Mgła się podnosi i odnajduję drogę do królestwa niebieskiego (Część 1)

05 maja 2020

Autorstwa Chen Ai, Chiny

Idąc za przykładem moich rodziców, wierzyłem w Pana odkąd byłem mały, a teraz już starość zagląda mi w oczy. Choć jednak wierzę w Niego przez całe życie, to pytanie, jak oczyścić się z grzechu i wejść do królestwa niebieskiego, zawsze było dla mnie zagadką nie do rozwiązania, która nieustannie wprawiała mnie w konsternację, sprawiając, że czułem się zagubiony i zmartwiony. Tak bardzo pragnąłem dowiedzieć się jeszcze za życia, jak oczyścić się z grzechu i wejść do królestwa niebieskiego, abym, gdy już nadejdzie mój czas, był w stanie śmiało spojrzeć śmierci w oczy, ze świadomością, że oto moje życie dobiegło końca i wreszcie będę mógł spotkać się z Panem ze spokojem w sercu.

Usiłując rozwiązać tę zagadkę, z zapałem wertowałem Biblię, raz za razem przechodząc od Starego do Nowego Testamentu i z powrotem. Ostatecznie jednak nie byłem w stanie znaleźć prawidłowej odpowiedzi. Zostało mi jedynie starać się ze wszystkich sił postępować jak najbardziej zgodnie z nauką Pana, ponieważ Bóg powiedział: „Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i gwałtownicy je zdobywają” (Mt 11:12). Przekonałem się jednak, że w prawdziwym życiu, choć nie wiem jak się starałem, i tak nie byłem w stanie sprostać wymaganiom, jakie stawiał mi Pan. Jak powiedział Pan, „Będziesz miłował Pana, swego Boga, całym swym sercem, całą swą duszą i całym swym umysłem. To jest pierwsze i największe przykazanie. A drugie jest do niego podobne: Będziesz miłował swego bliźniego jak samego siebie” (Mt 22:37-39). Pan nakazuje, abyśmy miłowali Go całym swoim sercem i całym umysłem, a także, by bracia i siostry miłowali się nawzajem. Choć jednak bardzo się starałem, nie byłem w stanie zdobyć się na taką miłość, ponieważ bardziej kochałem swoją rodzinę niż Pana, i nie byłem po prostu zdolny szczerze miłować moich braci i sióstr z kościoła jak samego siebie. Wręcz przeciwnie: często, gdy w grę wchodził mój własny interes, byłem małostkowy i pełen wyrachowania wobec innych, i to do tego stopnia, że wzbierała we mnie złość na samego siebie. Jak ktoś taki jak ja mógłby zostać zbawiony i wejść do królestwa niebieskiego? Pan Jezus mówił także wiele na temat wejścia do królestwa niebieskiego. Powiedział na przykład: „Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18:3). „Mówię wam bowiem: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie obfitsza niż uczonych w Piśmie i faryzeuszy, żadnym sposobem nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 5:20). Nie byłem w stanie wcielać w życie żadnego z tych nakazów Pana. Często mówiłem nieprawdę i winiłem Pana, ilekroć spotkało mnie coś, co nie było po mojej myśli. W moich myślach pełno było fałszu i nieuczciwości i cały czas trwałem w grzechu, ciągle tylko grzesząc i kajając się, kajając się i grzesząc wciąż od nowa. Pan jest święty, Biblia zaś mówi: „(…) świętości, bez której nikt nie ujrzy Pana” (Hbr 12:14). Jak ktoś zbrukany do cna, tak jak ja, mógłby być godzien wejść do królestwa niebieskiego? Nie dawało mi to spokoju. Ilekroć jednak czytałem o drodze usprawiedliwienia przez wiarę, poglądzie, którego orędownikiem był Paweł w swych listach do Rzymian, Galacjan i Efezjan, głosząc, że jeśli ma się wiarę i jest się ochrzczonym, znaczy to, że człowiek z pewnością zostanie zbawiony, i że jeśli w naszych sercach wierzymy w Pana Boga i wyznajemy Go naszymi ustami, to wówczas jesteśmy usprawiedliwieni przez wiarę, zbawieni na wieki, a kiedy Pan przyjdzie powtórnie, niechybnie nas wywyższy i wprowadzi do królestwa niebieskiego – wręcz nie posiadałem się z radości. Czułem wówczas, że nie muszę się martwić o to, jak wejdę do królestwa niebieskiego. Potem jednak przypominałem sobie zwykle, jak Pan mówił o tym, że ludzie będą w stanie dostać się tam jedynie dzięki własnym wysiłkom, i znów zaczynałem odczuwać niepokój. Zostać usprawiedliwionym przez wiarę, a następnie wejść do królestwa niebieskiego – czy to rzeczywiście może być aż takie proste? Zwłaszcza zaś wtedy, kiedy widziałem, że leciwi i pobożni wierni, zbliżający się do kresu swego życia, wydają się tak bardzo zmartwieni i niespokojni, że bardzo często płaczą i żaden z nich nie wygląda na szczęśliwego, nie mogłem przestać się zastanawiać: skoro mówią, że mogą dostać się do królestwa niebieskiego dzięki samemu usprawiedliwieniu przez wiarę, dlaczego na łożu śmierci wszyscy wyglądają na straszliwie przerażonych? Wydawało się, jakby sami nie mieli pojęcia, czy zostali zbawieni, czy też nie, ani też dokąd pójdą po śmierci. Raz za razem rozważałem więc słowa Pana Jezusa, a także rozmyślałem nad słowami Pawła, i doszedłem do wniosku, że to, co obaj mówili w kwestii tego, kto może wejść do królestwa niebieskiego, bardzo się od siebie różniło. Według Pawła, człowiek zostaje usprawiedliwiony przez samo to, że wierzy w Pana. Gdyby rzeczywiście tak było, wszyscy ludzie zostaliby zbawieni. Dlaczego zatem Pan Jezus powiedział: „Królestwo niebieskie podobne jest również do sieci zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, rybacy wyciągnęli ją na brzeg, a usiadłszy, dobre ryby wybrali do naczyń, a złe wyrzucili” (Mt 13:47-48)? Dlaczego Pan, gdy powróci w dniach ostatecznych, będzie musiał oddzielić ziarno of plew, owce od kozłów, i sługi dobre od sług złych? Z tych właśnie słów wypowiedzianych przez Pana Jezusa wynika jasno, że nie każdy, kto w Niego wierzy, będzie mógł wejść do królestwa niebieskiego. Zastanawiałem się więc: czy jestem zbawiony? I czy będę mógł wejść do królestwa niebieskiego, kiedy umrę? Pytania te tkwiły wciąż w mojej głowie niczym zagadki, a ja nie umiałem na nie odpowiedzieć.

