83. Czy moja miłość do córki jest prawdziwą miłością?

Autorstwa Qiu Yan, Chiny

Dorastałam na wsi, a moi rodzice nie byli zbyt wykształceni, więc nie mieli innego wyboru, jak tylko harować w polu od świtu do zmierzchu. Ojciec często mi powtarzał: „W naszej rodzinie tylko twój wujek do czegoś doszedł, bo przykładał się do nauki i został wysoko postawionym urzędnikiem w mieście. Ja nie uczyłem się pilnie za młodu, więc teraz mogę zarabiać na życie tylko pracą na roli. Ty musisz się w przyszłości pilnie uczyć – nie idź w moje ślady, jeśli chcesz mieć w życiu jakieś perspektywy”. Kiedy widziałam, jak wujek wraca do wioski luksusowym samochodem, a wszyscy go wychwalają i patrzą na niego z podziwem, niesamowicie mu zazdrościłam. Potem patrzyłam na obojętność, z jaką mieszkańcy wioski traktowali mojego tatę, i uświadomiłam sobie, że tylko dzięki nauce człowiek może zajść daleko i cieszyć się szacunkiem, gdziekolwiek się pojawi. Postanowiłam, że muszę się pilnie uczyć, by w przyszłości móc się wyróżnić i zdobyć podziw innych. Przykładałam się do nauki, wkładając w to kilka razy więcej wysiłku niż inni, ale egzamin wstępny do liceum nie poszedł mi dobrze i dostałam się tylko do zwykłej szkoły zawodowej. Jeszcze większym zaskoczeniem było to, że gdy skończyłam szkołę, rząd wdrożył politykę zwolnień i redukcji etatów, nastawioną na wydajność, więc w zasadzie byłam bez szansy na pracę, zanim jeszcze zaczęłam jej szukać. Czułam się tak, jakby świat mi się zawalił, i nie miałam już nadziei na to, że w życiu do czegoś dojdę. Po ślubie mój mąż pracował fizycznie ze względu na przeciętne wykształcenie, a jakość naszego życia była mierna. Patrząc na krewnych i znajomych, widziałam, że ci z wykształceniem i dyplomami wiodą wystawne, lepsze życie i bywają w ekskluzywnych miejscach. Porównując się z nimi, jeszcze mocniej czułam, że bez wyższego wykształcenia nie można odnieść sukcesu w tym społeczeństwie i że moje życie już zawsze będzie tak wyglądać. Uznałam więc, że w przyszłości muszę dobrze wykształcić swoje dziecko i pomóc mu zdobyć dyplom wyższej uczelni, by mogło przynieść zaszczyt naszej rodzinie. W ten sposób i ja mogłabym zyskać chwałę.

Gdy moja córka miała cztery lata, przyjęłam dzieło Boże w dniach ostatecznych. W tamtym czasie brałam udział w zgromadzeniach dwa razy w tygodniu, a przez resztę czasu siedziałam z córką, przeglądając fiszki z angielskiego, recytując klasyczne wiersze i ucząc ją podstaw dodawania i odejmowania. Chciałam, żeby od małego polubiła naukę. Kiedy była w trzeciej klasie, zaczęłam dawać jej korepetycje z angielskiego i matematyki, mając nadzieję, że swoimi ocenami prześcignie rówieśników, tak by w przyszłości mogła dostać się na dobry uniwersytet, znaleźć dobrą pracę i wieść życie pełne chwały i sukcesów. Często powtarzałam córce, żeby pilnie się uczyła, by w przyszłości mogła się wyróżnić. Za każdym razem patrzyła na mnie zmieszana, jakby rozumiała mnie tylko w połowie, ale chcąc nie chcąc zgadzała się na to, o co ją prosiłam. Czasami, widząc, że jest zmęczona nauką, cierpliwie tłumaczyłam jej, dlaczego musi się uczyć i że tylko dzięki wysokim ocenom może mieć dobrą przyszłość i perspektywy zawodowe. Widząc bezradny wyraz jej twarzy, myślałam sobie: „Odpowiedzialnością i powinnością rodziców jest zapewnienie dziecku dobrego wykształcenia. Może teraz mała nie bardzo wie, o co toczy się gra, ale kiedy dorośnie, zrozumie moje żmudne zamysły”.

