Konsekwencje unikania odpowiedzialności

02 lutego 2022

Autorstwa Xiaomo, Hiszpania

Pewnego dnia w lutym dwa tysiące dwudziestego pierwszego kazano mi pokierować kościołami nowych wiernych w hiszpańskojęzycznych krajach. Zdziwiłam się. Głosiłam ewangelię i nie kierowałam kościołami. Nie miałam doświadczenia w podlewaniu i nie znałam hiszpańskiego. Czułam, że napotkam wiele trudności i problemów, i że nie będę umiała ich rozwiązać. Nowi wierni są jak niemowlęta. Jeśli nie zostaną na czas podlani, nie zrozumieją prawdy i nie zakorzenią się na prawdziwej drodze. Jeśli porzucą wiarę, czy nie będzie to moja wina? Mogę zostać zwolniona albo wyeliminowana. Moja poprzedniczka została zwolniona za słabe wyniki w pracy. Praca w kościołach dla nowych wiernych dopiero się zaczynała i znaczna jej część była w fazie wstępnej. Sądziłam, że nie dam rady. Wiedziałam, że otrzymam to zadanie i że nie mogę odmówić. Nie mogłam jednak uspokoić swoich uczuć. W mojej dotychczasowej pracy wszystko szło świetnie. Co miesiąc nawracałam mnóstwo ludzi. Praca z nowymi wiernymi jest trudna i jeśli źle mi pójdzie, zostanę wyeliminowana. Miałam mnóstwo obaw i nie wierzyłam, że dobrze wykonam tę pracę. Wspominałam czasy głoszenia ewangelii. W kościołach nowych wiernych było tak wiele problemów, a ja nie wiedziałam, jak niektóre z nich rozwiązać. Czułam się bezradna i że to zadanie jest dla mnie za trudne. Jeśli nie zdołam szybko rozwiązać problemów, wpłynie to na pracę kościołów. Nie wiedząc, co robić, poprosiłam Boga, bym zrozumiała Jego wolę i podporządkowała Mu się.

Nazajutrz pewien brat zwierzył mi się z niektórych problemów tych kościołów. Powiedział, „Coraz więcej osób przyjmuje Boże dzieło dni ostatecznych. Kiedy kościoły były podzielone, przywódcy często byli nieodpowiedzialni i pomijali niektórych członków, którzy nie chodzą na spotkania i nie czytają słów Bożych. Spójrz na wiadomości od nowych wiernych”. Wśród wiadomości, które mi przesłał, przeczytałam, „Bracie, czy jesteś z Kościoła Boga Wszechmogącego? Nie należę do grupy uczestników spotkań. Chcę omówić online słowa Boga Wszechmogącego. Pomożesz mi? Przykro mi, że nie mogę jeść i pić słów Boga Wszechmogącego”. Inny nowy wierny pisał, „Bracie, nie jem i nie piję słów Boga Wszechmogącego. Jestem poza domem Bożym i jest mi źle. Pomożesz mi trafić na spotkania?”. Inni niecierpliwie oczekiwali na spotkania, ale przywódcy ich nie wysyłali. Ten brat, zdenerwowany, pisał, „Nie wiem, jak ich podlewasz. Niezależnie od tego, jak bardzo jesteś zajęty i jak ciężko pracujesz, nie irytuje cię, gdy widzisz ludzi, którzy przyjęli ewangelię, a nie mogą się spotykać i czytać słów Bożych? Gdybyśmy się nimi zajęli, nie tkwiliby poza domem Boga”. Słuchając go i czytając wiadomości tych ludzi, czułam się strasznie i nie mogłam powstrzymać łez. Przez nasze niedopatrzenie nowi wierni znaleźli się poza domem Bożym. Nie mogli uczestniczyć w życiu kościoła i czytać słów Bożych. Jeśli chodzi o mnie, widziałam te problemy w kościołach, ale nie brałam na siebie odpowiedzialności. Nie obciążałam siebie ich życiem. Nie myślałam, co zrobić, by mogli brać udział w życiu kościoła, tylko chciałam uciec. Byłam taka samolubna, taka egoistyczna. Pomyślałam o słowach Boga: „Wszyscy mówicie, że zważacie na Boże brzemię i będziecie bronić świadectwa kościoła, lecz któż spośród was naprawdę miał wzgląd na Boże brzemię? Zapytaj samego siebie: czy jesteś kimś, kto miał wzgląd na Boże brzemię? (…) Czy jesteś w stanie pozwolić, by wypełniły się w tobie Moje zamiary? Czy ofiarowałeś Mi swoje serce w najważniejszym momencie? Czy jesteś kimś, kto wypełnia Moją wolę? Zadaj sobie te pytania i często o nich myśl(Wypowiedzi Chrystusa na początku, rozdz. 