Aplikacja Kościoła Boga Wszechmogącego

Słuchaj głosu Boga i powitaj powrót Pana Jezusa!

Wszystkich szukających prawdy prosimy o kontakt.

Sąd jest światłem

16

Autorstwa Zhao Xia, Prowincja Szantung

Nazywam się Zhao Xia. Pochodzę ze zwyczajnej rodziny. Wskutek sentencji takich jak „Człowiek pozostawia po sobie swoje imię, gdziekolwiek przebywa, tak jak gęś wydaje swój krzyk, gdziekolwiek leci” czy „Tak jak drzewo żyje dla swojej kory, tak człowiek żyje dla swojej twarzy”, reputacja i zachowanie twarzy były dla mnie bardzo ważne. Wszystko, co robiłam, służyło temu, by inni ludzie chwalili mnie, prawili mi komplementy i podziwiali mnie. Po ślubie postawiłam sobie następujące cele: w życiu osiągnę większy sukces niż inni; nie mogę pozwolić, by ktokolwiek źle mówił o tym, jak traktuję starszych, lub o moim zachowaniu i postępowaniu; zrobię wszystko, by moje dziecko dostało się na dobry uniwersytet i miało dobre perspektywy na przyszłość, żebym mogła być z niego dumna. Z tego powodu nigdy nie kłóciłam się z moimi teściami. Gdy czasami byli wobec mnie opryskliwi, czułam się skrzywdzona, ale wolałam popłakać sobie w tajemnicy, niż okazywać im swoją złość. Kiedy widziałam, jak inni kupują swoim rodzicom ubrania z okazji Chińskiego Nowego Roku czy jakiegoś innego święta, od razu kupowałam coś dla mojej teściowej i zawsze były to rzeczy najwyższej jakości. Kiedy odwiedzali nas krewni, pomagałam w zakupach i gotowaniu. Zawsze wykazywałam dobre chęci, nawet gdy było to trudne albo męczące. Ze strachu, że zostanę w tyle za innymi, już miesiąc po urodzeniu córeczki wróciłam do pracy. W rezultacie córka była niedożywiona, zostały z niej skóra i kości, bo nie karmiłam jej piersią. Polepszyło się jej dopiero wtedy, gdy dostała 100 zastrzyków z substancjami odżywczymi, a ja byłam tak zmęczona, że każdego dnia bolały mnie plecy. Mimo że było to trudne i męczące, znosiłam te trudności i niestrudzenie ponosiłam koszty, by cieszyć się dobrą opinią. Moja ciężka praca opłaciła się i już po kilku latach cieszyłam się we wsi opinią dobrej synowej, a mojej rodzinie dobrze się powodziło i ludzie nam zazdrościli. W rezultacie moi teściowie, sąsiedzi, krewni i przyjaciele wszyscy mnie bardzo chwalili. Pochwały i komplementy ze strony otaczających mnie ludzi zaspokajały moją próżność. Czułam, że wyrzeczenia ostatnich kilku lat nie poszły na marne – naprawdę byłam zadowolona z siebie. Moje błogie życie skończyło się jednak wtedy, gdy mój szwagier się ożenił. Jego żona zawsze ze mnie drwiła, mówiąc, że mam ukryte motywy wobec mojej teściowej, ponieważ zależy mi na jej pieniądzach. Zawsze podkreślała, że nasza teściowa lubi nas bardziej, ponieważ daje nam więcej pieniędzy niż im; cały czas wszczynała o to kłótnie. Czułam się skrzywdzona i chciałam załatwić to z nią otwarcie, by przekonać ją o mojej niewinności, ale bałam się, że zrujnuje to mój pozytywny wizerunek, jaki zbudowałam sobie w oczach innych. Powstrzymywałam się więc na siłę i kiedy nie mogłam już tego znieść, płakałam w samotności. Później moja bratowa rzeczywiście przekroczyła granicę, przejmując kawałek ziemi, który był zapisany dla mojej części rodziny. Trzęsłam się ze złości i przez kilka dni nie mogłam jeść ani pić. Chciałam to z nią otwarcie wyjaśnić. Ale gdy zdałam sobie sprawę, że stracę przez to twarz, że moja reputacja będzie zrujnowana, a otaczający mnie ludzie będą patrzeć na mnie z góry, po prostu zdusiłam to w sobie. Wszystko jednak we mnie buzowało i przeżywałam katusze. Snułam się z kąta w kąt, ciągle wzdychając. Czułam, że życie jest zbyt bolesne i męczące, oraz zastanawiałam się, kiedy przyjdzie kres takiego życia.