Usiłując rozwiązać ten problem, zaglądałem do dzieł napisanych na przestrzeni dziejów przez znane duchowe autorytety, jednak większość z tego, co przeczytałem, stanowiły interpretacje doktryny o usprawiedliwieniu przez wiarę w formie, w jakiej pojawia się ona w listach do Rzymian, Galacjan i Efezjan, i żadna z tych ksiąg nie zdołała rozproszyć moich wątpliwości. Potem składałem wizyty wszystkim słynnym starszym rozmaitych kościołów i chodziłem na zgromadzenia wielu różnych wyznań, lecz zdałem sobie sprawę, że wszędzie mówiono z grubsza to samo i nikt nie był w stanie przekonująco wyjaśnić mi tajemnicy związanej z tym, jak można wejść do królestwa niebieskiego. Nieco później natrafiłem na pewne obiecujące nowe wyznanie pochodzące z zagranicy i pomyślałem sobie, że tego rodzaju kościół być może zdoła rzucić na tę kwestię nieco nowego światła. Z wielkimi oczekiwaniami udałem się zatem na jedno z jego zgromadzeń. Początkowo uznałem głoszone tam kazanie za nawet dosyć pouczające, ale zanim dobiegło końca, przekonałem się, że i ci ludzie nauczali o usprawiedliwieniu przez wiarę i poczułem się straszliwie rozczarowany. Po zakończeniu zgromadzenia odnalazłem głównego pastora i spytałem: „Pastorze, obawiam się, że nie zrozumiałem, co miał pan na myśli, mówiąc: »Raz zbawiony, na zawsze zbawiony«. Czy mógłby mi to pastor szerzej objaśnić?”. Pastor odrzekł: „Nie ma w tym nic szczególnie trudnego. W liście do Rzymian napisane jest: »Któż będzie oskarżał wybranych Bożych? Bóg jest tym, który usprawiedliwia. Któż potępi?« (Rz 8:33-34). Nasz Pan, Jezus Chrystus, oczyścił nas już z wszystkich naszych grzechów przez to, że został ukrzyżowany. Oznacza to, że wszystkie nasze grzechy, czy to te przeszłe, czy dzisiejsze, czy nawet te, które dopiero popełnimy w przyszłości, zostały nam wybaczone. Jesteśmy na zawsze usprawiedliwieni dzięki naszej wierze w Chrystusa, a jeśli Pan Bóg nie potępia nas za nasze grzechy, któż mógłby nas oskarżać? Dlatego też nie wolno nam wątpić w to, że wejdziemy do królestwa niebieskiego”. Odpowiedź ta wprawiła mnie w jeszcze większe zmieszanie, więc spytałem czym prędzej: „Jak zatem wytłumaczy pastor to, co zostało napisane w liście do Hebrajczyków: »Jeśli bowiem dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu poznania prawdy, to nie pozostaje już ofiara za grzechy« (Hbr 10:26)?” Pastor poczerwieniał na twarzy i nie odezwał się już więcej ani słowem, zaś moje pytanie pozostało bez odpowiedzi. Zgromadzenie to nie tylko nie zdołało rozwiać moich wątpliwości, ale wręcz powiększyło jeszcze mój niepokój. Pomyślałem sobie: „Wierzę w Pana od wielu dziesiątków lat, ale wciąż nie mam jasności co do tego, czy moja dusza trafi do Niego, gry umrę, czy też nie. Czyż to nie znaczy, że przez całe życie moja wiara była ślepa i niedojrzała?”. Potem zaś wszedłem na ścieżkę poszukiwania rozwiązania mojego problemu wszędzie, gdzie tylko było to możliwe.

