Refleksje po przegraniu wyborów

02 lutego 2022

Autorstwa Lin Jing, Chiny

Byłem osobą wierzącą już kilka lat, gdy wybrano mnie na stanowisko przywódcze. Byłem naprawdę wdzięczny Bogu za to, że powierzono mi tak wielką misję, i miałem w sobie determinację, by pracę kościoła dobrze wykonywać. Dzień po dniu pracowałem jak maszyna, a dzieło kościoła rozkwitało coraz bardziej i bardziej dzięki przewodnictwu Boga. Bracia i siostry mieli o mnie całkiem wysokie mniemanie, widząc, że potrafię się poświęcić i ponosić koszty dla Boga, a także rozwiązywać praktyczne problemy. Raz na zgromadzeniu usłyszałem, jak mój przywódca powiedział, że moja praca przynosi owoce, byłem w siódmym niebie i mój zapał zwiększył się jeszcze bardziej. Na spotkaniach dzieliłem się moim doświadczeniem w pracy dla kościoła i radowało mnie, gdy bracia i siostry patrzyli na mnie z uznaniem. Czułem, że jestem dla kościoła niezastąpionym talentem.

W toku pracy ewangelizacyjnej bracia i siostry zalecili, żebym udał się na południe, aby pomóc nowo założonym kościołom. Pomyślałem sobie, że skoro te kościoły dopiero zaczęły działać, to na pewno natrafię tam na trudności i problemy, więc muszę koniecznie skupić się na pracy praktycznej, aby nie zawieść nadziei, jakie pokłada we mnie Bóg. Pomyślałem też, jeśli dobrze sobie poradzę, to być może przeniosą mnie na ważniejsze stanowisko. Gdy już tam dotarłem, napotkałem na wiele wyzwań w wypełnianiu obowiązków, jeśli chodzi o dialekty i style życia, a także wiele czasu spędzałem w drodze, ale nie poddawałem się. Co dzień miałem pełne ręce roboty, prowadziłem spotkania i organizowałem pracę kościoła, by dobrze wypełniać obowiązki, nawet na jedzenie nie chciałem tracić czasu, jadłem byle co w autobusie, gdy byłem w trasie. Tak minął mi rok i w obszarach, za które odpowiadałem, można było zauważyć wyraźną poprawę. Siostra Zhang, która przybyła na południe, by podjąć obowiązki, wtedy co ja, powiedziała mi z podziwem: „Naprawdę osiągasz tutaj dobre wyniki. Moja praca nie umywa się do twojej”. Pocieszyłem ją i zachęciłem: „To Bóg troszczy się o swoje dzieło. O ile tylko robimy wszystko, co w naszej mocy, zobaczymy postępy w każdym aspekcie”. Takie słowa wypłynęły z moich ust, ale w głębi serca cieszyłem się. Ponieważ wypełniałem obowiązki w sposób zadowalający, siostra Xin, moja przywódczyni, poprosiła, żebym przygotował opis mojego doświadczenia, by inni mogli się czegoś nauczyć. Jeszcze bardziej obrosłem w piórka, czując, że jestem już kandydatem do objęcia ważniejszych funkcji, że jestem jednym z filarów kościoła. Wkrótce potem siostra Xin poprosiła nas o wybór przywódcy, który będzie z nią współpracował. Aż mi serce podskoczyło na myśl, że pracowałem w tym regionie już od ponad roku i przez cały czas całkiem dobrze sobie radziłem, więc wygraną miałem w kieszeni.

Na zgromadzeniu dwa tygodnie później wybrano siostrę Wang i to mnie zupełnie zbiło z pantałyku. Gdy o tym usłyszałem, zwyczajnie ręce mi opadły. Czułem się skrzywdzony, nie chciałem zaakceptować tej sytuacji i przepełniał mnie żal – te uczucia całkiem mnie opanowały. Myślałem: „Dlaczego właśnie siostra Wang? Rezultaty jej pracy nie były wcale takie nadzwyczajne. Jak to możliwe, że wybrali ją zamiast mnie? Czy nie dość wysoką cenę zapłaciłem swoim poświęceniem? A może za mało inicjatywy wykazywałem w obowiązkach? Tyle razy harowałem po nocach, żeby tylko uporać się z trudnościami i problemami w kościele, tyle razy pracowałem, nie zważając na to, że jestem chory. Wykonywałem nie tylko własne obowiązki, ale pomagałem w pracy przywódczyni. Jeśli wycierpiawszy aż tyle, nie zostałem wybrany na przywódcę, to jaka przyszłość mnie czeka? Jeśli tak właśnie jest, to po co mam dalej urabiać się po łokcie, wykonując obowiązki? Nieważne, ile trudów muszę znosić i jaką cenę płacę, nikt i tak tego nie zauważa…”.