Koniec człowieka rzeczywiście jest początkiem Boga. Kiedy dławił mnie ból i czułam się bezradna, Bóg Wszechmogący wyciągnął ku mnie swoje dłonie zbawienia. Któregoś dnia moja sąsiadka zapytała mnie „Czy wierzysz, że istnieje Bóg?” Odpowiedziałam: „A kto nie wierzy? Wierzę w Boga”. Po chwili powiedziała mi, że Bóg, w którego wierzy, jest jedynym i prawdziwym Bogiem, który stworzył wszechświat i wszystkie rzeczy, oraz że na początku ludzie cieszyli się błogosławieństwem Boga, ponieważ oddawali Mu cześć, ale później zdeprawował ich szatan i przestali wielbić Boga, więc odtąd żyli w bólu, przeklęci przez Boga. Powiedziała mi, że Bóg Wszechmogący dni ostatecznych przybył, aby obdarzyć ludzi prawdą i wybawić ich z otchłani nieszczęścia. Porozmawiała też ze mną o jej własnych doświadczeniach związanych z wiarą. Kiedy usłyszałam jej słowa, poczułam, że znalazłam najbliższą powierniczkę, i mimowolnie wylałam przed nią cały ból, który trawił moje serce. Przeczytała mi potem fragment słów Boga: „Kiedy jesteś zmęczony i kiedy w pewnym stopniu zaczynasz odczuwać przygnębiające osamotnienie tego świata, nie czuj się zagubiony, nie płacz. Bóg Wszechmogący, Stróż, przyjmie cię w każdym momencie. Czuwa przy tobie, czekając, aż do Niego wrócisz. Czeka na dzień, w którym nagle odzyskasz pamięć – kiedy zdasz sobie sprawę, że pochodzisz od Boga, że nie wiadomo kiedy zagubiłeś się, nie wiadomo kiedy straciłeś przytomność na drodze i nie wiadomo kiedy zyskałeś »ojca«; co więcej, kiedy zdasz sobie sprawę, że Wszechmogący cały czas czuwał, czekając na twój powrót przez bardzo, bardzo długi czas” („Westchnienie Wszechmogącego” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Słowa Boga ogrzały moje serce niczym ciepły nurt, przynosząc pocieszenie mojemu zbolałemu i smutnemu sercu. Nie mogłam się powstrzymać i zalałam się łzami. W tamtej chwili poczułam się jak błądzące w bólu dziecko, które nagle wróciło w objęcia swojej matki. Ogarnęło mnie nieopisane uczucie ekscytacji i pobudzenia. Ciągle dziękowałam Bogu, że zabrał mnie do swojego domu i dbał o mnie, gdy nie miałam dokąd pójść. W duszy zdecydowałam, że całą sobą będę podążać za Bogiem. Od tamtego czasu zaczęłam codziennie czytać słowa Boga, modlić się do Niego i śpiewać hymny pochwalne; poczułam się taka rozluźniona i w moim sercu zapanowała radość. Uczęszczając na zgromadzenia i komunikując się z braćmi i siostrami, zobaczyłam, że są jak jedna wielka rodzina, mimo że nie łączą ich więzy krwi. Interakcje między nimi były proste i otwarte, wolne od pretensjonalności, dwulicowości, zazdrości, konfliktów czy intryg. Nie dręczyli biednych i nie faworyzowali bogatych, byli w stanie traktować wszystkich serdecznie i sprawiedliwie. Rozmawialiśmy o słowie Boga i śpiewaliśmy hymny głoszące chwałę Boga. W moim sercu pojawiło się prawdziwe poczucie wolności. Tak oto zakochałam się w tym życiu kościoła, które jest pełne miłości i ciepła, sprawiedliwe i radosne. Przekonałam się, że Bóg Wszechmogący jest jedynym prawdziwym Bogiem, który stworzył wszechświat i wszystkie rzeczy, oraz postanowiłam, że będę podążać za Nim do końca.

Dzięki lekturze słów Boga zaczęłam rozumieć usilne pragnienie Boga, by zbawić ludzkość w najszerszym możliwym zakresie. Zobaczyłam, że wielu braci i wiele sióstr dokłada wszelkich starań, by poświęcić się i ponieść koszty na rzecz nauczania ewangelii królestwa, więc sama aktywnie zaangażowałam się w nauczanie ewangelii. Pewnego razu udałam się do potencjalnej wiernej, by nauczać ewangelii. Był to gorący okres w pracy na roli. Widząc, jak zajęta jest pracą w polu, pracowałam razem z nią, dzieląc się świadectwem o dziele Boga w dniach ostatecznych. Nie wyobrażałam sobie tego, że po całych trzech dniach rozmawiania z nią, nie tylko w ogóle nie będzie chciała przyjąć ewangelii, ale także zacznie na mnie krzyczeć: „Ale ty masz tupet! Powiedziałam już, że nie wierzę, ale ty ciągle nauczasz”. Jej słowa naprawdę dotknęły mnie do żywego, jak gdybym publicznie dostała w twarz, a przez moje serce przepływały kolejne fale tępego bólu. Pomyślałam: „Przyszłam tu nauczać, mając jak najlepsze zamiary, pomagałam ci w męczącej pracy tak długo, że aż bolą mnie plecy, ale ty zamiast zaakceptować ewangelię, traktujesz mnie w ten sposób. Jesteś bez serca!” Poczułam się bardzo poniżona i nie chciałam już z nią rozmawiać, ale czułam też, że taka rezygnacja nie byłaby zgodna z wolą Boga, więc po cichu modliłam się w duszy i pohamowałam swój żal, aby dalej rozmawiać z nią i pomagać jej w pracy. Ale jakbym się nie starała, nie mogłam do niej dotrzeć. Po powrocie do domu padłam jak sflaczały balon. Ciągle miałam w głowie jej słowa. Im dłużej o tym myślałam, tym większy odczuwałam ból: „Dlaczego mam się tym przejmować? Wszystko, co dostaję w zamian za swoje dobre intencje, to drwiny, oszczerstwa i obelgi. To takie niesprawiedliwe! Nikt nigdy nie traktował mnie w ten sposób. Nauczanie ewangelii jest po prostu zbyt bolesne i zbyt trudne! Nie, nie będę już dłużej nauczać ewangelii! Jeśli będę to dalej robić, nie będę miała siły, bo spojrzeć komukolwiek w twarz”. Kiedy czułam się tak skrzywdzona i pełna bólu, że nie chciałam już dłużej nauczać ewangelii, oświeciły mnie słowa Boga: „Czy zdajesz sobie sprawę z brzemienia na twoich barkach, powierzonego zadania i odpowiedzialności? Gdzie jest twoja świadomość historycznego znaczenia misji? (…) Oni są biedni, żałośni, ślepi i zagubieni; zawodzą w ciemności: »Gdzie jest droga?