W piątej klasie oceny mojej córki z matematyki były bardzo słabe. Choć nauczyciel cierpliwie tłumaczył materiał, koledzy z klasy pomagali jej w nauce, a ona bardzo się przykładała, próbując samodzielnie rozwiązywać zadania, wyniki jej egzaminów wciąż były niezadowalające. Czasami nawet oblewała. Widząc to, bardzo się niepokoiłam i surowo napominałam córkę: „Bez dobrych ocen nie dostaniesz się do wymarzonej szkoły i do niczego nie dojdziesz. W oczach innych będziesz nikim, a całe twoje życie będzie porażką. Musisz znaleźć sposób, by za wszelką cenę szybko poprawić wyniki z matematyki. W przeciwnym razie nie puszczę ci tego płazem”. Córka patrzyła na mnie spłoszona, bojąc się odezwać, a jej twarz była blada ze strachu. Widząc ją w takim stanie, nieco zmiękłam – przecież bardzo się starała, a jej słabe oceny z matematyki nie wynikały z tego, że nie chciała się uczyć. Zastanawiałam się, czy nie posunęłam się za daleko. Ale potem pomyślałam: „Jeśli teraz nie będę surowa, później moja córka może nie mieć dobrych perspektyw zawodowych. Wolę, żeby nienawidziła mnie teraz, niż żeby nie miała przyszłości”. Popytałam tu i ówdzie i znalazłam nauczyciela z wieloletnim doświadczeniem, by udzielał córce korepetycji. Odkładałam swoje zajęcia na bok i towarzyszyłam córce na tych dodatkowych lekcjach. Zapisywałam zagadnienia, których nie rozumiała, a po powrocie do domu kazałam jej przerabiać je ponownie. Gdy nadal sobie z nimi nie radziła, wpadałam w złość i głośno ją strofowałam, mówiąc: „Myślisz, że dostaniesz się do dobrej szkoły, jeśli się nie poprawisz?”. Córka kuliła się ze strachu, a w jej oczach wzbierały łzy, świadczące i poczuciu krzywdy. Moje serce miękło i myślałam: „Może powinnam po prostu pozwolić sprawom toczyć się własnym torem – niech nauczy się tyle, ile zdoła. A co, jeśli przez ten cały nacisk wpadnie w depresję?”. Lecz zaraz potem myślałam: „Jeśli dam jej teraz trochę luzu w kwestii nauki, wpłynie to bezpośrednio na jej przyszłość. Spoczywa na mnie rodzicielska odpowiedzialność i muszę ją udźwignąć”. Nadal więc naciskałam na córkę, żeby przykładała się do nauki. I tak była z natury zamknięta w sobie, a pod presją, którą na nią wywierałam, jej samoocena spadła jeszcze bardziej. Często zrywała się ze snu przez koszmary, jej oceny jeszcze bardziej się pogorszyły, a do tego coraz bardziej oddalałyśmy się od siebie. Widząc to, bardzo się niepokoiłam. Z jednej strony martwiłam się, że słabe oceny zaważą na jej przyszłości, ale z drugiej strony serce mi pękało z jej powodu i czułam się winna, że wywieram na nią taką presję. Te sprzeczne emocje kłębiły się we mnie i nie wiedziałam, co robić. Ciągle zadawałam sobie pytanie: „Czy takie traktowanie córki to miłość? Jeśli tak, to czy nie powinna czuć się wolna i swobodna? Tymczasem wyraźnie czuję, że stała się bardziej nieszczęśliwa, a jej samoocena spadła. Oceny w szkole nie tylko się nie poprawiły, ale wręcz jeszcze bardziej pogorszyły, a do tego źle sypia przez te koszmary. Czy sposób, w jaki edukuję swoje dziecko, może być błędny?”. Nie wiedziałam, co robić, więc nieustannie się modliłam, prosząc Boga, by poprowadził mnie i pozwolił mi zrozumieć moje problemy.

