Znalazłam swoje miejsce

07 czerwca 2022

Autorstwa Si Fan, Korea Południowa

Kiedy uwierzyłam w Boga, podążałam za Nim z wielkim entuzjazmem. Niezależnie od tego, jakie kościół wyznaczył mi obowiązki, byłam posłuszna. Kiedy napotykałam przy tym trudności, byłam także w stanie cierpieć i ponosić koszty, na nic przy tym nie narzekając. Wkróce potem zaczęłam uczyć się podlewać nowych wyznawców, i przez cały czas byłam awansowana. Miałam poczucie, że jestem osobą utalentowaną, kimś, kogo kościół doskonali, i że staram się bardziej od innych, więc dopóki będę ciężko harować, pełniąc swe obowiązki, będę dostawać awanse i ważne stanowiska. Kiedy o tym myślałam, czułam się bardzo dumna.

Potem widziałam, jak wielu braci i sióstr mniej więcej w moim wieku pełni ważne obowiązki, na przykład jako przywódcy zespołów i osoby nadzorujące, i byłam zazdrosna. Myślałam sobie: „Jeśli oni mogą pełnić tak ważne obowiązki w tak młodym wieku, być doceniani przez przywódców i podziwiani przez braci i siostry, to ja nie mogę spocząć na laurach. Muszę solidnie pracować i dążyć do osiągnięcia przełomowych wyników w pełnieniu swych obowiązków, tak, abym i ja mogła dostać ważne stanowisko”. Pracowałam więc jeszcze ciężej. Chętnie zostawałam do późna i znosiłam cierpienia. Kiedy miałam trudności w pełnieniu obowiązków, szukałam słów Bożych, aby je rozwiązać. Jednak moje wysiłki nie przyniosły żadnej zmiany mojej sytuacji. Z uwagi na słabą umiejętność współpracy, wyznaczano mi pewne rutynowe zadania. Potem byłam jeszcze bardziej zazdrosna, widząc, jak inni wokół mnie dostają awans. Wiedziałam, że jestem od nich gorsza, więc zawsze dopingowałam samą siebie: „Nie mogę się zniechęcać, ani spoczywać na laurach. Muszę pracować i stawać się coraz lepsza. Muszę czytać jeszcze więcej słów Bożych i wkładać więcej wysiłku we wkraczanie w życie. Jak już udoskonalę swoje umiejętności zawodowe i poczynię postępy we wkraczaniu w życie, na pewno mnie awansują”. Pracowałam więc ciężko, aby być coraz lepszą. Czekałam też z utęsknieniem na ten dzień, gdy zostanę wreszcie awansowana.

Zanim się obejrzałam, dwa lata minęły mi na pełnieniu tych samych obowiązków, i tylko moi współpracownicy wciąż się zmieniali. Jedni dostawali awans, inni zostawali przywódcami i działaczami. Zaczęłam więc się zastanawiać: „Pełnię tę obowiązki już dłuższą chwilę, a ci, którzy wykonywali tę funkcję przez krótszy czas, dostają awans, dlaczego więc mój zakres obowiązków w ogóle się nie zmienia? Czy przywódcy sądzą, że nie warto mnie doskonalić, i że nadaję się jedynie do rutynowych zadań? Czy w ogóle nie mam żadnych szans na awans? Czy zawsze już będę tkwić na tym mało znaczącym stanowisku?”. Kiedy sobie to wyobraziłam, poczułam się nagle jak przekłuty balon. Nie przykładałam się już do pełnienia swych obowiązków tak bardzo jak przedtem, i nie miałam wcale poczucia, że sprawy, które trzeba załatwić, są pilne. Każdego dnia zachowywałam tylko pozory, lub wykonywałam swe zadania byle jak, żeby tylko móc stwierdzić, że zrobiłam swoje. W rezultacie w mojej pracy często pojawiały się błędy i niedopatrzenia, ale nie traktowałam tego poważnie i nie zastanawiałam się nad sobą. Potem usłyszałam, że jeszcze więcej znanych mi braci i sióstr dostało awans, i poczułam się jeszcze bardziej nieszczęśliwa. Myśłałam sobie: „Niektórzy z nich pełnili te same obowiązki, co ja, ale teraz wszyscy już otrzymali awans, a ja jestem wciąż w punkcie wyjścia. Może nie jestem osobą, która dąży do prawdy, lub jest warta tego, by ją doskonalić”. Myśl ta przytłoczyła mnie niczym wielkie brzemię na moich barkach. Czułam się bardzo nieszczęśliwa. W tamtych dniach byłam wielce przygnębiona, i brakowało mi motywacji do pełnienia swych obowiązków. Przez cały czas miałam poczucie, że w mojej wierze w Boga nie mam przed sobą żadnej przyszłości. Byłam bardzo zasmucona i nie umiałam się z tym pogodzić. Myślałam sobie: „Czy naprawdę jestem taka kiepska? Czy rzeczywiście nadaję się tylko do rutynowych zadań? Czy w ogóle nie ma sensu mnie doskonalić? Potrzebuję tylko jednej szansy. Dlaczego muszę ciągle tkwić w ciemnym kącie, w którym nikt mnie nie zauważa?”. Im więcej o tym rozmyślałam, w tym większe wpadałam przygnębienie. Wzdychałam całymi dniami, i nie miałam nawet siły poruszyć nogami. W tamtym okresie często w nocy płakałam cicho w łóżku, myśląc sobie: „Jeśli nie mam takich umiejętności zawodowych, jak inni, to będę ciężko pracować, aby dążyć do prawdy. Będę czytać więcej słów Bożych i bardziej skupię się na wkraczaniu w życie. Pewnego dnia, gdy będę potrafiła rozmawiać we wspólnocie mając już pewną praktyczną wiedzę, a przywódcy spostrzegą, że skupiam się na dążeniu do prawdy, to czyż mnie w końcu nie awansują?”. Kiedy jednak o tym myślałam, czułam się też trochę winna. Dążenie do prawdy to coś pozytywnego, i tym właśnie powinna zajmować się osoba wierząca. Ja jednak zamierzałam posłużyć się tym dążeniem po to, by wybić się ponad innych. Gdybym w ten sposób dążyła do prawdy, kierując się ambicją i własnymi pragnieniami, mierziło by to tylko Boga i byłoby Mu nienawiste, nieprawdaż? Dlaczego nie wystarczało mi to, że skromnie i bez rozgłosu wypełniałam swoje obowiązki? Naprawdę poczułam się winna, więc, płacząc, modliłam się do Boga: „Boże, wiem, że to źle, że uganiam się za statusem, ale moje ambicje i pragnienia są bardzo wielkie. Ciągle mam poczucie, że wypełnianie swych obowiązków w ukryciu jest bezużyteczne. Boże, nie potrafię wyrwać się z tego stanu. Proszę, poprowadź mnie i pokieruj mną tak, abym mogła pojąć Twoją wolę i poznać samą siebie”.