«. O, jakże tęsknią za światłem, aby nagle zstąpiło jak spadająca gwiazda i rozproszyło moc ciemności, która uciskała ludzi przez tak wiele lat. Kto może wiedzieć, jak bardzo na to liczą i jak z utęsknieniem dzień i noc na to czekają? Ci, którzy głęboko cierpią, pozostając uwięzieni w lochach ciemności, bez nadziei na uwolnienie się, nawet w dniu, w którym rozbłyska światło; kiedy przestaną płakać? Te kruche dusze, którym nigdy nie zapewniono odpoczynku, naprawdę cierpią ogromnie. Od dawna są one związane przez bezlitosne liny i historię, która zamarła w miejscu. Czy ktoś kiedyś słyszał dźwięk ich zawodzenia? Czy ktoś kiedyś widział obraz ich nieszczęścia? Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad tym, jak zasmucone i niespokojne jest Boże serce? Jak może On znieść spoglądanie na niewinną ludzkość, którą stworzył własnymi rękami, cierpiącą takie męki? Przecież ludzkość to nieszczęśnicy, którzy zostali zatruci. Choć przetrwali do dziś, to kto by pomyślał, że od dawna są zatruci przez niegodziwca? Czy zapomniałeś, że jesteś jedną z ofiar? Czy, z miłości do Boga, jesteś gotów dążyć do uratowania tych, którzy przeżyli? Czy nie jesteś gotów działać z całych sił, aby odpłacić się Bogu, który kocha ludzkość tak, jak własne ciało i krew?” („Jak powinieneś uczestniczyć w swojej przyszłej misji?” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Czytając między wierszami słów Boga, zrozumiałam, że objawiają one Jego troskę oraz to, że martwi się On i dba o niewinnych ludzi. Bóg nie może znieść widoku ludzi, których sam stworzył, oszukiwanych i krzywdzonych przez szatana. Bóg ciągle z goryczą czeka, aż ludzkość niebawem powróci do Jego domu i uzyska wielkie zbawienie, którym ją obdarzył. Kiedy jednak ja usłyszałam kilka ostrych słów od osoby, którą nauczałam, poczułam się skrzywdzona i zmartwiona oraz narzekałam na trudności i na cierpienie. Ponieważ straciłam twarz, chciałam nawet zaprzestać nauczania ewangelii. Gdzie było moje sumienie i gdzie miałam rozum? Nie byłam kimś, kto bierze pod uwagę wolę Boga. Aby zbawić nas, skażonych ludzi w dniach ostatecznych, Bóg jest stale tropiony i prześladowany przez rząd KPCh, porzucony, potępiany, znieważany i oczerniany w kręgach religijnych, a my, wyznawcy Boga, źle Go rozumiemy i przeciwstawiamy się Mu. Ból i upokorzenie, jakie Bóg musi znosić, są tak wielkie! Nie zrezygnował jednak ze swojego planu zbawienia nas, lecz ciągle z ukrycia zaspokaja nasze potrzeby. Miłość Boga jest tak wielka! Jego istota jest tak piękna i dobra! Trudności, jakie mnie dzisiaj spotkały, są niczym w porównaniu z cierpieniami, jakie musi znosić Bóg, aby zbawić ludzkość! Pomyślałam o tym, że sama również jestem ofiarą – kimś, kogo od lat krzywdzi szatan. Gdyby Bóg nie wyciągnął do mnie swoich rąk zbawienia, wciąż boleśnie szamotałabym się w ciemności, nie potrafiąc dostrzec światła i nadziei życia. Otrzymawszy tak wielkie zbawienie od Boga, powinnam znosić ból i upokorzenie, dokładać wszelkich starań, by współpracować z Bogiem, prawidłowo wykonywać swoje obowiązki i prowadzić przed oblicze Boga niewinnych, których wciąż krzywdzi szatan. Jest to coś bardziej wartościowego i pełnego znaczenia niż jakakolwiek praca na świecie i warto w tym trwać niezależnie od cierpienia, które trzeba znieść! Myśląc o tym, nie czułam już, że nauczanie ewangelii jest czymś bolesnym, poczułam natomiast, że mam szczęście, iż moje skromne talenty mogą zostać wykorzystane podczas nauczania ewangelii królestwa. Był to dla mnie zaszczyt, jak również wywyższenie Boga. Postanowiłam: niezależnie od tego, jakie trudności czekają na mnie podczas ewangelizacji, dam z siebie wszystko i polegając na Bogu oraz aby przynieść pocieszenie Jego sercu, będę prowadzić do Niego coraz więcej ludzi pragnących pojawienia się Boga! Następnie z powrotem rzuciłam się w wir ewangelizacji.

Po pewnym czasie nauczyłam się tego, że gdy spotykałam kogoś, kogo miałam nadzieję nawrócić, a on zachowywał się w nieodpowiedni sposób albo wypowiadał do mnie ostre słowa, gdy spełniałam swój obowiązek, potrafiłam postępować we właściwy sposób i z sercem pełnym miłości nie przestawałam nieść świadectwa o Bogu dni ostatecznych. Z tej racji poczułam, że trochę się zmieniłam i nie dbałam już tak bardzo o zachowanie twarzy i swój status. Pewnego dnia przywódczyni kościoła zapytała mnie, jak mi idzie, a także porozmawiała ze mną o obecnej woli Boga i sposobie praktykowania. Kiedy podczas tej rozmowy zdałam sobie sprawę, że w ramach pełnienia obowiązków zostanie przeniesiona do innego kościoła, mimowolnie zalała mnie fala ekscytacji i pomyślałam: „Być może obejmę przywództwo kościoła, kiedy ona odejdzie. A skoro tak, to muszę być naprawdę dobra w tym, co robię!” Kiedy tak cieszyłam się w duchu, powiedziała, że jutro przyjedzie