Siostra Xin zauważyła, że byłem przybity po zgromadzeniu, i zapytała, o co chodzi. Wyznałem jej wszystko. Cierpliwie odpowiedziała: „Każdy widzi, z jakim zapałem rzucasz się w wir obowiązków, ale większość braci i sióstr zauważyła, że nie skupiasz się na wejściu w życie, a gdy coś się wydarza, rzadko kiedy się nad tym zastanawiasz i nie wyciągasz z tego nauki. Zamiast tego wywyższasz się i popisujesz – to twój największy problem. W domu Bożym rządzą prawda i sprawiedliwość. Jeśli bracia i siostry nas nie wybierają, to jest sprawiedliwość Boga. Powinniśmy się wtedy nad sobą zastanowić. Nieważne, jakie obowiązki wykonujemy, musimy być posłuszni planom i zarządzeniom Boga; musimy skupić się na dążeniu do prawdy w okolicznościach, które Bóg zaordynował, przemyśleć swoje zepsute skłonności, próbować zmienić usposobienie i dobrze wypełniać obowiązki. Tylko to jest zgodne z wolą Boga”. Siostra Xin trafiła w sedno mojego problemu, ale całkiem brak mi było samowiedzy. Nic nie powiedziałem, ale szarpała mną złość. Przyznałem, że brakuje mi wejście w życie i mam problem z samoświadomością, ale myślałem, że i tak jest jestem lepszy od tych, którzy rozprawiają o tym, ile rozumieją, ale nie poświęcają się obowiązkom. Czułem, że patrzą na mnie z góry, więc jaki sens ma tak naprawdę moja ciężka praca? Skrycie pielęgnowałem w sobie taki sprzeczny sposób myślenia, a gdy siostra Xin prosiła mnie o pomoc, wybierałem sobie tylko najłatwiejsze zadania, a wymigiwałem się od wszystkiego, co było trudne i wymagało poświęceń. Nie chciałam już brać na siebie takich trudów. Zacierałem rączki, widząc, że siostra Xin napotyka problemy w swojej pracy, i myślałem: „Teraz widzisz, ile jestem wart”. Przepełniała mnie jadowita niechęć, gdy siostra Wang, nowa przywódczyni, prowadziła zgromadzenia. Myślałem sobie nawet: „Jesteś chyba starsza ode mnie? Ale i tak w niczym mi nie dorównujesz, czy chodzi o omawianie prawdy, czy o rozwiązywanie problemów kościoła”. Niespełnione pragnienie statusu napełniło mnie uprzedzeniami i urazą względem przywódczyni, wykonywałem obowiązki mechanicznie i z oporami.

Czułem się sparaliżowany, a moje serce było zatwardziałe, i choć przywódczyni przycięła mnie i rozprawiła się ze mną, ostrzegała i oferowała pomoc, nie zreflektowałem się. Dalej trwałem w negatywnym stanie przez jakieś trzy miesiące, a mrok w moim duchu gęstniał coraz bardziej. Moje omówienia były monotonne i beznamiętne. Nie rozumiałem problemów, z jakimi inni się borykali, nie umiałem im pomóc. Było to bardzo niezręczne i niecierpliwie czekałem końca każdego zgromadzenia. Nie umiałem pomóc w problemach ludziom, którzy zajmowali się ewangelizację, więc nasze postępy w tym obszarze spowolniły. Wkrótce dosięgła mnie dyscyplina w postaci złego stanu zdrowia. Pewnego dnia nagle zasłabłem i cały zrobiłem się bezwładny, nie mogłem oddychać i zemdlałem. Bracia i siostry wysłali mnie do szpitala na leczenie. Ale wciąż uparcie nie chciałem się zreflektować ani okazać skruchy, więc ostatecznie odsunięto mnie od obowiązków, bo nie wykonywałem żadnej praktycznej pracy. Przywódczyni postanowiła odesłać mnie do mojego rodzinnego miasta, żebym się nad sobą zastanowił. Gorzko płakałem, gdy się o tym dowiedziałem. W głębi serca wiedziałem, że utraciłem dzieło Ducha Świętego, że odsunięcie od obowiązków było wyrazem sprawiedliwego usposobienia Boga, ale myśląc o tym, że wszyscy, którzy przybyli ze mną na południe, zajmują ważne stanowiska, a mnie odsyłają do domu, czułem się upokorzony.