Pewnego dnia przeczytałam słowa Boże i zyskałam pewne zrozumienie swojego stanu. Bóg Wszechmogący mówi: „W rzeczywistości, bez względu na to, jak wielkie są aspiracje człowieka, bez względu na to, jak realistyczne i właściwe są jego pragnienia, wszystko, co człowiek chce osiągnąć, wszystko, czego człowiek szuka, jest nierozerwalnie związane z dwoma słowami. Te dwa słowa są niezwykle ważne dla każdego człowieka przez całe jego życie i są to rzeczy, które szatan chce wpajać człowiekowi. Co to za słowa? Są to »sława« i »zysk«. Szatan stosuje bardzo łagodną metodę, metodę, która jest bardzo zgodna z ludzkimi pojęciami i która nie jest szczególnie agresywna, po to, by ludzie bezwiednie przyjmowali szatańskie sposoby i prawa przetrwania, ustalali swoje cele i kierunki w życiu i zaczynali posiadać życiowe aspiracje. Bez względu na to, jak górnolotnie mogą brzmieć ludzkie opisy własnych życiowych aspiracji, aspiracje te zawsze krążą wokół sławy i zysku. Wszystko, o co jakakolwiek wielka lub sławna osoba – a w gruncie rzeczy każdy człowiek – zabiega w życiu, wiąże się tylko z tymi dwoma słowami: »sławą« i »zyskiem«. Ludzie myślą, że kiedy już zdobędą sławę i zysk, będą mieli kapitał, który pozwoli im się cieszyć wysokim statusem i wielkim bogactwem oraz radować się życiem. Sądzą, że gdy tylko zdobędą sławę i zysk, ten kapitał umożliwi im pogoń za przyjemnościami i oddawanie się niepohamowanym rozkoszom ciała. Właśnie przez wzgląd na sławę i zysk, których pragną, ludzie chętnie i nieświadomie oddają szatanowi swoje ciała, serca, a nawet wszystko, co mają, włączając w to swoje widoki na przyszłość i swój los. Robią to bez zastrzeżeń i bez choćby cienia wątpliwości i nawet nie przyjdzie im do głowy, by odzyskać wszystko to, co kiedyś posiadali. Czy ludzie mogą zachować jakąkolwiek kontrolę nad sobą, gdy już oddali się szatanowi i tym sposobem stali się wobec niego lojalni? Z pewnością nie. Znajdują się oni całkowicie i w pełni pod kontrolą szatana. Całkowicie i zupełnie utknęli w tym bagnie i nie są w stanie się wyzwolić(Sam Bóg, Jedyny VI, w: Słowo, t. 2, O poznaniu Boga). Słowa Boże pomogły mi zrozumieć, że przez tyle lat żyłam tak naprawdę całkowicie zwiedziona przez szatana. Przypomniałam sobie, jak od dzieciństwa byłam indoktrynowana przez rodziców i że cele moich dążeń wyznaczały maksymy: „Człowiek zawsze dąży ku górze, woda płynie w dół” oraz „Wyróżnij się i przynieś zaszczyt przodkom”. Aby się wyróżnić, w czasach szkolnych przykładałam się do nauki kilka razy bardziej niż inni, ale co z tego, skoro oblałam egzamin wstępny do liceum, a później nie mogłam znaleźć dobrej pracy. W rezultacie zaczęłam spisywać siebie na straty i straciłam wiarę w życie. Gdy urodziła się córka, przelałam na nią wszystkie swoje nadzieje. Aby rozbudzić w niej zainteresowanie nauką, od małego zaczęłam wpajać jej wiedzę, przez co straciła radość dzieciństwa. Gdy poszła do szkoły i zobaczyłam, że ma słabe oceny z matematyki, zmuszałam ją do korepetycji, by poprawiła stopnie, a gdy nie robiła postępów, wpadałam w złość i ją beształam. W ogóle nie byłam dla niej wyrozumiała ani współczująca. Ponieważ nieustannie wywierałam na nią presję, jej młode serce zostało obciążone ogromnym stresem i coraz bardziej oddalałyśmy się od siebie. Z pozoru wyglądało to tak, że robię to wszystko dla jej dobra, lecz w rzeczywistości narzucałam jej własne niespełnione marzenia, zmuszając ją, by realizowała je za mnie, i traktując ją instrumentalnie, bo dzięki niej sama mogłabym się wyróżnić. Naprawdę brakowało mi człowieczeństwa! Uświadomiwszy to sobie, poczułam głęboką skruchę. Nie chciałam, by szatan dalej mnie zwodził i krzywdził.