Kiedy się pomodliłam, przeczytałam dwa fragmenty słów Bożych. „Dla antychrystów status i prestiż są ich życiem. Bez względu na to, jak i w jakim środowisku żyją, jaką pracę wykonują, o co zabiegają, jakie są ich cele, jaki jest kierunek ich życia, wszystko kręci się wokół zdobycia dobrej reputacji i wysokiej pozycji. Ten cel się nie zmienia; nigdy nie potrafią odsunąć go na bok. To jest prawdziwe oblicze antychrystów i ich istota. Gdyby znaleźli się głęboko w górskiej dżungli, i tak nie porzuciliby statusu i prestiżu. Można umieścić ich w dowolnej grupie ludzi, a i tak będą potrafili myśleć wyłącznie o statusie i prestiżu. Chociaż antychryści również wierzą w Boga, uważają, że dążenie do statusu i prestiżu jest równoznaczne z wiarą w Boga i przydają mu taką samą wagę. To znaczy, że krocząc ścieżką wiary w Boga, dążą również do osiągnięcia własnego statusu i prestiżu. Można powiedzieć, że w swoich sercach antychryści wierzą, że wiara w Boga i dążenie do prawdy są dążeniem do statusu i prestiżu; dążenie do statusu i prestiżu jest również dążeniem do prawdy, a zdobycie statusu i prestiżu jest równoznaczne z zyskaniem prawdy i życia. Jeśli czują, że nie mają prestiżu i statusu, że nikt ich nie podziwia, nie czci ani za nimi nie podąża, to wpadają w wielką frustrację, dochodzą do wniosku, że nie ma sensu wierzyć w Boga, że nie ma w tym żadnej wartości, i mówią sobie: »Czy taka wiara w Boga jest porażką? Czy jest beznadziejna?«. Często rozważają takie rzeczy w sercach, zastanawiają się, jak znaleźć dla siebie miejsce w domu Bożym, jak zdobyć wielkie uznanie w kościele, by ludzie słuchali ich słów i wspierali ich działania, by wszędzie za nimi podążali; by mogli zdobyć głos w kościele i dobrą opinię, by mogli się cieszyć przywilejami i statusem – często rozmyślają o takich sprawach. Za tym tacy ludzie gonią” („Wypełniają obowiązki tylko po to, by się wyróżnić, zaspokoić swoje interesy i ambicje; nigdy nie zważają na interesy domu Bożego, a nawet poświęcają je dla osobistej chwały (Część trzecia)” w księdze „Demaskowanie antychrystów”). „Dla antychrystów atakowanie lub niszczenie ich reputacji i statusu jest sprawą jeszcze poważniejszą niż próba odebrania im życia. Bez względu na to, ile kazań słuchają lub ile słów Bożych czytają, nie poczują smutku ani żalu spowodowanego tym, że nigdy nie praktykowali prawdy i że wybrali ścieżkę antychrysta, ani tym, że mają naturę i istotę antychrysta. Zamiast tego ciągle szukają sposobów zdobycia statusu i poprawienia swojej reputacji. (…) W swojej ciągłej pogoni za reputacją i statusem bezczelnie zaprzeczają temu, co uczynił Bóg. Dlaczego tak mówię? W głębi serca antychryści wierzą: »Wszelka reputacja i status wynikają z zasług człowieka. Tylko zdobywając mocną pozycję wśród ludzi i zyskując reputację i status, można cieszyć się Bożymi błogosławieństwami. Życie ma wartość tylko wtedy, gdy ludzie zdobywają absolutną władzę i status. Tylko to jest godnym ludzkim życiem. I na odwrót, byłoby tchórzostwem żyć tak, by poddać się we wszystkim, jak każe słowo Boże, panowaniu i ustaleniom Boga, dobrowolnie zająć pozycję stworzenia i żyć jak normalny człowiek – nikt by kogoś takiego nie podziwiał. Status, reputację i szczęście należy zdobyć własnym wysiłkiem; należy o nie walczyć i chwytać je z aktywnym, pozytywnym nastawieniem. Nikt inny ci ich nie da – bierne czekanie na nic się nie zda«. Tak właśnie kalkuluje antychryst. Oczywiście, taka jest istota antychrystów; jeśli próbuje się ich nakłonić do rozważania słów Boga, szukania Jego woli i prawdy, aby mogli podporządkować się Bogu, działać zgodnie z zasadami prawdy i służyć jako zwykli wyznawcy, aż w końcu będą mogli czcić Boga i odrzucić zło, to absolutnie tego nie zrobią” („Wypełniają obowiązki tylko po to, by się wyróżnić, zaspokoić swoje interesy i ambicje; nigdy nie zważają na interesy domu Bożego, a nawet poświęcają je dla osobistej chwały (Część trzecia)” w księdze „Demaskowanie antychrystów”).