inna siostra z mojej wsi. Kiedy to usłyszałam, poczułam niepokój. Pomyślałam: „Po co ona tu przyjeżdża? Czy to ona ma zostać nową przywódczynią kościoła?” Mimowolnie ogarnął mnie niepokój: „Wierzy w Boga krócej ode mnie i pochodzi z tej samej wsi co ja. Jeśli zostanie przywódczynią, to jak wpłynie to na moją pozycję? Jak moi bracia i siostry będą na mnie patrzeć? Z pewnością powiedzą, że nie dążę do prawdy tak wytrwale jak ona”. Nie mogłam przestać o tym myśleć. W nocy wierciłam się i nie mogłam zasnąć. Podczas zgromadzenia odbywającego się następnego dnia próbowałam skoncentrować całą swoją uwagę na tonie słów i nastawieniu, jakie wybrzmiewało we wszystkim, co mówiła przywódczyni, desperacko pragnąc dowiedzieć się, kto zostanie wybrany nową przywódczynią kościoła. Ilekroć przywódczyni spojrzała na mnie podczas swojej przemowy, czułam pewną nadzieję, że to ja zostanę wybrana. Moja twarz jaśniała radością i potakiwałam, zgadzając się ze wszystkim, co mówiła. Kiedy jednak podczas przemowy patrzyła na tę drugą siostrę, byłam pewna, że to ona zostanie przywódczynią, wskutek czego odczuwałam frustrację i ból. Przez te kilka dni troska o zachowanie twarzy i mój status prześladowała mnie do tego stopnia, że stawałam się niespokojna i rozkojarzona. Przywódczyni kościoła dostrzegła, w jakim stanie się znalazłam, więc przekartkowała „Słowo ukazuje się w ciele” i znalazła dla mnie do przeczytania dwa fragmenty słów Boga: „Dlaczego nie jesteś skłonny być narzędziem kontrastu?”. Słowa Boga mówią: „Jesteście teraz uczniami i macie pewne zrozumienie tego etapu dzieła. Nie odrzuciliście jednak nadal swego pragnienia statusu. Gdy status wasz jest wysoki, szukacie gorliwie, lecz kiedy jest niski, nie chcecie już poszukiwać. Ciągle macie na uwadze błogosławieństwa płynące ze statusu” „Chociaż dotarliście dzisiaj do tego etapu dzieła, nadal nie zrezygnowaliście ze statusu, tylko ciągle staracie się o niego dopytywać i obserwujecie go każdego dnia(…). Im więcej będziecie poszukiwać w ten sposób, tym mniejsze plony zbierzecie. Im większe u człowieka pragnienie statusu, tym surowiej trzeba będzie z nim postępować i tym bardziej będzie musiał przejść wielkie oczyszczenie. Osoba taka jest bowiem dalece bezwartościowa! Trzeba koniecznie się z nią rozprawić i odpowiednio ją osądzić, aby na dobre wyzbyła się takiego myślenia. Jeśli w ten sposób będziecie podążać za Mną do samego końca, nie zbierzecie żadnych plonów. Ci, którzy nie dążą do osiągnięcia życia, nie będą mogli zostać przeobrażeni; ci, którzy nie łakną prawdy, nie będą mogli jej pozyskać. Nie skupiasz się na podążaniu za osobistą przemianą i wkroczeniem; ciągle skupiony jesteś na swych wygórowanych pragnieniach i rzeczach, które krępują jedynie twoją miłość do Boga i nie pozwalają ci się do Niego zbliżyć. Czyż rzeczy te mogą cię przemienić? Czy są w stanie wprowadzić cię do królestwa?” Każdy wers słów Boga był jak pukanie do drzwi mojego serca, sprawiał, że czułam, iż Bóg jest obok mnie, obserwując każde moje słowo i każdy mój ruch. Mimowolnie zaczęłam rozważać swoje myśli i działania z tych dwóch ostatnich dni. Zdałam sobie sprawę, że moje rozumienie tego, co to znaczy poszukiwać, było zbyt nikczemne i znajdowało się pod wpływem aksjomatów szatana, takich jak: „Tak jak drzewo żyje dla swojej kory, tak człowiek żyje dla swojej twarzy” i „Człowiek pozostawia po sobie swoje imię, gdziekolwiek przebywa, tak jak gęś wydaje swój krzyk, gdziekolwiek leci”. Zawsze pragnęłam osiągnąć status, abym mogła otrzymywać więcej pochwał ze strony innych, a skutkiem tego było to, że troska o zachowanie twarzy i status prześladowała mnie do tego stopnia, iż stałam się niespokojna i rozkojarzona, straciłam apetyt, nie mogłam spać i robiłam z siebie idiotkę. Dopiero wtedy zrozumiałam, że to Bóg spowodował tę sytuację stosownie do mojego stanu i że był to wyraz Bożej miłości. Dzisiejsze dzieło Boga miało na celu zbawienie mnie, pomoc w uwolnieniu się od mrocznych wpływów szatana, tak abym osiągnęła zbawienie; miało na celu sprawienie, bym wyraźnie zobaczyła, że mój sposób poszukiwania jest sprzeczny z wolą Boga. Nie byłabym w stanie zdobyć aprobaty Boga, nawet gdybym wierzyła w Niego do końca. Zostałabym z niczym! W duszy modliłam się więc do Niego: „Boże! Chcę być posłuszna Twemu dziełu, kroczyć ścieżką wiary zgodnie z Twoimi zaleceniami i przyłożyć się do czytania Twojego słowa, abym zdobyła rozumienie prawdy i odrzuciła swoje zepsute usposobienie. Niezależnie od tego, czy zostanę przywódczynią, będę dążyć do prawdy i skoncentruję się na zmianie mojego skażonego usposobienia, aby spełnić Twoją wolę”. Kiedy zrozumiałam wolę Boga, poczułam w sercu szczególny spokój i cieszyłam się rozmowami z innymi siostrami niezależnie od tego, którego aspektu słów Boga owe rozmowy dotyczyły. Na koniec zgromadzenia przywódczyni kościoła powiedziała, że na podstawie rekomendacji większości braci i sióstr, nową przywódczynią kościoła zostanie ta druga siostra, a ja mam jej pomagać w pracy. W mojej duszy panował duży spokój i ochoczo przystałam na harmonijną współpracę z nią przy wypełnianiu naszych obowiązków.