Dalej poszukiwałam i przeczytałam te słowa Boże: „Niezależnie od tego, jak bardzo człowiek jest niezadowolony z własnego urodzenia, dorastania czy małżeństwa, każdy, kto przez to wszystko przeszedł, wie że nie można sobie wybrać miejsca urodzenia, wyglądu, rodziców ani małżonka, należy po prostu zaakceptować wolę Niebios. Jednak kiedy nadchodzi czas wychowywania przyszłego pokolenia, ludzie dokonują projekcji wszystkich swoich pragnień, których nie udało im się zrealizować w pierwszej połowie życia, na swoich potomków, mając nadzieję, że latorośle zrekompensują im wszystkie rozczarowania, których wówczas doświadczyli. (…) Ludzie wiedzą, że w tym życiu są bezsilni i pozbawieni nadziei, że nie będą mieli żadnej kolejnej szansy ani kolejnej nadziei, aby wyróżnić się na tle innych i że nie mają innego wyboru jak tylko zaakceptować swój los. I tak dokonują projekcji wszystkich swoich nadziei, niezrealizowanych pragnień i ideałów na kolejne pokolenie, mając nadzieję, że ich potomkowie pomogą im spełnić ich marzenia i zrealizować pragnienia; że ich córki i synowie przyniosą chwałę nazwisku rodziny i staną się ważni, bogaci lub sławni. Krótko mówiąc, chcą zobaczyć, jak rośnie powodzenie ich dzieci. Ludzkie plany i fantazje są idealne. Czy ludzie nie wiedzą, że liczba dzieci, które posiadają, ich wygląd, zdolności i tak dalej, nie zależą od nich oraz że losy ich dzieci w żadnym stopniu nie leżą w ich rękach? Ludzie nie są panami własnego losu, a mimo to mają nadzieję zmienić los młodszego pokolenia; nie są w stanie uciec przed własnym losem, a mimo to próbują kontrolować los swoich synów i córek. Czy się nie przeceniają? Czy nie jest to ludzka głupota i ignorancja?(Sam Bóg, Jedyny III, w: Słowo, t. 2, O poznaniu Boga). „Wykonywany zawód, sposób zarabiania na życie ani zgromadzone bogactwo nie są uzależnione od rodziców, talentów, wysiłku ani ambicji, tylko są predeterminowane przez Stwórcę(Sam Bóg, Jedyny III, w: Słowo, t. 2, O poznaniu Boga). Słowa Boże obnażyły mój prawdziwy stan. Rzeczywiście przelałam swoje niespełnione pragnienia na córkę, mając nadzieję, że ona się wyróżni i je zrealizuje. Robiłam więc wszystko, co w mojej mocy, by własnym wysiłkiem kontrolować jej los. Tak naprawdę los każdego człowieka spoczywa w rękach Boga, lecz ja nie znałam suwerennej władzy Boga. Żyłam według niedorzecznych maksym: „Wiedza może odmienić twój los” oraz „Każdy jest kowalem własnego losu”, i zawsze chciałam kontrolować przyszłość córki. Pomyślałam o wszystkich tych pracownikach wokół mnie, którzy posiadali wiedzę, a mimo to ich los wcale się przez to nie odmienił. Sama byłam tego najlepszym przykładem. Zawsze próbowałam odmienić swój los dzięki wiedzy, ale zaraz po ukończeniu szkoły nie było dla mnie żadnych perspektyw zatrudnienia i nie miałam nawet szansy podjąć pracy ani wykorzystać tego, czego się nauczyłam. Zrozumiałam, że człowiek nie jest kowalem własnego losu, a mimo to w swoim urojeniu próbowałam kontrolować los córki. Byłam taka arogancka i nieświadoma, i naprawdę przeceniłam samą siebie! Los i kariera mojej córki są ustanowione z góry przez Boga i nie jest to coś, co można zmienić ludzkim wysiłkiem lub zdobywając wykształcenie. Pomyślałam o przyjacielu męża, który mimo wykształcenia podstawowego zdołał otworzyć kilka sklepów sieciowych w całym kraju a wielu absolwentów studiów szuka dziś tam pracy. Ten wyraźny kontrast pozwolił mi jeszcze jaśniej dostrzec, że wiedza nie może zmienić losu człowieka i że powinnam pozwolić, by edukacja mojego dziecka toczyła się własnym torem. Potem nie zmuszałam już córki do nauki zgodnie z moimi wymaganiami i przestałam też zapisywać ją na korepetycje. Zamiast tego powierzyłam wszystko, co jej dotyczy, w ręce Boga. Podzieliłam się też z nią ewangelią. Kiedy tylko miała czas, spotykała się z braćmi i siostrami w swoim wieku, a jej stan ducha stale się poprawiał.