13, w: Słowo, t. 1, Pojawienie się Boga i Jego dzieło). Czułam, jakby każde słowo Boga było wymierzone we mnie. Byłam załamana, czułam się winna. Dom Boga zlecił mi pracę z nowymi wiernymi, chciał, abym posłuchała woli Boga. By móc podlewać braci i siostry, powinnam być sercem i umysłem z nimi, aby mogli się spotykać, czytać słowa Boże i zapuścić korzenie na prawdziwej drodze. W niektórych krajach powstawały kościoły nowych wiernych i wiele problemów wymagało pilnej uwagi, ale ja nie zważałam na wolę Boga. Przyjmując to zadanie, myślałam wyłącznie o własnej przyszłości i bałam się, że jeśli dobrze nie wykonam tej pracy, zostanę obnażona i nie będę miała wyników. Nie czułam brzemienia ani odpowiedzialności wobec swojej pracy. Byłam podła i brakowało mi człowieczeństwa. Za bratem, który przesłał mi wiadomości od nowych wiernych, kryła się wola Boga. To miało obudzić moje odrętwiałe serce, bym ujrzała swoją odpowiedzialność, którą na siebie przyjęłam, i brzemię swoich obowiązków. Pomodliłam się do Boga, nie myśląc już o własnej przyszłości. Chciałam oprzeć się na Nim, przyjąć zadanie, sumiennie wypełniać obowiązki, wraz z innymi szukać prawdy i jak najszybciej rozwiązywać problemy kościołów.

Zleciłam kilku osobom, by pomogły nowym wiernym w uczestnictwie w spotkaniach. Próbowałam też dobrze zrozumieć pracę wszystkich kościołów. W wielu kościołach nowych wiernych przywódcy byli nowi i nie wiedzieli, jak wypełniać obowiązki, a inni radzili sobie jak mogli, nie dość szybko zajmując się problemami nowych wiernych. Trzeba było im pomóc albo ich zwolnić. Niektórzy nowi wierni przestali chodzić na spotkania, bo duchowni wprowadzali ich w błąd. Były też inne problemy. Gdy się o tym dowiedziałam, zaczęłam się martwić. Jeśli będę się tym zajmowała przez jakiś czas, ale nic się nie poprawi, to ja będę za to odpowiedzialna i z pewnością w końcu zostanę obnażona. To jeszcze bardziej mnie zdołowało. Byłam ciągle zajęta, biegałam tam i z powrotem, ale byłam pod silną presją. Pod koniec miesiąca zobaczyłam, że liczba nowych wiernych, którzy nie uczestniczą w spotkaniach wzrosła. To mnie przeraziło. Pomyślałam, że dopiero rozpoczęłam tę pracę, więc jeśli szybko zrezygnuję, mniej zła uczynię. Jeśli tu zostanę, a problemy nowych nie będą rozwiązywane, a oni opuszczą kościół, wyrządzę większe zło. Mogę zostać zwolniona, a nawet moje przeznaczenie i wynik mogą zostać zniszczone. Coraz częściej myślałam o rezygnacji i w końcu postanowiłam to zrobić. Na tę myśl wstałam i poczułam straszne zawroty głowy. Wszystko wirowało i czułam, że zaraz zemdleję. Nigdy wcześniej tak się nie czułam i zastanawiałam się, czy to z powodu stresu. Wspomniałam o tym siostrze, a ona omówiła to ze mną. Powiedziała, że to wola Boża i muszę wyciągnąć wnioski. Słysząc to uspokoiłam się, zastanowiłam się nad sobą i pomodliłam do Boga, prosząc o oświecenie, abym zrozumiała swoje zepsucie.