Pewnego dnia powiedziano mi, że w kościele jest siostra, która znajduje się w złym stanie, więc skonsultowałam się z siostrą, z którą pracowałam, żeby ustalić, jak rozwiązać ten problem. Nie czuła się ona wtedy dobrze fizycznie, więc tej nocy sama poszłam do tamtej siostry, żeby z nią porozmawiać, dzięki czemu szybko udało się rozwiązać jej problem. Moje serce pękało z samozadowolenia i myślałam, że przywódczyni wyższego szczebla z pewnością pochwali mnie, bo tak bardzo się starałam. Kiedy czekałam na dobre wiadomości, przyszedł list od przywódczyni wyższego szczebla, w którym pytała o stan tamtej siostry. Myślałam, że zawierał będzie pochwały, więc chętnie go otworzyłam i zaczęłam czytać. Ale ku mojemu zdumieniu okazało się, że miałam tylko spytać siostrę, z którą pracowałam, o to, w jaki sposób poradziła sobie ona z problemem. Natychmiast wzburzyłam się, myśląc: „Przecież to ja rozwiązałam ten problem. Dlaczego nie pyta się o to mnie? Wydaje się, że przywódczyni nie ma dla mnie serca i że patrzy na mnie z góry. Jestem tylko dziewczynką na posyłki. Jak dobrze bym nie pracowała, nikt nie zwraca na to żadnej uwagi”. Im więcej o tym myślałam, tym bardziej czułam się skrzywdzona i było mi przykro. Czułam, że zupełnie straciłam twarz. Właśnie wtedy z listem w ręku weszła moja współpracowniczka, która przyszła ze mną porozmawiać. Nie mogłam powstrzymać targających mną uczuć i powiedziałam ostro: „Przywódczyni wyższego szczebla nie wie, w jaki sposób rozwiązano ten problem. Czy nie wytłumaczyłaś tego jasno? Długo nad tym pracowałam, ale nikt mnie nie pochwalił, a ostatecznie to tobie przypisano wszystkie zasługi. W oczach wszystkich jestem tylko dziewczynką na posyłki. Jakbym się nie starała, nikt tego nie docenia”. Kiedy to powiedziałam, byłam tak roztrzęsiona, że zalałam się łzami. W tej chwili usłyszałam echo słów Boga: „Jeżeli włożysz wiele wysiłku, a ja nadal będę w stosunku do ciebie bardzo chłodny, czy będziesz w stanie nadal pracować dla Mnie w zapomnieniu? (…) Jeśli po tym, jak poświęcisz dla Mnie pewne rzeczy, nie spełnię twoich małostkowych żądań, czy nie zniechęcisz się i nie będziesz Mną zawiedziony, a może nawet wściekniesz się i zaczniesz głośno Mnie obrażać?” („Bardzo poważny problem – zdrada (2)” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Boże słowa dezaprobaty powoli uspokoiły mnie i znacznie oczyściły mój umysł. Odtwarzałam w umyśle tę scenę raz za razem, niczym film. To, co Bóg objawił, pozwoliło mi zobaczyć, że moja natura jest zbyt okropna i niebezpieczna i że moja wiara w Boga oraz wypełnianie moich obowiązków wcale nie służyły zadowoleniu Boga ani uzyskaniu Jego aprobaty, lecz temu, by chwalili i komplementowali mnie inni ludzie. Kiedy tylko moje życzenia się nie spełniały, czułam się urażona; do głosu dochodziła moja zwierzęca natura i zdradzenie Boga stawało się jeszcze prostsze. Zrozumiałam wtedy, że posunęłam się za daleko i nie ma we mnie ani krztyny autentycznego człowieczeństwa. Ból, który czułam, rozdzierał moje serce. Pełna żalu, modliłam się do Boga: „Boże, myślałam, że trochę się zmieniłam, że nie żyję już dla reputacji i statusu i że mogę być w dobrych stosunkach z tą siostrą. Ale Twoje dzisiejsze objawienie ponownie obnażyło moją szatańską brzydotę, to, że zawsze czuję się, jakbym nie cieszyła się statusem w oczach innych i cierpię, gdy nie jestem chwalona za swoje wysiłki. Boże, szatan naprawdę zbyt mocno mnie skrzywdził. Status, reputacja i próżność stały się moimi kajdanami. Modlę się, byś poprowadził mnie do zrozumienia prawdy o moim zepsuciu przez szatana i uwolnił mnie od jego wpływu”. Później przeczytałam następujące słowa Boga: „Każdy z was wspiął się na najwyższe wyżyny tłumów; wstąpiliście na nie, aby być przodkami licznych zastępów. Jesteście niezwykle arbitralni i dostajecie szału wśród wszystkich robaków szukających miejsca wytchnienia, próbując pożerać robaki mniejsze od was. Jesteście złośliwi i złowrodzy w waszych sercach, bardziej nawet niż te duchy, które opadły na dno morza. Żyjecie na dnie gnoju, przeszkadzając robakom od góry do dołu tak, że nie cieszą się pokojem, walcząc między sobą przez chwilę, by następnie się uspokoić. Nie znacie własnego statusu, ale nadal walczycie w gnoju. Co możecie zyskać na tej walce? Jeśli naprawdę mieliście serce pełne szacunku dla Mnie, jak możecie walczyć między sobą za Moimi plecami? Niezależnie od tego, jak wysoki jest twój status, czyż nadal nie jesteś małym śmierdzącym robakiem w gnoju? Czy urosną tobie skrzydła i staniesz się gołębicą na niebie?” („Kiedy spadające liście wrócą do swoich korzeni, będziesz żałował wszelkiego zła, które popełniłeś” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Słowa Boga boleśnie przeszyły moje serce niczym ostry miecz, budząc mojego ducha i sprawiając, że zdałam sobie sprawę, iż spełniałam swój obowiązek nie po to, aby wychwalać Boga i nieść o Nim świadectwo, lecz dlatego, że zawsze chciałam się popisywać, niosłam świadectwo o sobie i marzyłam o tym, by być lepsza od innych, tak żeby mnie podziwiali i szanowali. Czy miałam w sercu jakąkolwiek bojaźń Bożą? Czy w jakikolwiek sposób spełniałam mój obowiązek jako stworzenie? Pomyślałam o wielkiej ambicji archanioła, jego urojeniach, by być równym Bogu i rywalizować z Bogiem o status. Zawsze dążyłam do uznania ze strony innych oraz usiłowałam umocnić swoją pozycję i swój wizerunek w oczach innych. Czyż to, do czego dążyłam, nie było