcecie wiedzieć, jak Pan wynagrodzi dobro i ukarze zło i ustali wynik człowieka, kiedy On powróci? Zapraszamy do kontaktu z nami, aby pomóc Ci znaleźć odpowiedź.

Powiązane treści

Ustawienia

  • Tekst
  • Motywy

Jednolite kolory

Motywy

Czcionka

Rozmiar czcionki

Odstęp pomiędzy wierszami

Odstęp pomiędzy wierszami

Szerokość strony

Spis treści

Szukaj

  • Wyszukaj w tym tekście
  • Wyszukaj w tej książce

Połącz się z nami w Messengerze