Czytanie słowa Bożego sprawiło, że moje serce zaczęło krwawić. Bóg objawił, że dla antychrystów status jest ważniejszy od życia. Wszystko, co mówią i robią obraca się właśnie wokół niego, i myślą ciągle tylko o tym, jak go zyskać i utrzymać. Kiedy utracą swój status, tracą motywację do życia. Przez wzgląd na swój status potrafią sprzeciwiać się Bogu, zdradzać Go i zakładać swe własne królestwa. Zdałam sobie sprawę, że i dla mnie status był zawsze bardzo ważny. Gdy byłam młoda, rodzina wpajała mi takie maksymy: „Bez pracy nie ma kołaczy”, albo „Człowiek zawsze dąży ku górze, woda płynie w dół”. Zawsze więc uważałam te szatańskie prawa przetrwania za mądre porzekadła. Sądziłam, że życie poświęcone na zyskiwanie statusu i szacunku innych to życie wartościowe i godne, a zadowolenie ze swego losu i bycie zwyczajną, trzeźwą i stąpającą po ziemi osobą dowodzi braku ambicji lub rzeczywistych celów. Uważałam, że tacy ludzie są bezużyteczni i tchórzliwi. Kiedy zaczęłam wierzyć w Boga, moje przekonania i poglądy wcale się nie zmieniły. Z pozoru nie zabiegałam o status, ale miałam niemałe ambicje i pragnienia. Pragnęłam ważniejszego stanowiska i wyższego statusu tylko po to, by inni mieli o mnie wysokie mniemanie. Kiedy widziałam, jak bracia i siostry z mojego otoczenia awansowani są na przywódców grup i osoby nadzorujące ich pracę, rozbudzało to tylko we mnie jeszcze większe pragnienia. Aby zyskać awans, wstawałam wcześnie rano i byłam na nogach do późnej nocy. Byłam skłonna cierpieć i zapłacić każdą cenę za pełnienie obowiązków. Kiedy moje nadzieje raz za razem się rozwiewały, zaczął przepełniać mnie żal i sprzeciw względem mego otoczenia. Miałam nawet poczucie, że nie ma sensu wierzyć w Boga, i zaczęłam być znużona pełnieniem swych obowiązków. Zachowywałam tylko pozory i co tylko mogłam, robiłam po łebkach. Zrozumiałam, że odkąd uwierzyłam w Boga, ścieżka, którą obrałam, nie była wcale ścieżką podążania za prawdą. Wszystko, co robiłam, czyniłam tylko dla sławy i statusu. Tymczasem to, że mogłam wejść do domu Bożego i wypełniać swoją powinność, oznaczało, że Bóg dawał mi szansę na zbawienie. Bóg chciał, bym pełniąc swój obowiązek, podążała za prawdą, zrozumiała prawdę i wkroczyła w jej rzeczywistość, porzucając swe skażone skłonności. Ja jednak zaniedbywałam swe zadania. Mój umysł nie był skupiony na podążaniu za prawdą, i pragnęłam jedynie zyskać jak najwyższy status, a kiedy pragnienie to zostało zniweczone, pogrążałam się tylko w coraz większym niezadowoleniu i przygnębieniu. Naprawdę nie miałam za grosz rozsądku ani sumienia! Choć od wielu lat wierzyłam w Boga, tak właśnie myślałam, ponieważ nie dążyłam do prawdy, i nawet teraz nie miałam większej wiedzy o swym własnym skażonym usposobieniu. Nie byłam w stanie należycie wypełniać nawet mych bieżących obowiązków. Ciągle robiłam wszystko po łebkach i w mojej pracy zdarzały się częste błędy i niedopatrzenia. Mimo tego chciałam dostać awans i zajmować się ważniejszymi sprawami. Ależ byłam bezczelna! Dopiero potem zrozumiałam, że wiara w Boga bez dążenia do prawdy, i uganianie się na oślep za statusem, sprawiłoby jedynie, że stałabym się jeszcze bardziej żądna sławy i arogancka, wciąż tylko pragnąc górować nad wszystkimi, lecz nie potrafiąc podporządkować się Bożym ustaleniom. Takie dążenia są autodestrukcyjne, a ponadto są znienawidzone i przeklęte przez Boga. Myślałam o antychrystach wydalonych z kościoła. Oni nie podążąją za prawdą, a jedynie ciągle dążą do osiągnięcia sławy i statusu. Ciągle chcą, by ich podziwiano i poważano, i usiłują pozyskać sobie ludzi i mieć nad nimi kontrolę, w rezultacie czego czynią zbyt wiele zła i są eliminowani przez Boga. Czyż moje dążenia nie były takie same jak ich? Czy i ja nie kroczyłam ścieżką sprzeciwiania się Bogu? Boże usposobienie jest sprawiedliwe i nie znosi obrazy. Gdybym nie chciała się zmienić, Bóg z pewnością by mnie odrzucił i wyeliminował. Mając to na myśli, poprzysięgłam sobie, że nie będę odtąd dążyć do osiągnięcia statusu i podporządkuję się Bożym ustaleniom. Będę dążyć do prawdy i wykonywać swoje obowiązki jak należy, w sposób trzeźwy i praktyczny.