Później przeczytałam najnowsze słowa Boże i wyraźniej dostrzegłam swoje problemy. Zrozumiałam też, jakie są faktyczne powinności rodziców względem dzieci. Bóg Wszechmogący mówi: „W swojej subiektywnej świadomości rodzice wyobrażają sobie, planują i ustalają różne rzeczy związane z przyszłością swoich dzieci i w rezultacie dochodzi do powstania tych oczekiwań. Powodowani nimi, rodzice żądają od swoich dzieci, aby zdobywały różne umiejętności takie jak aktorstwo i taniec, rozwijały się artystycznie i tak dalej. Żądają od swoich dzieci, aby stały się utalentowanymi osobami i aby w przyszłości były na górze hierarchii, a nie na dole. Żądają od swoich dzieci, aby zostały urzędnikami wysokiego szczebla, a nie szeregowcami; żądają, aby zostały kierownikami, dyrektorami i prezesami w którejś z 500 najwyżej notowanych firm na świecie, i tak dalej. Wszystko to są subiektywne zamysły rodziców. (…) Rodzice pokładają nadzieję w swoich dzieciach w oparciu o punkt widzenia, poglądy, perspektywy i preferencje, jakie ma w sprawach świata osoba dorosła. Czy nie jest to subiektywne? (Jest). Delikatnie mówiąc, jest to subiektywne, ale czym to jest w rzeczywistości? Jak inaczej można zinterpretować tę subiektywność? Czy nie jest to samolubstwo? Czy nie jest to przymus? (Tak). Podobają ci się pewne zawody, chciałbyś być urzędnikiem, zdobyć bogactwo, olśniewające życie i sukces społeczny, więc popychasz swoje dzieci do tego, by również starały się zostać kimś takim i szły taką ścieżką. Ale czy twoje dzieci w przyszłości będą chciały żyć w takim środowisku i wykonywać taką pracę? Czy się do tego nadają? Jakie jest ich przeznaczenie? Jaka jest suwerenna władza Boga i ustalenia ich dotyczące? Czy wiesz to? Niektórzy ludzie mówią: »Te rzeczy mnie w ogóle nie obchodzą, liczy się to, co mi jako ich rodzicowi się podoba. Pokładam w nich nadzieje w oparciu o moje własne preferencje«. Czyż nie jest to samolubne? (Jest). To jest niebywale samolubne! Mówiąc delikatnie, jest to bardzo subiektywne, jest to decydowanie o wszystkim samemu, ale czym to jest w rzeczywistości? Jest to postępowanie bardzo samolubne! Tacy rodzice nie biorą pod uwagę charakteru i talentów swoich dzieci, nie obchodzą ich zarządzenia Boga dotyczące przeznaczenia i życia każdego człowieka. Nie uwzględniają tych rzeczy, tylko narzucają dzieciom własne preferencje i plany przez swoje pobożne życzenia. Niektórzy mówią: »Muszę te rzeczy narzucać dzieciom. Są zbyt młode, by je zrozumieć, a gdy już zrozumieją, będzie za późno«. Czy faktycznie tak jest? (Nie). Jeśli rzeczywiście jest za późno, to taki już los, rodzice za to nie odpowiadają. Jeśli narzucasz swoim dzieciom rzeczy, które ty rozumiesz, to czy one zrozumieją je szybciej dlatego, że ty je rozumiesz? (Nie). (…) Nawet jeśli rodzice uczą dzieci już od małego, że »w relacjach z ludźmi nie można być jak otwarta księga«, dzieci potraktują to jak swego rodzaju doktrynę. Będą w stanie rzeczywiście wcielić rady rodziców w życie dopiero wtedy, kiedy je prawdziwie zrozumieją. Jeśli nie rozumieją rad rodziców, to będą one dla nich jedynie doktryną bez względu na to, jak bardzo rodzice będą próbować im te rady wpoić. Czy można zatem obronić to przeświadczenie rodziców, że »światem rządzi rywalizacja i ludzie żyją pod wielką presję, więc jeśli nie zacznę edukować dzieci już od małego, będą w przyszłości cierpieć«? (Nie można). Obarczasz swoje dzieci tą presją już od wczesnych lat, żeby mniej cierpiały w przyszłości, i muszą one dźwigać to brzemię już w takim wieku, kiedy niczego nie rozumieją – czy nie krzywdzisz w ten sposób swoich dzieci? Czy faktycznie robisz to wszystko dla ich dobra? Lepiej jest, że nie rozumieją tych rzeczy, bo mogą przez kilka lat żyć w sposób szczęśliwy, czysty, prosty i łatwy. Gdyby miały zrozumieć je już we wczesnym okresie, to czy byłoby to błogosławieństwo, czy przekleństwo? (Przekleństwo). Tak, byłoby to przekleństwo(Jak dążyć do prawdy (18), w: Słowo, t. 6, O dążeniu do prawdy). Po przeczytaniu słów Bożych uświadomiłam sobie, jak ograniczona i samolubna była moja miłość do córki. Aby osiągnąć własny cel, jakim było wyróżnienie się, jednostronnie narzucałam jej swoje zapatrywania, planowałam jej przyszłość, nie zważając na jej zdolności czy potencjał, i stosowałam przymus, by skłonić ją do nauki, wywierając presję i nakładając ograniczenia. Gdy widziałam, że jej oceny się nie poprawiają, wrzeszczałam na nią, jakbym postradała zmysły, sprawiając, że stawała się coraz bardziej zamknięta w sobie, i pozbawiając ją wolności oraz przestrzeni. Wszystko, co robiłam, ograniczało ją i krępowało. Kochałam sławę i zysk i zawsze chciałam się wyróżniać, więc gdy moich własnych pragnień nie udało się zrealizować, przelałam je na córkę, zmuszając ją do ich spełniania i wywierając na nią nadmierną presję, by się uczyła. Nigdy nie postawiłam się w jej sytuacji, by zastanowić się nad tym, co lubiła albo w czym była dobra. Nawet gdy widziałam, że staje się coraz bardziej zamknięta w sobie i przez moją presję czuje się gorsza od innych, nadal nalegałam, by spełniała moje oczekiwania, skazując ją na życie w ciągłym bólu. Byłam naprawdę okrutna i samolubna! Moja córka była jeszcze mała, w wieku, w którym chciała się bawić, a ja na siłę wpajałam jej szatańskie filozofie i prawidła, zmuszając ją do znoszenia presji i bólu, których nie powinna była doświadczyć. To, co robiłam córce, wcale nie wypływało z miłości, lecz było formą krzywdy psychicznej. Gdybym naprawdę kochała córkę i brała za nią odpowiedzialność, powinnam była kształcić ją zgodnie z jej zainteresowaniami i zdolnościami, właściwie ją prowadząc, zamiast narzucać jej własne pragnienia. Zastanawiając się nad swoim postępowaniem, odczuwałam głęboki żal i uświadomiłam sobie, że brakuje mi człowieczeństwa. Nie mogłam dłużej narzucać jej tych niewłaściwych oczekiwań.