Przeczytałam słowa Boga, ustęp drugi, strona 672. „Jedzenie i picie słów Boga, odmawianie modlitwy, przyjęcie Bożego brzemienia i przyjęcie zadań, które Bóg Ci powierza – wszystko to służy temu, byś miał przed sobą ścieżkę. Im bardziej ciąży ci powierzone przez Boga brzemię, tym łatwiej ci będzie zostać przez Niego udoskonalonym. Niektórzy nie chcą współpracować z innymi w ramach swojej służby dla Boga, nawet gdy zostali powołani. Są to leniwi ludzie, którzy chcą tylko rozkoszować się wygodami. Im częściej wzywa się ciebie do służby we współpracy z innymi, tym więcej zyskasz doświadczenia. Niosąc cięższe brzemię i mając więcej doświadczeń, zyskasz więcej okazji do tego, by zostać udoskonalonym. Jeśli więc potrafisz szczerze służyć Bogu, to będziesz zważał na Jego brzemię, a wówczas będziesz mieć więcej sposobności do tego, by zostać przez Niego udoskonalonym. To właśnie taka grupa ludzi jest obecnie udoskonalana. Im bardziej Duch Święty cię dotyka, tym więcej czasu poświęcisz na zważanie na Boże brzemię, tym bardziej zostaniesz przez Boga udoskonalony i tym bardziej zostaniesz przez Niego pozyskany – aż w końcu staniesz się osobą, którą Bóg się posługuje. Obecnie niektórzy nie dźwigają żadnego brzemienia dla kościoła. Ludzie ci są ospali i gnuśni i troszczą się wyłącznie o swoje własne ciało. Takie osoby są skrajnie samolubne, a zarazem ślepe. Jeśli nie potrafisz wyraźnie dostrzec tej kwestii, to nie będziesz dźwigał żadnego brzemienia. Im bardziej zważasz na wolę Boga, tym cięższe brzemię On ci powierzy. Ludzie samolubni nie chcą znosić takich rzeczy. Nie chcą płacić ceny, więc w rezultacie stracą okazje ku temu, by Bóg ich udoskonalił. Czyż nie wyrządzają sobie krzywdy? Jeśli jesteś kimś, kto zważa na wolę Boga, wówczas będziesz dźwigać prawdziwe brzemię dla kościoła. W gruncie rzeczy, zamiast tak to nazywać, lepiej będzie nazwać to niesieniem brzemienia przez wzgląd na własne życie, ponieważ celem tego brzemienia, które dźwigasz dla kościoła, jest to, byś wykorzystał te doświadczenia i został udoskonalony przez Boga. Dlatego też każdy, kto dźwiga najcięższe brzemię dla kościoła, kto niesie brzemię służące wkroczeniu w życie, zostanie przez Boga udoskonalony. Czy widzisz to wyraźnie? Jeśli kościołowi, do którego należysz, brakuje spoistości, ale ciebie wcale to nie niepokoi ani nie budzi twojego zatroskania, a nawet przymykasz oko wtedy, gdy twoi bracia i siostry na ogół nie jedzą ani nie piją Bożych słów, wówczas nie dźwigasz żadnego brzemienia. Tego rodzaju ludzie nie przynoszą Bogu radości. Bogu sprawiają radość tacy ludzie, którzy są głodni i spragnieni sprawiedliwości oraz zważają na Jego wolę. Dlatego też powinieneś tu i teraz zważać na brzemię Boga. Nie powinieneś czekać ze zważaniem na brzemię Boga do czasu, gdy objawi On swoje sprawiedliwe usposobienie całej ludzkości. Czyż wtedy nie będzie już za późno? Dzisiaj masz dobrą okazję ku temu, by zostać udoskonalonym przez Boga. Jeśli pozwolisz, by przeszła ci ona koło nosa, będziesz tego żałował do końca życia, tak jak Mojżesz przez całe życie żałował, że nie mógł wejść do dobrej ziemi Kanaan, a w momencie śmierci czynił sobie wyrzuty. Gdy już Bóg objawi swoje sprawiedliwe usposobienie wszystkim narodom, ciebie będzie przepełniał żal. Nawet jeśli Bóg cię nie skarci, skarcisz sam siebie powodowany wyrzutami sumienia(Zważaj na wolę Boga, aby osiągnąć doskonałość, w: Słowo, t. 1, Pojawienie się Boga i Jego dzieło). Z tych słów Boga zrozumiałam, że brzemię zadania zleconego przez Boga wiąże się z możliwością udoskonalenia. Im większe