Pewnego dnia, kiedy się modliłam, przeczytałam kolejny fragment słów Bożych. „Ponieważ ludzie nie uznają Bożej koordynacji i suwerenności, zawsze burzą się przeciwko losowi i przyjmują buntownicze podejście, a także zawsze chcą uwolnić się od autorytetu i suwerennej władzy Boga oraz od tego, co przygotował dla nich los, z próżną nadzieją, że zmienią swoje istniejące okoliczności i los. Jednak nigdy im się to nie uda i za każdym razem te próby zostają udaremnione. Ta walka, która ma miejsce głęboko w duszy człowieka, przynosi głęboki ból, który przenika aż do kości, a człowiek przez cały czas tylko marnuje swoje życie. Co jest przyczyną tego bólu? Czy powodem jest suwerenność Boga, czy fakt, że człowiek nieszczęśliwie się urodził? Niewątpliwie ani jedno ani drugie nie jest prawdą. Zasadniczo jego przyczyną są obierane przez ludzi ścieżki, sposoby, które ludzie wybierają, aby przeżyć swoje życie. Niektórzy ludzie być może nie zdają sobie sprawy z tych rzeczy. Jednak jeżeli prawdziwie wiesz, prawdziwie uznasz, że Bóg ma suwerenną władzę nad ludzkim losem, kiedy prawdziwie zrozumiesz, że wszystko, co dla ciebie zaplanował i o czym zadecydował, przynosi ogromne korzyści i zapewnia ochronę, wówczas poczujesz, że twój ból stopniowo zaczyna się zmniejszać, a ty cały stajesz się odprężony, wolny i wyzwolony. Sądząc po stanie większości ludzi, obiektywnie nie są oni w stanie prawdziwie uznać praktycznej wartości i znaczenia suwerennej władzy Stwórcy nad ludzkim losem, mimo że na poziomie subiektywnym nie chcą nadal żyć tak jak dotychczas i pragną ukojenia bólu; obiektywnie jednak nie potrafią prawdziwie uznać tejże suwerenności ani się jej poddać, a tym bardziej nie wiedzą, jak szukać i zaakceptować planowe działania i aranżacje Stwórcy. Zatem jeżeli ludzie nie uznają prawdziwie faktu, że Stwórca posiada suwerenną władzę nad ludzkim losem i wszystkimi ludzkimi sprawami, jeżeli nie potrafią prawdziwie poddać się panowaniu Stwórcy, trudno będzie im nie kierować się przekonaniem, że »los człowieka spoczywa w jego własnych rękach« ani nie zostać przez nie spętanym, trudno im będzie otrząsnąć się z cierpień intensywnej walki przeciwko losowi i autorytetowi Stwórcy, nie wspominając nawet o tym, że ciężko będzie im stać się prawdziwie wyzwolonymi i wolnymi, stać się ludźmi wielbiącymi Boga” („Sam Bóg, Jedyny (III)” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Słowa Boże do głębi mnie poruszyły. Przedtem nigdy nie porówynwałam swojego stanu do tego, który one objawiały. Sądziłam, że skierowane są do niewierzących, podczas gdy ja wierzyłam w Boga, uznawałam Jego zwierzchnią władzę i byłam Mu posłuszna. Gdy jednak się uspokoiłam i zaczęłam rozważać ten fragment, zdałam sobie sprawę, że uznawanie zwierzchniej władzy Boga nie oznacza jeszcze podporządkowania się jej. Nie znaczy nawet, że wiesz, czym jest zwierzchnia władza Boga. Choć wierzyłam w Boga, moje poglądy na różne sprawy były nadal takie same, jak poglądy niewierzących. Niewierzący zaś sądzą, że los człowieka jest zawsze w jego rękach, i ciągle chcą zmagać się z losem. Chcą zmienić swoje przeznaczenie poprzez własne wysiłki i wieść jak najwspanialsze życie. W rezultacie bardzo cierpią, płacą wysoką cenę, a ostatecznie zbierają tylko mnóstwo sińców, i nawet wtedy nie chcą zawrócić ze swej drogi. Czy i ja nie zachowywałam się tak samo? Ciągle chciałam zmienić swoją sytuację dzięki własnym wysiłkom, i zdawałam się na własne siły, starając się o awans i ważniejsze stanowiska. W tym właśnie celu cierpiałam w milczeniu, płaciłam wysoką cenę i ciężko pracowałam, aby wyuczyć się umiejętności zawodowych. Kiedy moje pragnienie nie zostało zrealizowane, stałam się bierna i pełna oporu i tylko coraz bardziej pogrążałam się w tym stanie. Dopiero później zrozumiałam, że byłam nieszczęśliwa i zmęczona, dlatego, że obrałam niewłaściwą ścieżkę i styl życia. Uznawałam bowiem szatańskie sofizmaty w rodzaju „Każdy jest kowalem swojego losu”, czy „Człowiek może stworzyć przyjazną ojczyznę swoimi własnymi rękami”, za maksymy, którymi trzeba kierować się w życiu. Wierzyłam, że aby osiągnąć swój cel, muszę ciężko pracować. Nie byłam więc w stanie zmusić się do posłuszeństwa wobec ustaleń domu Bożego. Ciągle chciałam zmagać się z Bogiem, wyrwać się spod Jego zwierzchniej władzy, i zyskać reputację i status dzięki swym własnym wysiłkom. Dopiero później zrozumiałam, że