Od tamtej pory, czytając słowa Boże, zrozumiałam, jaka odpowiedzialność spoczywa na mnie jako na matce. Bóg Wszechmogący mówi: „Analizując istotę oczekiwań, jakie rodzice mają wobec swoich dzieci, dostrzegamy, że te oczekiwania są samolubne, że są sprzeczne z człowieczeństwem i że nie mają nic wspólnego z obowiązkami rodziców. Kiedy rodzice stawiają przed swoimi dziećmi wszelkiego rodzaju oczekiwania i wymagania, wywierają na nie olbrzymią dodatkową presję – w ten sposób nie wypełniają swoich obowiązków jako rodzice. Jakie zatem obowiązki powinni wypełniać rodzice? Powinni oni przynajmniej uczyć swoje dzieci, jak być uczciwymi ludźmi, mówiącymi prawdę i postępującymi w uczciwy sposób, a także uczyć je życzliwości oraz tego, by nie dopuszczały się złych rzeczy, prowadząc je w pozytywnym kierunku. To są ich najbardziej podstawowe obowiązki. Ponadto rodzice powinni ukierunkowywać swoje dzieci w przyswajaniu praktycznej wiedzy, umiejętności i tak dalej, w zależności od ich potencjału i uwarunkowań. Jeżeli rodzice wierzą w Boga i rozumieją prawdę, powinni zachęcać swoje dzieci do czytania słów Bożych i akceptowania prawdy, tak aby poznały Stwórcę i zrozumiały, iż ludzie są stworzeni przez Boga i że Bóg istnieje w tym wszechświecie; powinni przewodzić swoim dzieciom w modlitwach do Boga oraz w jedzeniu i piciu słów Bożych, tak aby były one w stanie zrozumieć niektóre prawdy i, gdy dorosną, mogły wierzyć w Boga, podążać za Nim i wykonywać obowiązki istoty stworzonej, zamiast gonić za światowymi trendami, wpadać w pułapkę rozmaitych skomplikowanych relacji międzyludzkich i być kuszonymi, deprawowanymi i niszczonymi przez rozmaite złe trendy tego świata. To rzeczywiście są obowiązki, które powinni wypełniać rodzice. Ich obowiązkiem jako rodziców jest też zapewnienie dzieciom pozytywnego przewodnictwa i odpowiedniej pomocy przed osiągnięciem przez nie dorosłości, a także zapewnienie im niezwłocznej opieki w ich fizycznym życiu w kwestii codziennych potrzeb. Jeżeli dzieci zachorują, rodzice powinni zapewnić im leczenie, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba; nie powinni, w obawie przed zaległościami w nauce, zmuszać ich do chodzenia do szkoły i rezygnować z leczenia. Kiedy dzieci muszą wyzdrowieć, należy pozwolić im wyzdrowieć, a kiedy muszą odpocząć, należy pozwolić im odpocząć. Zapewnienie zdrowia swoim dzieciom jest konieczne; jeśli dzieci mają zaległości w nauce, rodzice mogą znaleźć sposób, by to później nadrobić. Rodzice powinni wypełniać te obowiązki. Z jednej strony muszą pomagać swoim dzieciom w zdobyciu solidnej wiedzy; z drugiej – muszą im przewodzić, kształcić je tak, aby podążały właściwą ścieżką, a także dbać o ich zdrowie psychiczne, by nie ulegały wpływom niezdrowych trendów i złych praktyk społeczeństwa. Jednocześnie muszą również nakłaniać swoje dzieci do zwrócenia uwagi na wykonywanie odpowiednich ćwiczeń, które zapewnią im zdrowie fizyczne. Oto, co powinni robić rodzice, zamiast siłą narzucać dzieciom nierealistyczne oczekiwania i wymagania. Rodzice muszą wypełniać swoje obowiązki, zarówno w kwestii rzeczy duchowych, jak i dotyczących życia fizycznego, których ich dzieci potrzebują. Powinni przekazać im pewną powszechną wiedzę, na przykład to, że należy