zarazem celem archanioła, który zdradził Boga? Jestem stworzonym bytem, który został skażony przez szatana; jestem jak śmieć, który nie jest warty nawet grosza. Teraz, gdy otrzymałam łaskę Boga i miałam okazję wypełniać swoje obowiązki oraz zostać nową osobą, powinnam była oddawać cześć Bogu i cały czas wypełniać moje obowiązki stworzonego bytu z trwogą w sercu, ale zamiast uczciwie pracować, zawsze chciałam wykorzystywać moje obowiązki jako okazję do popisywania się, niesienia świadectwa o sobie i załatwiania swoich spraw. Jak Bóg miał tego nie nienawidzić i tym nie gardzić? Bóg jest tak święty i tak wielki, pełen autorytetu i władzy, a jednak pozostaje skromny i ukryty, nigdy nie ujawnia swojej tożsamości po to, by ludzie szanowali Go i podziwiali. Zamiast tego po cichu daje z siebie wszystko, aby zbawić ludzkość, nigdy się nie tłumaczy, nie przypisuje sobie zasług i nigdy nie oczekuje niczego od ludzkości. Pokora, szlachetność i bezinteresowność Boga sprawiły, że dostrzegłam własną arogancję, podrzędność i samolubstwo. Mimowolnie poczułam wstyd, jak gdybym nie miała gdzie się schować. Poczułam też, że zostałam poważnie zdeprawowana przez szatana i że bardzo potrzebuję zbawienia Bożego sądu, skarcenia, prób i oczyszczenia. Padłam więc na kolana przed Bogiem: „Boże Wszechmogący! Poprzez Twoje skarcenie i Twój sąd dostrzegam swoje nieposłuszeństwo, a także Twoją szlachetność i wielkość. Od teraz, wypełniając obowiązki, pragnę tylko zachowywać się jak autentyczny człowiek, którego serce lęka się Ciebie, żyć wyłącznie Twoimi słowami i odrzucić moje szatańskie usposobienie”.

Później zostałam wybrana na przywódczynię kościoła i w wypełnianiu obowiązków miałam współpracować z inną siostrą. Z racji moich wcześniejszych niepowodzeń ciągle przypominałam sobie, że aby należycie wykonywać kościelne obowiązki, muszę zgodnie z nią współpracować. Najpierw wszystko z nią omawiałam i wspólnie szukaliśmy Bożych wskazówek, aby każdy aspekt naszej pracy przynosił owoce. Ale po pewnym czasie zauważyłam, że miała dobry charakter, kiedy mówiła o prawdzie, jej słowa były jasne i oświecające, a jej zdolność do pracy przekraczała moją. Podczas zgromadzeń bracia i siostry chętnie słuchali, kiedy mówiła, i konsultowali się z nią, kiedy natrafiali na trudności. W obliczu tej sytuacji po raz kolejny wpadłam w sidła szatana i pomyślałam: „Ta siostra jest lepsza ode mnie pod każdym względem i bracia i siostry zawsze ją podziwiają. Nie ma mowy! Za wszelką cenę muszę być lepsza od niej i sprawić, by bracia i siostry dostrzegli, że w niczym jej nie ustępuję”. W tym celu całymi dniami krzątałam się po kościele, odbywałam spotkania z braćmi i siostrami i jeśli ktokolwiek miał jakiś problem, pędziłam, by pomóc go rozwiązać. Na zewnątrz mogłam się wydawać lojalna i posłuszna, ale czy moje skryte ambicje mogły umknąć czujnemu oku Boga? Moje nieposłuszeństwo rozgniewało Boga i skrył On przede mną swoją twarz, w rezultacie czego ogarnęły mnie ciemności. Kiedy czytałam słowa Boga, nie doznawałam objawienia, kiedy się modliłam, nie miałam nic do powiedzenia, podczas zgromadzeń mówiłam oschle, a nawet zaczęłam bać się tych spotkań z braćmi i siostrami. Byłam całkowicie owładnięta przez reputację i status. Próbowałam przebrnąć przez każdy dzień, jak gdybym niosła wielkie brzemię, które nie pozwalało mi oddychać. Przestałam też wyraźnie dostrzegać pewne problemy w kościele i wydajność mojej pracy znacząco spadła. W obliczu takiego objawienia od Boga i tak nie próbowałam poznać siebie ani nie chciałam otworzyć się przed braćmi i siostrami odnośnie do mojego stanu oraz dążyć do prawdy, aby sobie z nim poradzić, ponieważ obawiałam się, że będą patrzeć na mnie z góry. Później spłynęły na mnie sąd i skarcenie Boga. Brzuch zaczął mnie boleć tak bardzo, że nie mogłam wygodnie siedzieć ani stać. Męka spowodowana chorobą i moje niezadowolenie z tego, że nie osiągnęłam upragnionego statusu sprawiły, że balansowałam między życiem a śmiercią. Ponieważ uparcie trwałam przy swoim błędnym podejściu i nie mogłam dłużej wykonywać kościelnych obowiązków, kościół musiał zastąpić mnie kimś innym. Utraciwszy swój status, czułam się, jakbym została skazana na piekło. Emocjonalnie upadłam na samo dno i czułam, że zupełnie straciłam twarz. Cierpiałam jeszcze bardziej, gdy widziałam, jak bracia i siostry aktywnie wypełniają swoje obowiązki, podczas gdy ja straciłam dzieło Ducha Świętego i nie byłam w stanie wypełniać żadnych obowiązków. Przepełniona bólem, zadawałam sobie pytanie: Jak to jest, że inni wierzą w Boga i rozumieją coraz więcej z prawdy, podczas gdy ja raz za razem jestem nieposłuszna i sprzeciwiam się Bogu ze względu na zachowanie twarzy i status? Modliłam się więc wiele razy i prosiłam Boga, aby poprowadził mnie do znalezienia źródła moich niepowodzeń. Pewnego dnia natrafiłam na następujące słowa Boga: „Niektórzy ludzie szczególnie ubóstwiają Pawła. Lubią wychodzić z domu, wygłaszać przemowy i pracować, lubią spotykać się z innymi ludźmi i mówić; lubią, gdy ludzie ich słuchają, czczą i otaczają. Lubią mieć status w oczach innych i są wdzięczni, kiedy inni cenią ich wizerunek. Przeanalizujmy ich naturę na podstawie tych zachowań: jaką naturę posiadają ludzie, którzy przejawiają takie zachowania? Jeśli rzeczywiście zachowują się w ten sposób, to wystarczy nam to do wykazania, że są aroganccy i zarozumiali. W ogóle nie czczą Boga; dążą do uzyskania wysokiego statusu i chcą