wyznawałam wiarę w Boga jedynie ustami. W głębi serca nie wierzyłam w Jego wszechwładzę, i nie potrafiłam być posłuszna Jego ustaleniom. Jaka była zatem różnica między taką jak ja osobą wierzącą, a człowiekiem niewierzącym? Bóg jest Stwórcą, i ma władzę i panowanie nad wszystkim. Przeznaczenie każdego człowieka, jego charakter i szczególne uzdolnienia, obowiązki, jakie wykonuje w domu Bożym, jakiego rodzaju sytuacji doświadcza i kiedy, i tak dalej – wszystkim tym włada i o wszystkim tym zawczasu decyduje Bóg, i nikt nie może uciec przed Jego zarządzeniami, ani niczego w nich zmienić. Jedynie akceptując Bożą wszechwładzę i podporządkowując się jej możemy zyskać Bożą opiekę i błogosławieństwa, oraz wieść życie w poczuciu wolności i swobody. Zdawszy sobie z tego sprawę, nagle poczułam, że jestem beznadziejna i żałosna. Wierzyłam w Boga przez wiele lat, jadłam i piłam wiele słowa Bożego, ale byłam dokładnie taka sama, jak ludzie niewierzący. Nie znałam wszechmocy i wszechwładzy Boga i przez cały czas Mu się sprzeciwiałam. Byłam taka arogancka i nieświadoma! Rozważałam słowo Boże: „Kiedy prawdziwie zrozumiesz, że wszystko, co dla ciebie zaplanował i o czym zadecydował, przynosi ogromne korzyści i zapewnia ochronę, wówczas poczujesz, że twój ból stopniowo zaczyna się zmniejszać, a ty cały stajesz się odprężony, wolny i wyzwolony” („Sam Bóg, Jedyny (III)” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Zastanawiałam się, skąd mogłam wiedzieć, że to środowisko było dla mnie dobre i mnie chroniło. Gdy tak poszukiwałam, zdałam sobie sprawę, że odkąd zaczęłam wierzyć w Boga, nigdy nie doświadczyłam porażki, niepowodzenia, zwolnienia, ani przeniesienia. Nieustannie tylko mnie awansowano. Podświadomie zaczęłam myśleć, że jestem kimś, kto dąży do prawdy, i że w domu Bożym jestem kluczową postacią, którą trzeba doskonalić, więc siłą rzeczy zaczęłam uważać „awans” za cel, do którego należy dążyć. Ilekroć mnie awansowano, nie odbierałam tego jako posłannictwa i odpowiedzialności powierzonej mi przez Boga, i nie dążyłam do prawdy w sposób trzeźwy i praktyczny, ani nie myślałam o tym, jak stosować zasady przy wypełnianiu swych obowiązków. Zamiast tego postrzegałam Boże posłannictwo jako narzędzie do tego, by zyskać status i szacunek innych. Myślałam, że im wyższe będę mieć stanowisko i status, tym bardziej ludzie będą mnie podziwiać i cenić, więc byłam bardzo mocno zaprzątnięta awansami i przez cały czas martwiłam się o związane z tym zyski i straty. Dawno już zapomniałam, do czego winnam dążyć w swojej wierze w Boga. Kiedy teraz o tym myślę, sądzę, że miałam zbyt wielkie ambicje. Gdyby mnie awansowano, tak jak tego pragnęłam, sama nie wiem, jak bardzo arogancka mogłabym się stać, albo ile zła mogłabym uczynić. Jest aż nazbyt wiele przykładów takich porażek. Jest wielu ludzi, którzy potrafią z zaangażowaniem wypełniać swe obowiązki, kiedy nie mają żadnego statusu, lecz kiedy tylko go zyskają, ich ambicje rosną. Zaczynają czynić zło, oszukują ludzi i sprowadzają ich na złą drogę. Aby zachować swą reputację i status, izolują i gnębią innych, doprowadzając w rezultacie do własnej zguby. Zrozumiałam, że dla tych, którzy dążą do prawdy i kroczą właściwą ścieżką, status oznacza praktykę i doskonalenie. Dla tych zaś, którzy nie dążą do prawdy i nie kroczą właściwą ścieżką, oznacza pokusę i obnażenie ich prawdziwego oblicza. Na tamtą chwilę, nie miałam jeszcze żadnego statusu, ale tylko dlatego, że mnie nie awansowano, byłam taka zła, że nie chciałam nawet wypełniać swoich obowiązków. Widziałam, że moje ambicje i pragnienia sięgają dalej niż pragnienia zwykłych ludzi. Gdyby mnie rzeczywiście awansowano na ważne stanowisko, z pewnością poniosłabym równie bolesną porażkę jak oni. W tym momencie naprawdę czułam, że za tym, że nie awansowano mnie na przywódcę zespołu albo osobę nadzorującą jego pracę, kryły się dobre intencje Boga. Bóg wykorzystał te okoliczności do tego, by mnie zmusić, abym się zatrzymała i zaczęła zastanawiać nad sobą, i aby sprawić, bym zawróciła i kroczyła ścieżką dążenia do prawdy. Takie środowisko było właśnie tym, czego było potrzeba mojemu życiu, i w ten sposób Bóg wspaniale mnie chronił. Rozmyślając o tych sprawach, poczułam, że Bóg dobrze zrobił. Ja zaś byłam ślepa i nieświadoma, i nie pojmowałam Bożej woli, więc źle rozumiałam Boga i obwiniałam Go. Naprawdę zraniłam Boga.