jeść ciepłe, a nie zimne, potrawy; że gdy jest zimno, należy się ciepło ubierać, aby zapobiec zmarznięciu czy przeziębieniu, pomagając im w ten sposób nauczyć się dbać o własne zdrowie. Ponadto, gdy w młodych dziecięcych umysłach pojawiają się infantylne, niedojrzałe pomysły dotyczące ich własnej przyszłości bądź skrajne myśli, rodzice, gdy tylko to odkryją, muszą udzielić dzieciom odpowiednich wskazówek, korygując owe dziecinne fantazje i skrajności, tak aby ich pociechy były w stanie wkroczyć na właściwą ścieżkę życia. Na tym polega wypełnianie obowiązków. Wypełnianie obowiązków rodzica oznacza, z jednej strony, troskę o życie dzieci, z drugiej zaś – ukierunkowywanie i korygowanie ich myśli, a także dawanie im właściwych wskazówek dotyczących ich przemyśleń i przekonań(Jak dążyć do prawdy (18), w: Słowo, t. 6, O dążeniu do prawdy). „Gdy dzieci dorastają, rodzice w ramach wypełniania swoich obowiązków wobec dzieci nie powinni wywierać na nich presji, ograniczać ich ani ingerować w ich decyzje, dodając jedno obciążenie za drugim. Bez względu na osobowość i charakter dzieci rodzice odpowiadają za to, by je prowadzić w kierunku tego, co pozytywne i łagodne. Gdy rodzice dostrzegają u swoich dzieci niewłaściwe zachowanie, użycie nieodpowiedniego języka bądź niewłaściwe myśli, powinni od razu skierować do nich duchowe pouczenie i naprostować ich zachowanie. Jeśli chodzi o to, czy dzieci chcą się uczyć, jak dobrze się uczą, jak bardzo angażują się w zdobywanie wiedzy i umiejętności i co będą robić, kiedy dorosną, powinno to wszystko być dostosowane do ich naturalnych talentów i upodobań oraz ukierunkowania ich zainteresowań, dzięki czemu będą mogły rosnąć zdrowo, swobodnie i krzepko w okresie ich wychowywania – taka odpowiedzialność spoczywa na rodzicach. Ponadto taką właśnie postawę powinni mieć rodzice wobec rozwoju, edukacji i kariery swoich dzieci, zamiast narzucać im własne marzenia, aspiracje, preferencje czy pragnienia, by dzieci realizowały je za rodziców(Jak dążyć do prawdy (16), w: Słowo, t. 6, O dążeniu do prawdy). Ze słów Bożych dowiedziałam się, że odpowiedzialnością rodzica jest kierowanie dziećmi w taki sposób, by uczyły się normalnie, z uwzględnieniem swojego potencjału i swoich mocnych stron, a także dawanie im pozytywnych i aktywnych wskazówek, gdy w trakcie dorastania pojawiają się problemy, dyscyplinowanie ich, gdy zrobią coś złego, oraz wpojenie im umiejętności rozróżniania między tym, co pozytywne, a tym, co negatywne. Jeśli chodzi o przyszłe życie dziecka, to, jakim człowiekiem się ono stanie lub jaką karierę zrobi, zależy od suwerennej władzy Boga i Jego zarządzeń, a rodzice powinni tę władzę zaakceptować i się jej podporządkować. Gdy zrozumiałam, na czym polega moja odpowiedzialność, wiedziałam już, jak kształcić córkę. Gdy nie była zajęta nauką, czytałyśmy razem słowa Boże i słuchałyśmy hymnów. Gdy miała problemy w szkole, spokojnie jej tłumaczyłam trudne zagadnienia i mówiłam jej też, by nie czuła się pod presją. Niespodziewanie oceny mojej córki nieco się poprawiły. Później zauważyłam, że uwielbia malować, więc zapisałam ją na zajęcia z malarstwa. Rozwijała własne hobby, a jej stan ducha również się poprawił. Coraz bardziej zbliżałyśmy się do siebie.