brzemię, im większa świadomość, że to brzemię od Boga, tym większe Boże błogosławieństwo. Jednakże ci, którym całkiem brak odpowiedzialności wobec pracy kościoła i własnych obowiązków, którzy tylko chronią siebie, nie dbając o interesy kościoła, to ludzi samolubni i podli, których Bóg nie udoskonali. Pomyślałam, jaka ja byłam samolubna nie chciałam dźwignąć prawdziwego brzemienia ani wypełnić woli Bożej, tylko myślałam o własnej przyszłości. Gdy coraz więcej nowych wiernych opuszczało spotkania, nie szukałam pilnie rozwiązania, by ich wesprzeć, tylko martwiłam się, że jeśli nie zrezygnuję z obowiązków, zostanę obnażona i wyeliminowana. Nie mogłam znieść odpowiedzialności za tych ludzi, więc, by się chronić, chciałam rzucić obowiązki. Nie byłam oddana Bogu. Myślałam tylko o własnych interesach. Gdy nie odnosiłam korzyści, musiałam cierpieć i wziąć na siebie odpowiedzialność, chciałam uciec, wykręcić się od tego. Byłam zadowolona z pracy, kiedy wszystko się układało, a gdy zaczęły się problemy i moja przyszłość była zagrożona, chciałam się poddać. Nie byłam szczera wobec Boga, moje serce nie było szczere. Byłam przebiegłą, samolubną i złą osobą, na której nie można było polegać. Bóg nie udoskonaliłby kogoś tak samolubnego jak ja. Im więcej o tym myślałam, tym bardziej nienawidziłam siebie za brak sumienia. Nie byłam godna życia w obliczu Boga. Byłam pełna poczucia winy i żalu.

Czemu przy wypełnianiu obowiązków zawsze bierzemy pod uwagę nasze interesy i przyszłość? Czemu jesteśmy tak samolubni? Też o tym myślałam. Gdy przeczytałam słowa Boga omawiające antychrystów, lepiej to zrozumiałam. Bóg Wszechmogący mówi: „W normalnych okolicznościach człowiek powinien zaakceptować zmiany związane z pełnionym przez niego obowiązkiem i poddać się im. Ale powinien też zastanowić się nad sobą, rozpoznać istotę problemu i zdać sobie sprawę z własnych braków. Jest to bardzo dobra rzecz i nie ma tu trudności niemożliwych do przezwyciężenia. Nie jest to skomplikowane; jest to bardzo proste i każdy może to jasno rozważyć. Gdy coś takiego przydarza się normalnej osobie, to przynajmniej czegoś się ona nauczy, zyska trafniejsze zrozumienie i ocenę siebie. Ale z antychrystami jest inaczej – różnią się oni od normalnych ludzi bez względu na to, co im się przydarza. Na czym polega ta różnica? Nie podporządkowują się; nie współpracują aktywnie i chętnie, a tym bardziej nie akceptują tego szczerze. Zamiast tego czują odrazę, stawiają opór, analizują sytuację, rozmyślają nad nią i łamią sobie głowę spekulacjami: »Dlaczego jestem przenoszony do pracy gdzie indziej? Dlaczego nie mogę nadal wykonywać mojego dotychczasowego obowiązku? Czy naprawdę się do tego nie nadaję? Może zamierzają się mnie pozbyć lub wyeliminować?«. Wciąż obracają w głowie to, co się stało, bez końca to analizują i roztrząsają. (…) To taka prosta sprawa, lecz antychryst robi wokół niej wiele szumu i w kółko o niej rozmyśla, tak, że nie jest w stanie nawet zmrużyć oka. Dlaczego antychryści tak właśnie myślą? Dlaczego o tak prostej sprawie myślą w tak skomplikowany sposób? Jest tylko jeden powód: każde zarządzenie domu Bożego, które ich dotyczy, wiążą oni nierozerwalnie ze swoją nadzieją na błogosławieństwo i ze swym przyszłym przeznaczeniem. To właśnie dlatego myślą: »Muszę być ostrożny, gdyż jeden fałszywy krok sprawi, że zacznę wszystko robić źle i będę mógł się pożegnać ze swym pragnieniem zyskania błogosławieństw, a wtedy koniec ze mną. Nie mogę być nieostrożny! Dom Boży, bracia i siostry oraz wyżsi przywódcy, a nawet Bóg, wszyscy oni są zawodni. Do nikogo