Potem przeczytałam kolejny fragment słowa Bożego. „Jakiego serca pragnie Bóg? Po pierwsze, serce musi być uczciwe. Musi być zdolne do wykonywania obowiązków w sposób szczery i praktyczny, zdolne do ochrony pracy domu Bożego i pozbawione tak zwanych wielkich aspiracji czy wzniosłych celów. Powinno chcieć iść krok w krok za Bogiem, oddawać Mu cześć i żyć jako istota stworzona. Nie powinno pragnąć być ptakiem na niebie ani żadną istotą stworzoną na innej planecie, a tym bardziej nie powinno pragnąć być kimś, kto posiada nadprzyrodzone zdolności. Ponadto serce to powinno miłować prawdę. Do czego głównie odnosi się umiłowanie prawdy? Do miłowanie rzeczy pozytywnych, posiadania poczucia sprawiedliwości, zdolności do autentycznego ponoszenia kosztów dla Boga, do autentycznej miłości do Boga, do posłuszeństwa Bogu i do umiejętności świadczenia o Bogu” („Pięć warunków, które ludzie muszą spełnić, zanim wejdą na właściwą ścieżkę wiary w Boga” w księdze „Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). Po lekturze słowa Bożego byłam wielce poruszona. Czułam, jakie są Boże nadzieje i wymagania względem ludzi. Bóg nie chce, by ludzie byli sławni, wielcy, albo wzniośli. Bóg nie prosi nas, abyśmy angażowali się w wielkie przedsięwzięcia lub mieli jakieś wielkie dokonania. Ma nadzieję, że ludzie będą dążyć do prawdy i podporządkowywać się Jego ustaleniom w pełnieniu swych obowiązków, i będą wypełniać swe powinności w sposób trzeźwy i praktyczny. Ja jednak nie rozumiałam woli Bożej i nie znałam samej siebie. Zawsze pragnęłam statusu i chciałam być niedoścignionym wzorem i kimś wielkim. Bez statusu i uwagi innych miałam poczucie, że moje życie jest stłamszone i bezużyteczne. Nie miałam za grosz rozsądku ani człowieczeństwa. Najwyraźniej byłam trawą, która pragnęła być drzewem; ziębą, która pragnęła być orłem, i w rezultacie dążyłam do tego ze wszystkich sił, aż poczułam się wyczerpana i nieszczęśliwa. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam się modlić: „Boże! W przeszłości ciągle uganiałam się za sławą i statusem. Wciąż tylko chciałam być podziwiana. Nie wystarczało mi wypełnianie swego obowiąku w ukryciu, co jest postawą, która Cię mierzi i której nienawidzisz. Teraz już rozumiem, że to niewłaściwa droga. Pragnę podporządkować się Twoim ustaleniom. Niezależnie od tego, czy w przyszłości zostanę awansowana, będę dążyć do prawdy w sposób trzeźwy oraz praktyczny i dobrze wypełniać swoje obowiązki”. Kiedy się pomodliłam, miałam wielkie poczucie wyzwolenia i poczułam, że jestem bliżej Boga. Potem, poprzez lekturę słów Bożych, zyskałam nieco wiedzy na temat moich błędnych poglądów dotyczących ludzkich dążeń. Słowa Boga mówią: „Niektórzy mówią: »Kiedy ktoś awansuje na stanowisko przywódcze, zyskuje status i nie jest już zwykłym człowiekiem«. Czy to prawda? Niektórzy mówią: »Bycie przywódcą oznacza, że masz status, ale im wyżej zaszedłeś, tym boleśniej upadasz. Na szczycie jest się samotnym«. Czy to prawda? Oczywiście, że nie. (…) Kiedy ktoś jest promowany i kształcony przez dom Boży, nie oznacza to, że ma on w nim specjalną pozycję czy status, aby mógł cieszyć się szczególnym traktowaniem i przychylnością. Zamiast tego, gdy ktoś został wyjątkowo wywyższony w domu Bożym, otrzymuje możliwość i lepsze warunki do praktykowania i wkraczania w rzeczywistość prawdy, dzięki czemu jest w stanie wykonywać bardziej konkretną pracę związaną z zasadami prawdy. Oznacza to, że zasady są bardzo zaangażowane w tę pracę, a wymagania i standardy domu Bożego będą wyższe, co jest bardzo korzystne dla wejścia przez ludzi w życie. Kiedy ktoś jest promowany i kształcony w domu Bożym, oznacza to, że będzie poddany surowym wymaganiom i ścisłemu nadzorowi. Dom Boży będzie ściśle kontrolował i nadzorował pracę, którą ten ktoś wykonuje, a także będzie rozumiał i zwracał uwagę na jego wejście w życie. Czy z tego punktu widzenia ludzie promowani i kształceni przez Dom Boży cieszą się specjalnym traktowaniem, specjalnym statusem i specjalną pozycją? Absolutnie nie, a tym bardziej nie cieszą się jakąś szczególną tożsamością. Jeśli ludzie, którzy zostali awansowani i użyci do ważnych zadań, czują, że mają kapitał, popadają w stagnację i przestają dążyć do prawdy, to są w niebezpieczeństwie, kiedy spotykają ich próby i zgryzoty. Niektórzy mówią: »Jeśli ktoś jest promowany i kształcony jako lider, to ma swoją tożsamość. Nawet jeśli nie jest jednym z synów pierworodnych, to przynajmniej ma nadzieję, że stanie się członkiem ludu Bożego. Ja nigdy nie byłem promowany ani kształcony, więc jaką mam nadzieję, że zaliczę się do ludu Bożego?