W marcu 2000 roku zapisałem się do seminarium prowadzonego przez obcokrajowców, w przekonaniu, że głoszone przez nich kazania będą lepsze i z pewnością rozwieją moje wątpliwości. Jednakże, ku mojemu zaskoczeniu, po dwóch miesiącach pobierania tam nauki, w którym to okresie wręcz przepełniała mnie wiara, przekonałem się, że wszyscy ich pastorzy głosili te same stare twierdzenia, a w ich kazaniach nie było ani odrobiny nowego światła. Przebywając w seminarium, nie słyszałem ani jednego ożywiającego ducha kazania ani nie czytałem choćby jednej uduchowionej rozprawy. Nie dość więc, że moje wątpliwości nie zostały bynajmniej rozwiane, to po spędzonym tam okresie byłem jeszcze bardziej zdezorientowany. Nie mogłem otrząsnąć się z poczucia zmieszania i pomyślałem sobie: „Jestem już tutaj ponad dwa miesiące, a co zyskałem? Jeśli nie jestem w stanie uzyskać tu duchowego zaopatrzenia, to jaki sens ma kontynuowanie tej nauki?”.

Pewnego wieczora po kolacji spytałem jednego z pastorów: „Pastorze, czy to już wszystko, czego będziemy się uczyć jako studenci teologii? Czy nie moglibyśmy porozmawiać o drodze życia?”. Ten odpowiedział mi bardzo poważnym tonem: „Jeśli nie będziemy omawiać takich spraw na naszych studiach teologicznych, to o czym mielibyśmy rozmawiać? Odpręż się i ucz się dalej! Jesteśmy największą organizacją religijną na świecie i cieszymy się międzynarodowym uznaniem. Będziemy cię tu szkolić przez trzy lata, a potem uzyskasz międzynarodowy dyplom pastora. Gdy to nastąpi, będziesz mógł go zabrać w dowolne miejsce na świecie, by tam głosić ewangelię i zakładać kościoły”. Odpowiedź pastora była dla mnie ogromnym rozczarowaniem. Nie chciałem przecież być pastorem: chciałem tylko się dowiedzieć, jak wejść do królestwa niebieskiego. Spytałem go więc: „Pastorze, skoro posiadanie dyplomu otwiera tak wiele drzwi, to czy będę mógł się nim posłużyć, aby wejść do królestwa niebieskiego?”. Na te słowa, pastor zamilkł na dobre. Ja zaś kontynuowałem: „Słyszałem, że pastor wierzy w Pana Boga odkąd był małym chłopcem. Od tego czasu upłynęło już wiele dziesiątków lat, jestem zatem ciekaw, czy pastor został zbawiony?”. Odparł: „Owszem, zostałem zbawiony”. Spytałem zatem: „Czyli będzie pastor mógł wejść do królestwa niebieskiego?”. „Oczywiście, że tak!” – odrzekł pewnym siebie tonem. Wówczas spytałem go: „Czy mogę w takim razie zapytać, na jakiej podstawie pastor mówi, że będzie mógł wejść do królestwa niebieskiego? Czy jest pastor człowiekiem bardziej prawym od uczonych w piśmie i faryzeuszy? Czy miłuje pastor bliźniego swego jak siebie samego? Czy jest pastor święty? Niech się pastor zastanowi: wciąż nie potrafimy się powstrzymać i ciągle popełniamy grzechy, sprzeniewierzamy się nauce Pana i codziennie żyjemy tak, że grzeszymy za dnia, a nocą przyznajemy się do winy. Bóg zaś jest święty, czy zatem pastor naprawdę myśli, że będziemy mogli wejść do królestwa niebieskiego, skoro jesteśmy pełni grzechu?”