Pewnego dnia, gdy wracałyśmy po tym, jak ją odebrałam ze szkoły, zobaczyłam matkę krzyczącą na swoją córkę i krytykującą ją za słabe oceny. Dziewczynka trzęsła się ze strachu. W tamtym momencie córka cicho szepnęła mi do ucha: „Mamo, dzięki Bożemu zbawieniu już nie cierpię. Kiedyś byłaś dla mnie równie surowa, ale już taka nie jesteś i stałaś się dobrą mamą”. Słysząc te słowa, zrobiło mi się ciepło na sercu i prawie się popłakałam. Moje serce przepełniała wdzięczność dla Boga. To Jego słowa uświadomiły mi, że ludzki los spoczywa w Jego rękach. Co więcej, to słowa Boże pokazały mi, na czym polega prawdziwa odpowiedzialność rodziców wobec dzieci. Nie zmuszałam już córki do nauki i sprawiło to, że stałam się w jej oczach dobrą mamą. Szepnęłam cicho do córki: „Obie powinnyśmy dziękować Bogu za Jego zbawienie”.

Moja córka uczy się teraz w szkole pielęgniarskiej i choć czasem rozmawiamy o kwestiach jej przyszłego zatrudnienia, moje serce jest spokojne i wierzę, że wszystko jest w rękach Boga. Bez względu na to, jak moja córka będzie radzić sobie na rynku pracy, chcę podporządkować się Bożym zarządzeniom. Tę przemianę i to, co zyskałam, zawdzięczam wyłącznie przewodnictwu słów Bożych. Bogu niech będą dzięki!

Wstecz: 82. Refleksje na temat maksymy: „Dokładaj wszelkich starań, aby dobrze załatwić sprawy powierzone ci przez innych”

Dalej: 84. Po tym, jak mój mąż zachorował

Obecnie zdarzały się różne rzadkie katastrofy, a według Biblii w przyszłości będą jeszcze większe. Jak więc zyskać Bożą ochronę podczas wielkiej katastrofy? Skontaktuj się z nami, a pomożemy Ci znaleźć drogę.

Powiązane treści

70. Koniec z popisami

Autorstwa Mo Wen, HiszpaniaPamiętam, jak w 2018 r. ewangelizowałem w kościele, a później odpowiadałem za ten obowiązek. Dostrzegałem...

38. Ocalona w inny sposób

Autorstwa Huang Lin, ChinyKiedyś byłam zwyczajną wierną ruchu charyzmatycznego i od kiedy zaczęłam wierzyć w Pana, nigdy nie opuściłam ani...

Ustawienia

  • Tekst
  • Motywy

Jednolite kolory

Motywy

Czcionka

Rozmiar czcionki

Odstęp pomiędzy wierszami

Odstęp pomiędzy wierszami

Szerokość strony

Spis treści

Szukaj

  • Wyszukaj w tym tekście
  • Wyszukaj w tej książce

Połącz się z nami w Messengerze