mieć władzę nad innymi, zajmować ich i sprawić, by myśleli o statusie. Jest to klasyczny wizerunek szatana. Na pierwszy plan w ich naturze wybija się arogancja i zarozumiałość, brak chęci, by czcić Boga i pragnienie podziwu ze strony innych. Takie zachowania dają wam dokładny wzgląd w ich naturę” („Jak poznać naturę człowieka” w księdze „Zapisy przemówień Chrystusa”). Później przeczytałam następujące słowa kazania: „Istotą i naturą szatana jest zdrada. Na samym początku zdradził on Boga, a później oszukiwał, mamił, manipulował i kontrolował stworzonych przez Boga ludzi na ziemi, usiłując dorównać Bogu i ustanowić niezależne królestwo… Czyż nie widzicie, że naturą szatana jest zdradzanie Boga? Na podstawie wszystkiego, co szatan uczynił ludzkości, widzimy wyraźnie, że jest On autentycznym, zbuntowanym przeciw Bogu demonem i że naturą szatana jest zdradzanie Boga. Wszystko to jest absolutne”. („Jak zdobyć wiedzę na temat własnej skażonej substancji” w książce „Kazania i rozmowy na temat wejścia w życie I”). Rozważając te słowa, mimowolnie zaczęłam drżeć z lęku. Zrozumiałam, że tym, co urzeczywistniałam, był w zupełności wizerunek szatana – arogancki, zarozumiały i nieoddający czci Bogu. Bóg wywyższył mnie do wypełniania obowiązków w kościele, abym z sercem pełnym bojaźni Bożej przywodziła do Niego braci siostry i pozwalała im, by mieli w swoich sercach miejsce dla Boga, jak również lękali się Go i byli Mu posłuszni. Ale spełniając swój obowiązek, nie brałam pod uwagę woli Boga i nie odczuwałam brzemienia pomagania braciom i siostrom w wejściu w życie. Zamiast tego zawsze pragnęłam, by inni zwracali na mnie uwagę i słuchali mnie, i z racji tych moich pragnień zawsze i w każdych okolicznościach starałam się promować siebie. Zazdrościłam nawet dobrym, byłam pełna zawiści wobec silnych i uparcie rywalizowałam z innymi o wyższą pozycję. Z zewnątrz wyglądało to, jakbym rywalizowała z ludźmi, ale w rzeczywistości walczyłam z Bogiem. Jest to coś, co poważnie obraża Boże usposobienie. Bóg karcił mnie i dyscyplinował, pozbawił mnie statusu, abym zastanowiła się nad sobą i wyraziła skruchę. Miłość Boga do mnie była tak głęboka, tak wielka! Zdając sobie z tego sprawę, mimowolnie poczułam żal i obwiniałam się, co więcej, nienawidziłam tego, że moje zepsucie było tak głębokie. Podążałam za Bogiem, ale nie dążyłam do prawdy, a zamiast tego bez zastanowienia trudziłam się, by zdobyć reputację i status. Im dłużej patrzyłam w swoje wnętrze, tym wyraźniej widziałam, że maksymy, według których żyłam, takie jak „Tak jak drzewo żyje dla swojej kory, tak człowiek żyje dla swojej twarzy” czy „Człowiek pozostawia po sobie swoje imię, gdziekolwiek przebywa, tak jak gęś wydaje swój krzyk, gdziekolwiek leci”, były kłamstwami, z których korzystał szatan, aby zdeprawować i skrzywdzić ludzkość. Zdałam sobie sprawę, że szatan wykorzystuje te rzeczy, aby sparaliżować ludzkie dusze, wypaczyć ich umysły i sprawić, że przyjmą złe poglądy na życie, tak że ludzie usiłują jedynie dążyć do pustych rzeczy, takich jak status, sława, bogactwo czy reputacja, przez które są dowolnie niszczeni i krzywdzeni, a na końcu zostają całkowicie pochłonięci. Taki jest plan szatana. Od teraz nigdy nie sprzeciwię się Bogu, ciesząc się Jego miłosierdziem. Powinnam zupełnie się zmienić, całkowicie odrzucić szatana, oddać całe moje serce Bogu i urzeczywistniać prawdziwe człowieczeństwo, które daje pociechę Jego sercu. Następnie rozważałam, w jaki sposób iść moją przyszłą drogą i jak dążyć do prawdy, by żyć zgodnie z wolą Boga. Podziękowałam Bogu, że raz jeszcze mi pomógł. Później przeczytałam słowa Boga: „Dzisiaj, nawet jeżeli nie jesteś robotnikiem, powinieneś być w stanie spełnić obowiązek stworzenia Bożego i starać się w pełni poddać planowym działaniom Bożym. Powinieneś być w stanie być posłusznym niezależnie od tego, co Bóg mówi oraz doświadczać wszelkiego rodzaju udręk i oczyszczania, a mimo swojej słabości powinieneś wciąż być zdolny do kochania Boga w głębi serca. Ci, którzy przejmują odpowiedzialność za swoje życie, są gotowi do spełniania obowiązku stworzenia Bożego, a pogląd takich osób na dążenie jest właściwy. Są to ludzie, których Bóg potrzebuje. (…) Jako stworzenie Boże człowiek powinien starać się spełniać swój obowiązek i kochać Boga bez dokonywania innych wyborów, gdyż Bóg jest godny miłości człowieka. Ci, którzy starają się kochać Boga, nie powinni poszukiwać żadnych osobistych korzyści ani tego, czego osobiście pragną. Jest to najpoprawniejszy środek dążenia” („Sukces i porażka zależą od ścieżki, którą idzie człowiek” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Słowa Boga oświeciły moje serce niczym drogowskaz, wskazując mi ścieżkę, którą powinnam podążać. Życzeniem Boga jest, aby ludzie, niezależnie od tego, czy mają status i w jakich okolicznościach się znajdują, dokładali wszelkich starań, by dążyć do prawdy, być posłusznymi planom i ustaleniom Boga oraz dążyć do miłowania i zadowalania Boga. Jest to najbardziej prawidłowa droga działania, jak również właściwa ścieżka życia, którą powinien pójść stworzony byt. Postanowiłam więc przed Bogiem: Boże, dziękuję Ci, że pokazałeś mi właściwą ścieżkę w życiu. Mój przeszły status wynikał z tego, że mnie wywyższyłeś, a to, że nie mam dzisiaj statusu, wynika także z Twojej sprawiedliwości. Jestem maleńką stworzoną istotą. Od teraz pragnę tylko dążyć do prawdy i być posłuszna wszystkim Twoim ustaleniom.