. Pastor osłupiał, a jego twarz stała się czerwona jak burak i przez dłuższą chwilę nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Ja zaś byłem bardzo rozczarowany jego reakcją i poczułem, że jeśli będę kontynuował swoje studia w seminarium, nie zdołam zrozumieć tajemnicy tego, jak zyskać życie i wejść do królestwa niebieskiego. Dlatego też porzuciłem naukę i powróciłem do swego rodzinnego miasta.

W drodze do domu byłem tak przygnębiony, jak nigdy dotąd: czułem się tak, jakby moja ostatnia nadzieja legła w gruzach. Pomyślałem sobie: „Nawet w seminarium prowadzonym przez zagranicznych pastorów moje poszukiwania wciąż nie zaprowadziły mnie na ścieżkę wiodącą ku temu, by oczyścić się z grzechów i wejść do królestwa niebieskiego. Gdzie jeszcze mogę się udać, by poszukać tej ścieżki?”. Czułem się tak, jakbym dotarł do kresu swej drogi. W tym właśnie momencie raz jeszcze przed moimi oczyma przemknął obraz mego leciwego ojca i pewnego starego pastora, zalanych łzami w chwili, gdy zbliżała się śmierć. Pomyślałem o tym, jak obaj przez całe życie nauczali o usprawiedliwieniu przez wiarę, mówiąc, że ludzie wejdą po śmierci do królestwa niebieskiego, lecz z czasem sami odeszli z tego świata pełni żalu. Ja też wierzyłem w Pana Boga całe swoje życie i każdego dnia powtarzałem ludziom, że kiedy umrą, wejdą do królestwa niebieskiego, a jednak sam nigdy tak naprawdę nie byłem pewien, jak rzeczywiście można się tam dostać. Czy zatem i ja odejdę z tego świata pełen żalu, tak jak mój ojciec i ten pastor? Gdy byłem pogrążony w smutku, nagle przyszły mi do głowy następujące słowa Pana: „Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a będzie wam otworzone” (Mt 7:7). „To prawda – pomyślałem. – Pan jest wierny, i dopóki będę poszukiwał szczerym sercem, z pewnością mnie poprowadzi. Nie mogę się poddawać. Dopóki starczy mi tchu, będę szukał drogi do królestwa niebieskiego!”. Stanąłem wtedy przed Panem, by się modlić: „Dobry Boże, wszędzie szukałem sposobu na to, by oczyścić się z grzechu i wejść do królestwa niebieskiego, ale nikt nie był w stanie rozwiązać mojego problemu. Panie Boże, co powinienem zrobić? Jako kaznodzieja, mówię braciom i siostrom, że powinni pilnie poszukiwać i być cierpliwi do samego końca. Mówię, że przyjdziesz, aby zabrać nas do królestwa niebieskiego, gdy umrzemy. Jednakże nawet w tej chwili tak naprawdę sam nie mam pojęcia, jak oczyścić się z grzechu i wejść do królestwa niebieskiego. Czyż nie jestem ślepcem, prowadzącym innych ślepców i czy nie wiodę mych braci i sióstr wprost do piekła? Dobry Boże, dokąd powinienem się udać, by szukać drogi do królestwa niebieskiego? Proszę, pokieruj mną!”.