spośród nich nie mam zaufania. Osobą, która jest najbardziej niezawodna i godna zaufania, jestem ja sam. Jeśli sam nie poczynisz dla siebie odpowiednich planów, któż o ciebie zadba? Kto pomyśli o twoich perspektywach i o tym, czy zyskasz błogosławieństwa? Muszę więc poczynić szczegółowe przygotowania i niezwykle ciężko pracować, aby zaplanować sobie, co trzeba; nie mogę sobie pozwolić na najmniejsze niedopatrzenie, w przeciwnym bowiem razie ludziom będzie łatwo mnie zwieść i wykorzystać«. W oczach antychrysta bycie pobłogosławionym jest czymś większym niż samo niebo, większym niż życie, ważniejszym niż zmiana usposobienia czy osobiste zbawienie, ważniejszym niż bycie istotą stworzoną spełniającą standardy. Uważają, że bycie istotą stworzoną spełniającą standardy, należyte wykonywanie obowiązku i zbawienie to wszystko nieistotne sprawy, niemal niewarte wzmianki, gdy tymczasem zyskanie błogosławieństw jest jedyną rzeczą w całym ich życiu, o której nigdy nie potrafią zapomnieć. I tak, cokolwiek im się przytrafia, czy jest to sprawa duża, czy mała, traktują ją niewiarygodnie uważnie i ostrożnie, i zawsze zostawiają sobie jakąś furtkę(„Kiedy nie mogą zyskać statusu ani liczyć na błogosławieństwa, chcą się wycofać” w księdze „Demaskowanie antychrystów”). Gdy to przemyślałam, zrozumiałam, że chroniąc siebie i myśląc o własnych interesach, wykazywałam usposobienie antychrystów, o których mówi Bóg, jako samolubnych, myślących tylko o błogosławieństwach i osobistych korzyściach. Celem wiary jest uzyskanie błogosławieństwa Bożego. Gdy coś się działo, myślałam przede wszystkim o własnych wynikach i przeznaczeniu, ceniąc błogosławieństwo jak życie. Wszystko dokładnie rozważałam, byłam czujna wobec Boga, pozostawiałam sobie drogę odwrotu, bałam się obnażenia i wyeliminowania. Nie wierzyłam szczerze w Boga. Odkąd kierowałam kościołami nowych wiernych, jak tylko dostrzegłam trudności, chciałam wrócić do ewangelizacji. Czułam, że w tamtej pracy dobrze mi szło i miałam osiągnięcia, więc zyskam Bożą obietnicę i piękne przeznaczenie. Widząc problemy w kościołach nowych wiernych, bałam się, że jeśli podlewanie nie będzie dobrze prowadzone, ludzie odejdą, a ja poniosę odpowiedzialność i zostanę wyeliminowana. Czułam, że mój status i przyszłość ucierpią i że nie otrzymam błogosławieństwa, więc chciałam uciec i całkiem zrezygnować z tamtego obowiązku. Wypełniałam obowiązki tylko po to, by zdobyć błogosławieństwa, próbowałam iść na układ z Bogiem. Nie chciałam podporządkować się Bogu i wypełniać obowiązki istoty stworzonej. Pomyślałam o Pawle, który wędrował po Europie i głosił ewangelię, znosił cierpienia i zakładał kościoły, a to wszystko dla błogosławieństw. Chciał wykorzystać swoją pracę jako kartę przetargową z Bogiem. To dlatego powiedział, „Dobrą walkę stoczyłem, bieg ukończyłem, wiarę zachowałem. Odtąd odłożona jest dla mnie korona sprawiedliwości” (2Tm 4:7-8). Postąpiłam jak Paweł, nie pracowałam szczerze. Oczekiwałam nagrody i błogosławieństw Bożych za moje sztuczne wysiłki, żyłam zgodnie z trucizną „Każdy myśli tylko o sobie, a diabeł łapie ostatniego”. To nie było wypełnianie obowiązków. Byłam oportunistką, niewierzącą, która wdarła się do domu Boga. Byłam prawdziwą szumowiną. W kościołach było tyle problemów wymagających rozwiązania, a ja nie skupiałam się na nich. Myślałam tylko o wyniku i przeznaczeniu, i czy zyskam błogosławieństwo. Prawie nie byłam człowiekiem. Widząc to, poczułam się winna, więc zmówiłam modlitwę. Nie chciałam już zważać na wynik, lecz uspokoić serce i dobrze wypełniać obowiązki.