Później mój stan szybko zaczął się poprawiać dzięki lekturze słów Boga i życiu sprawami kościoła. Kościół ponownie wyznaczył mi nowe, odpowiednie obowiązki. Przy ich wypełnianiu zaczęłam koncentrować się na dążeniu do prawdy i kiedy ujawniałam swoje zepsucie, znajdowałam właściwe słowa Boga, aby sobie z tym poradzić. W obliczu rzeczy związanych z zachowaniem twarzy i statusem, mimo że pewne myśli przychodziły mi do głowy, poprzez modlitwę i poszukiwanie prawdy w słowach Boga, aby zrozumieć istotę sławy i zysku, stopniowo byłam w stanie uwolnić się od tych rzeczy i mogłam wypełniać swoje obowiązki w spokoju ducha. Kiedy widziałam, jak dawano zlecenia braciom i siostrom, którzy wierzyli w Boga krócej ode mnie, dzięki dążeniu do prawdy byłam w stanie zrozumieć, że to, jakie ktoś w danej chwili wykonuje obowiązki, zostało uprzednio ustanowione przez Boga i że powinnam być posłuszna wobec Bożych ustaleń. W rezultacie byłam w stanie reagować na te sytuacje we właściwy sposób. Kiedy bracia i siostry rozprawiali się ze mną i obnażali moją naturę i istotę, mimo że czułam, iż tracę twarz, dzięki modlitwie byłam w stanie być posłuszna. Działo się tak dlatego, że spłynęła na mnie miłość Boga, co miało zbawienny wpływ na zmianę mojego życiowego usposobienia. W przeszłości byłam skoncentrowana wyłącznie na mojej twarzy i nie chciałam się przed nikim otworzyć ze strachu, że ludzie będą patrzeć na mnie z góry. Obecnie, zgodnie z zaleceniami Boga, staram się być osobą uczciwą i jeśli mam jakieś problemy, to otwieram się przed braćmi i siostrami. Przynosi mi to głębokie poczucie ulgi i szczęścia. Widząc te zmiany, które we mnie zaszły, mogę tylko dziękować Bogu i chwalić Go, ponieważ są to owoce, które zostały we mnie zasiane przez Boże dzieło karcenia i sądu w dniach ostatecznych.

Podążam za Bogiem Wszechmogącym już od wielu lat. Myśląc o przeszłości, widzę, że to trucizny szatana niszczyły moją duszę. Żyłam pod władzą szatana, który przez wiele lat wyniszczał mnie i ogłupiał. Nie znałam wartości i sensu życia. Nie potrafiłam dostrzec światła ani odnaleźć prawdziwego szczęścia i radości. Upadałam w otchłań nieszczęścia i nie byłam w stanie się z niej wyswobodzić. Teraz uwolniłam się od krzywdy, którą wyrządzał mi szatan, odczułam ulgę i zdobyłam wolność dzięki temu, że Bóg raz za razem ponawiał swój sąd i swoje karcenie. Odzyskałam swoje sumienie i swój rozum oraz mam teraz właściwy cel, do którego zmierzam: podążać za Bogiem jasną i prawą ścieżką w życiu. Dzięki skarceniu i osądzeniu przez Boga prawdziwie doświadczyłam Jego bezinteresownej i szczerej miłości; cieszę się błogosławieństwem i otrzymuję miłość, o której ludzie z tego świata mogą tylko pomarzyć. Tylko Bóg może wybawić człowieka z szatańskiego oceanu nieszczęścia i tylko Boże dzieło skarcenia i sądu może oczyścić nas z szatańskich trucizn, sprawić, że urzeczywistnimy prawdziwe człowieczeństwo i że będziemy kroczyć właściwą ścieżką życia. Skarcenie i sąd dokonywane przez Boga są światłem. Jest to największa łaska, najlepsza ochrona, największe bogactwo życia, jakie Bóg dał człowiekowi. Tak jak mówią słowa Boga Wszechmogącego: „(…) karcenie i sąd Boży to dla człowieka najlepsza ochrona i największa łaska. Jedynie przez karcenie i sąd Boży człowiek może się obudzić, znienawidzić ciało i znienawidzić szatana. Surowa dyscyplina ze strony Boga uwalnia człowieka spod wpływu szatana, uwalnia go z jego własnego małego świata i pozwala mu żyć w świetle Boskiej obecności. Nie ma lepszego zbawienia niż karcenie i sąd!” („Doświadczenia Piotra: jego znajomość karcenia i sądu” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Niech będą dzięki Bożemu karceniu i sądowi za to, że zbawiły mnie i umożliwiły moje odrodzenie! Na mojej przyszłej ścieżce wiary nie będę szczędzić wysiłków, by dążyć do prawdy, otrzymać więcej karcenia i sądu Bożego i całkowicie odrzucić trucizny szatana, aby oczyścić się, zdobyć prawdziwą wiedzę o Bogu i stać się osobą, która autentycznie kocha Boga.

Powiązane treści