Gdy wróciłem do mego rodzinnego miasta, dowiedziałem się, że wiele pobożnych owieczek i przywódców naszego kościoła przeniosło się do Błyskawicy ze Wschodu. Wielu ludzi mówiło, że ścieżka Błyskawicy ze Wschodu daje nowe zrozumienie i nowe światło i nawet doświadczeni pastorzy darzyli podziwem kazania głoszone w tej wspólnocie. Ilekroć słyszałem takie rzeczy, myślałem: „Wydaje się, że kazania głoszone we wspólnocie Błyskawicy ze Wschodu są rzeczywiście wzniosłe. Szkoda, że nie spotkałem dotąd nikogo z tej wspólnoty. Byłoby wspaniale, gdybym pewnego dnia mógł poznać tych ludzi! Jeśli tak się stanie, z pewnością będę uważnie słuchał i pilnie szukał, aby się przekonać, dlaczego właściwie ich kazania są takie dobre, i czy zdołają rozwiać wątpliwości, jakie noszę w sobie od lat, czy też nie”.

Pewnego dnia jedna z przywódczyń kościoła rzekła do mnie: „Wiele owieczek z tego a tego kościoła przeniosło się do Błyskawicy ze Wschodu. Wszystkie wyznania zamykają teraz swe kościoły, i my też musimy zalecić naszym braciom i siostrom, aby pod żadnym pozorem nie nawiązywali żadnych kontaktów z kimkolwiek ze wspólnoty Błyskawicy ze Wschodu, a zwłaszcza, by nie słuchali ich kazań. Jeśli wszyscy nasi wierni zaczną wierzyć w Błyskawicę ze Wschodu, komu będziemy głosić nasze kazania?”. Byłem oburzony, słysząc te słowa kościelnej przywódczyni, i pomyślałem sobie: „Nasz kościół jest otwarty dla wszystkich, dlaczego więc mamy go zamykać? Dlaczego nie chcesz w nim przyjąć gościa przybywającego z daleka? Biblia wszak mówi: »Nie zapominajcie o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołów gościli« (Hbr 13:2). Abraham ugościł nieznajomych i został przez to pobłogosławiony przez Boga: mając sto lat, doczekał się syna. Lot przyjął pod swój dach dwóch aniołów i w ten sposób został ocalony z zagłady Sodomy. Nierządnica Rachab przyjęła szpiegów Izraela i cała jej rodzina została potem oszczędzona. Uboga wdowa ugościła zaś proroka Eliasza i na trzy i pół roku oddaliła od siebie widmo głodu. Spośród tak wielu osób żadna nie doznała krzywdy przez to, że przyjęła przybyszów z daleka, a wręcz przeciwnie – wszystkim tym ludziom Bóg pobłogosławił. Jest zatem jasne, że goszczenie obcych zgodne jest z wolą Pana. Dlaczego zatem chciałabyś sprzeciwiać się Jego woli, samowolnie zamykając kościół i nie wpuszczając doń nikogo obcego?”. Z tą myślą potrząsnąłem głową i powiedziałem do niej: „Takie postępowanie jest sprzeczne z wolą Pana. Nasz kościół należy do Boga i jest otwarty dla wszystkich. Powinniśmy przyjąć w nim każdego, bez względu na to, kim jest, dopóki będzie mówić o wierze w Pana, i wspólnie poszukiwać z otwartym umysłem i wymieniać się myślami. Tylko w ten sposób będziemy postępować zgodnie z nauką Pana”.

Skontaktuj się z nami w dowolnym czasie, jeśli w swojej wierze napotykasz na jakieś trudności czy wątpliwości.
Skontaktuj się z nami przez Messenger
Skontaktuj się z nami przez WhatsApp

Powiązane treści

Zamieść odpowiedź