Później znalazłam oświecający fragment słów Boga. Ustęp drugi, strona 1167. „Wykonywanie przez człowieka jego obowiązku jest tak naprawdę realizacją wszystkiego, co w człowieku wrodzone, to znaczy wszystkiego, co dla człowieka możliwe. Wtedy jego obowiązek jest spełniony. Wady człowieka w trakcie jego służby są stopniowo redukowane poprzez postępujące doświadczenie oraz proces przechodzenia sądu; nie ograniczają one obowiązku człowieka ani go nie zmieniają. Ci, którzy przestają służyć lub przynosić plony i wycofują się z obawy, że w ich służbie mogą się pojawić niedoskonałości, to najwięksi tchórze ze wszystkich. Jeśli ludzie nie potrafią wyrazić tego, co powinni wyrazić w swojej służbie albo osiągnąć tego, co jest dla nich naturalnie możliwe, tylko obijają się i stwarzają pozory, to zatracili funkcję, jaką powinna mieć istota stworzona. Takich ludzi uznaje się za »miernoty« i zbyteczny odpad. Jak takich ludzi można zasadnie nazwać istotami stworzonymi? Czyż nie są to zepsute jednostki, które lśnią na zewnątrz, lecz w środku wypełnione są zgnilizną? (…) Nie ma żadnej korelacji między obowiązkiem człowieka a tym, czy będzie on pobłogosławiony, czy przeklęty. Obowiązek to coś, co człowiek powinien wypełnić; jest to jego powołanie zesłane mu z nieba, a jego wykonywanie nie powinno zależeć od rekompensaty czy rozmaitych warunków bądź przyczyn. Tylko wtedy bowiem jest to wykonywanie swojego obowiązku. Być pobłogosławionym oznacza zostać udoskonalonym i cieszyć się Bożymi błogosławieństwami, doświadczywszy sądu. Bycie przeklętym oznacza, że usposobienie danej osoby nie ulega zmianie po tym, jak doświadczyła ona karcenia i sądu. Wówczas nie doświadcza ona również doskonalenia, lecz otrzymuje karę. Jednakże bez względu na to, czy zostaną pobłogosławione, czy przeklęte, istoty stworzone winny wypełniać swój obowiązek, robiąc to, co do nich należy i to, co są w stanie zrobić. Każda osoba, – osoba, która podąża za Bogiem – winna zrobić przynajmniej tyle. Nie powinieneś spełniać swojego obowiązku tylko dla uzyskania błogosławieństwa i nie powinieneś odmawiać działania z obawy przed tym, że zostaniesz przeklęty. Pozwólcie, że coś wam powiem: wypełnianie swego obowiązku przez człowieka oznacza, że robi on to, co należy. Jeśli zaś nie jest w stanie swego obowiązku wypełnić, wówczas jest to jego buntowniczość. To przez proces wykonywania swego obowiązku człowiek stopniowo ulega zmianom, a w jego trakcie pokazuje swoją lojalność. Skoro tak, im bardziej jesteś zdolny wykonywać swój obowiązek, tym więcej prawdy otrzymujesz i tym bardziej realne staje się twoje wyrażanie(Różnica pomiędzy służbą Boga wcielonego a obowiązkiem człowieka, w: Słowo, t. 1, Pojawienie się Boga i Jego dzieło). To pomogło mi zrozumieć, że obowiązek nie ma nic wspólnego z byciem błogosławionym lub przeklętym. Jako istota stworzona, mam obowiązek wypełniać swoje zadania, nie wiążąc ich z błogosławieństwami. Niezależnie od trudności, powinnam