«. Takie myślenie jest błędne. Aby stać się członkiem ludu Bożego, musisz mieć doświadczenie życiowe i musisz być kimś, kto jest posłuszny Bogu. Nieważne, czy jesteś przywódcą, pracownikiem czy zwykłym uczniem – każdy, kto posiada rzeczywistość prawdy, jest członkiem ludu Bożego. Nawet jeśli jesteś przywódcą lub pracownikiem, ale brakuje ci rzeczywistości prawdy, to nadal jesteś posługującym” („Rozpoznawanie fałszywych przywódców”). Dzięki słowu Bożemu zrozumiałam, że awans i doskonalenie w domu Bożym nie oznaczają, że ma się jakiś specjalny status, albo jest się traktowanym w szczególny sposób, jak oficjele w zewnętrznym świecie. Jest to jedynie okazja do praktyki. To tylko jeszcze ważniejsze posłannictwo i większa odpowiedzialność za ludzi. To, że otrzymuje się awans i jest się doskonalonym, oznacza jedynie, że przechodzi się od jednych obowiązków do innych. Nie znaczy to, że jest się wielką osobistością i ma się wyższy status od innych, ani że rozumie się prawdę i posiada jej rzeczywistość. Z kolei brak awansu nie znaczy, że jest się gorszym od innych, ani że nie ma się żadnej przyszłości i nie można zostać zbawionym. Krótko mówiąc, niezależnie od tego, jaki obowiązek się wykonuje, i bez względu na to, czy jest się awansowanym, czy nie, Bóg traktuje wszystkich ludzi sprawiedliwie. Rodzina Boża przydziela obowiązki w rozsądny sposób, stosownie do charakteru i zdolności poszczególnych osób, tak, aby charakter i zdolności każdej z nich można było jak najpełniej wykorzystać. Przynosi to korzyści zarówno dziełu domu Bożego, jak i naszemu osobistemu wkraczaniu w życie. Bez względu na to, czy jest się awansowanym na ważne stanowisko, oczekiwania Boga względem ludzi, i Jego zaopatrzenie dla nich, pozostaje takie samo. Bóg chce, by ludzie, wypełniając swój obowiązek, dążyli do prawdy i zmieniali swe usposobienie. Stąd też Boże zbawienie nie jest uzależnione od statusu, kwalifikacji czy wieku poszczególnych osób. Zależy raczej od ich postawy wobec prawdy i swego obowiązku. Jeśli, wypełniając swój obowiązek, kroczysz ścieżką dążenia do prawdy, możesz mieć więcej praktyki i wciąż będziesz czynił postępy w życiu. Jeśli zaś nie kroczysz ścieżką dążenia do prawdy, to nieważne, jak wysoki będzie twój status, i tak się nie ostoisz. Prędzej czy później zostaniesz zwolniony i wyeliminowany. W przeszłości nie rozumiałam jasno kwestii awansu. Myślałam, że awans oznacza zyskiwanie statusu, a im wyższy mój status, tym lepsza moja przyszłość i los. W rezultacie przy pełnieniu swych obowiązków nie koncentrowałam się na dążeniu do prawdy, i dążyłam jedynie do osiągnięcia statusu. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że takie spojrzenie na sprawy jest niedorzeczne! W rzeczywistości dom Boży dawał mi szansę praktykować, lecz ja byłam osobą zbyt słabego charakteru, bym mogła wypełniać ważniejsze zadania. Nie miałam żadnej samoświadomości, więc miałam poczucie, że jestem zdolna i mogę zostać awansowana, aby podjąć się ważniejszego posłannictwa. Naprawdę w ogóle nie znałam samej siebie. Niezależnie od tego, jakiego rodzaju pracę wykonujemy w domu Bożym, wszyscy musimy rozumieć prawdę i wejść w zasady prawdy, aby nasza praca przynosiła dobre rezultaty. Ja jednak nie pojmowałam prawdy i nie byłam w stanie wykonywać żadnej rzeczywistej pracy. Cóż dobrego mogłabym więc zdziałać, nawet gdyby mnie awansowano? Czyż nie byłabym jedynie przeszkodą? Nie dość, że byłabym kompletnie wyczerpana, to jeszcze wstrzymywałabym dzieło domu Bożego. Nie miałoby to większego sensu. W tym momencie zdałam sobie w końcu sprawę, że moje obecne obowiązki są w sam raz dla mnie. Byłam w stanie je wypełniać i pozwalały mi wykorzystywać moje mocne strony. Było to pomocne dla mojego wkraczania w życie, a także przynosiło korzyści dziełu domu Bożego. Dzięki oświeceniu i prowadzeniu słów Bożych, stwałam się coraz bardziej świadoma woli Bożej, znalazłam swoje miejsce, i wyrwałam się ze stanu zniechęcenia i bierności.