wkładać w obowiązki całe serce i brać na siebie odpowiedzialność. Nawet jeśli zostanę przeniesiona albo zwolniona za złą pracę, czegoś się nauczę. Nie powinnam się poddawać ze strachu przez obnażeniem czy wyeliminowaniem. W domu Bożym są zasady dotyczące zwalniania i eliminacji. Jeśli ktoś jest usuwany z domu Boga, to nie dlatego, że źle wypełnił jakiś obowiązek czy popełnił błąd. Nigdy o to nie chodziło. Zawsze chodzi o to, że ten ktoś nie dąży do prawdy, nie kroczy właściwą ścieżką i uparcie nie chce okazać skruchy. Bracia i siostry, którzy dążą do prawdy, otrzymają kolejną szansę nawet po wykroczeniach. Dzięki pomocy i rozprawieniu się z nimi, jeśli poznają siebie, okażą skruchę i się zmienią, mogą zostać w domu Boga. Dowiedziałam się też, że Bóg ocenia wypełnianie obowiązków nie po tym, ile ktoś się poświęca czy ile osiągnie, ale po tym, czy jest skupiony na szukaniu prawdy i stosuje się do zasad, czy wkłada w to całe serce i wysiłek. I nie ważne, ile problemów napotka, dopóki szanuje wolę Bożą i dąży do prawdy, Bóg go oświeci, i wszystko będzie mógł rozwiązać. Jeśli ktoś nie dąży do prawdy, a tylko myśli o własnych zyskach i stratach, wypełniając obowiązki byle jak i nie żałując, zostanie obnażony i wyeliminowany. Gdy pojęłam wolę Boga, pomodliłam się, bym przestała myśleć o własnych zyskach i stratach i całkiem poświęciła się obowiązkom.

Rzuciłam się w wir obowiązków i uważnie przyjrzałam się pracy w kościołach. Sporządziłam listę rzeczywistych problemów. Te, których nie mogłam rozwiązać, skonsultowałam z przywódczynią i omówiłam z przywódcami innych kościołów. Gdy zrozumiałam zasady i praktyki, mogłam sama rozwiązać wiele problemów. Gdy zmieniłam podejście i przestałam myśleć o własnej przyszłości, a skupiłam się na tym, jak wraz z braćmi i siostrami rozwiązywać problemy nowych wiernych, życie kościoła wróciło na właściwe tory. Nowi wierni również stopniowo powrócili do kościelnego życia i mogli pić i jeść słowa Boże. Kilku nawet zaczęło myśleć o głoszeniu ewangelii. To było Boże przewodnictwo i błogosławieństwo. Słowa Boże „Aktywne starania zmierzające do wypełniania obowiązku stworzenia Bożego są ścieżką do sukcesu” były czymś, czego doświadczyłam osobiście. Gdy wspominam czasy, kiedy kościoły nowych wiernych miały mnóstwo problemów i potem stopniowo trafiły na właściwe tory, a nowi wierni uczestniczyli w życiu kościoła, wiem, że to był owoc pracy Boga. Widziałam, że Bóg Osobiście dokonuje swojego dzieła, a my tylko bierzemy w nim udział. Niezależnie od trudności, musimy się poddać i nie myśleć o zyskach i stratach. Musimy szukać prawdy, szanować wolę Bożą i dać z siebie wszystko, a wtedy zyskamy Boże błogosławieństwo.

Koniec wszelkich rzeczy jest blisko. Czy chcecie wiedzieć, jak Pan wynagrodzi dobro i ukarze zło i ustali wynik człowieka, kiedy On powróci? Zapraszamy do kontaktu z nami, aby pomóc Ci znaleźć odpowiedź.

Powiązane treści

Połącz się z nami w Messengerze