Potem nie byłam już owładnięta chęcią zyskania statusu i potrafiłam nieść brzemię przy pełnieniu swych obowiązków. Kiedy nie byłam zajęta pracą, wykorzystywałam swój wolny czas na praktykowanie głoszenia ewangelii i niesienie świadectwa o Bogu. Kiedy widziałam ludzi, którzy naprawdę wierzą w Boga i miłują prawdę, oraz przyjmują dzieło Boże w dniach ostatecznych, odczuwałam głęboki spokój i napawało mnie to otuchą. W końcu zrozumiałam, że nie ma znaczenia, jak ważne jest stanowisko, jakie się otrzymuje, a liczy się to, czy przy pełnieniu swych obowiązków potrafi się wywiązywać z roli istoty stworzonej. To właśnie jest najważniejsze. Teraz, choć często słyszę, że znani mi bracia i siostry otrzymują awans, jestem znacznie spokojniejsza, i nie ma już we mnie zazdrości ani zawiści, ponieważ wiem, że choć pełnimy różne obowiązki, wszyscy zmierzamy do tego samego celu, którym jest szerzenie ewangelii o królestwie najlepiej jak potrafimy. Teraz odnalazłam wreszcie swoje miejsce. Jestem tylko małą i nic nieznaczącą istotą stworzoną. Moim obowiązkiem jest być posłuszną wobec zarządzeń i ustaleń Stwórcy. W przyszłości, bez względu na to, jakie będę pełnić obowiązki, jestem gotowa je przyjąć, być posłuszna i starać się ze wszystkich sił je wypełnić, aby zadośćuczynić Bogu!

Koniec wszelkich rzeczy jest blisko. Czy chcecie wiedzieć, jak Pan wynagrodzi dobro i ukarze zło i ustali wynik człowieka, kiedy On powróci? Zapraszamy do kontaktu z nami, aby pomóc Ci znaleźć odpowiedź.

Powiązane treści

Obowiązek wymaga prawdy

Autorstwa Teresa, Filipiny W maju 2021 roku objęłam rolę przywódczą i kierowałam pracą kilku kościołów. Myślałam, że muszę poświęcać się i...

Zamieść odpowiedź

Połącz się z nami w Messengerze