Kilka lat wcześniej mnie aresztowano i miałem kartotekę, więc moje rodzinne miasto nie było dla mnie bezpieczne, więc przywódczyni posłała mnie do domu brata, który mieszkał w odległym górskim regionie. Nocą leżałem na twardym drewnianym łóżku, myśląc o czasie, gdy pojechałem na południe, by pełnić obowiązki, pełen determinacji, by dobrze wykonywać pracę dla kościoła i awansować na ważniejsze stanowisko. Zamiast tego odsunięto mnie od obowiązków, bo zakłóciłem pracę kościoła. Co by pomyśleli bracia i siostry w moim rodzinnym mieście, gdyby o tym wiedzieli? Czy powiedzieliby, że byłem niedbały i nie potrafiłem wykonywać praktycznej pracy? Aż mną zatrzęsło na myśl, że inni mogliby patrzeć na mnie z góry, bo utraciłem swoją pozycję, a im bardziej się tym zadręczałem, tym gorzej mi było na sercu. Myślałem nawet o śmierci. Modliłem się: „Boże, ja naprawdę cierpię. Utrata pozycji przywódcy była dla mnie niemal tak bolesna jak utrata życia. Nie powiniem gonić za statusem, ale nie umiem się z tego wyzwolić. O Boże! Poprowadź mnie, bym poznał siebie i zrozumiał Twoją wolę”. Po modlitwie przeczytałem kilka fragmentów słów Boga. Bóg Wszechmogący mówi: „Jaka jest najbardziej odpowiednia metoda w podążaniu dzisiejszą ścieżką? Jako kogo siebie widzisz w tym dążeniu? Wypada, żebyś się dowiedział, jak powinieneś podchodzić do wszystkiego, co cię dzisiaj spotyka, niezależnie od tego, czy są to próby, czy trudności, czy bezlitosne karcenie, czy przekleństwa. W obliczu wszystkich tych rzeczy powinieneś starannie rozważyć każdą z nich. (…) Nie wiesz, jak należy się zaadaptować do sytuacji; tym bardziej nie masz na to najmniejszej ochoty, gdyż nie chcesz niczego zyskać z tego powtarzającego się – i twoim zdaniem okrutnego – karcenia. Nie podejmujesz prób ani poszukiwania, ani zgłębiania niczego, po prostu poddajesz się swojemu losowi i idziesz, gdziekolwiek cię poniesie. To, co może sprawiać na tobie wrażenie okrutnych aktów karcenia, nie odmieniło twojego serca ani go nie zdobyło; przeciwnie, zraniło cię w samo serce. Uważasz to »okrutne karcenie« jedynie za swojego życiowego wroga, toteż niczego nie osiągasz. Jesteś taki zadufany w sobie! Rzadko zdarza ci się uwierzyć, że znosisz takie próby ze względu na własną podłość; zamiast tego uważasz siebie za nieszczęśnika, a do tego mówisz, że wiecznie doszukuję się w tobie wad. A teraz, gdy nadeszła chwila próby, jak wiele tak naprawdę wiesz o tym, co mówię i czynię? Nie myśl, że z natury jesteś cudownym dzieckiem, nieco tylko ustępującym niebu, ale za to nieskończenie przewyższającym ziemię. Daleko ci do tego, by być mądrzejszym niż ktokolwiek inny – a można nawet powiedzieć, że to po prostu urocze, na ile głupszy jesteś od każdego człowieka na ziemi posiadającego rozum, ponieważ masz o sobie zbyt wysokie mniemanie i nigdy nie miałeś poczucia niższości, tak jakbyś potrafił przejrzeć Moje działania aż do najdrobniejszego szczegółu. W gruncie rzeczy jesteś jednak kimś, kto zasadniczo zatracił zdolność rozumowania, ponieważ nie masz pojęcia, co Ja zamierzam zrobić, a tym bardziej nie jesteś świadom tego, co robię teraz. Toteż mówię, że nie dorównujesz nawet staremu rolnikowi, orzącemu z mozołem swoją ziemię; rolnikowi, który nie ma najbledszego pojęcia o ludzkim życiu, a jednak w pełni polega na błogosławieństwie Nieba, gdy uprawia rolę. Nie zastanawiasz się ani przez chwilę nad swoim życiem, nie masz pojęcia, czym jest renoma, jeszcze mniej wiedząc o samym sobie. Jesteś »ponad to wszystko«!” („Czyż nie są jedynie zwierzętami ci, którzy się nie uczą i nic nie wiedzą?” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). „W waszych poszukiwaniach macie zbyt wiele własnych wyobrażeń, nadziei i wizji przyszłości. Obecne dzieło dokonywane jest po to, aby rozprawić się z waszym pragnieniem statusu i waszymi wygórowanymi zachciankami. Wszystkie te nadzieje, pragnienie statusu oraz błędne wyobrażenia są klasycznymi przejawami szatańskiego usposobienia. (…) Jest wam trudno odrzucić wasze perspektywy i wasze przeznaczenie. Jesteście teraz uczniami i zyskaliście pewne zrozumienie tego etapu dzieła. Nie odrzuciliście jednak nadal swego pragnienia statusu. Gdy status wasz jest wysoki, szukacie gorliwie, lecz kiedy jest niski, nie chcecie już poszukiwać. Ciągle macie na uwadze błogosławieństwa płynące ze statusu. Dlaczego większość ludzi nie jest w stanie wyzwolić się od negatywnej postawy? Czyż nie jest to zawsze spowodowane niewesołymi perspektywami na przyszłość? (…) Im więcej będziesz poszukiwać w ten sposób, tym mniejsze plony zbierzesz. Im większe u człowieka pragnienie statusu, tym surowiej trzeba będzie z nim postępować i tym bardziej będzie musiał przejść wielkie oczyszczenie. Tacy ludzie są zupełnie nic nie warci! Trzeba koniecznie się z nimi rozprawić i odpowiednio ich osądzić, aby na dobre wyzbyli się takiego myślenia. Jeśli w ten sposób będziecie podążać za Mną do samego końca, nie zbierzecie żadnych plonów. Ci, którzy nie dążą do osiągnięcia życia, nie będą mogli zostać przeobrażeni; ci, którzy nie łakną prawdy, nie będą mogli jej pozyskać. Nie skupiasz się na dążeniu do osobistej przemiany i wkroczenia w życie; ciągle skupiony jesteś na swych wygórowanych pragnieniach i rzeczach, które krępują jedynie twoją miłość do Boga i nie pozwalają ci się do Niego zbliżyć. Czyż rzeczy te mogą cię przemienić? Czy są w stanie wprowadzić cię do królestwa Bożego?” („Dlaczego nie chcesz być narzędziem kontrastu?” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Boże słowa sądu ugodziły mnie prosto w serce i obnażyły stan, w jakim się znajdowałem. Spojrzałem wstecz na czas, gdy mnie wybrano na przywódcę i odnosiłem sukcesy, myślałem, że jestem kimś wyjątkowym, kamieniem węgielnym kościoła. Nieustannie wyglądałem dnia, kiedy dostanę szansę, by wspiąć się wyżej w hierarchii, przewodzić większej liczbie kościół, wzbudzać podziw w coraz liczniejszej grupie braci i sióstr. Gdy nie zyskałem poklasku i pozycji, której chciałem, nie zreflektowałem się, tylko dałem się opanować niezadowoleniu i gniewowi, czując się tak, jakby wszystkie moje wysiłki poszły na marne. Zapadłem na zdrowiu, tak zostałem zdyscyplinowany, ale nadal byłem zatwardziały i nie zwróciłem się ku Bogu. Tonąłem w ponurych myślach, nawet gdy mnie odsunięto. Do głowy uderzyła mi moja ambicja i żądza statusu – to plamiło moje sumienie i utraciłem wszelki rozum i człowieczeństwo. Rolnicy polegający na Niebiosach, gdy uprawiają ziemię, wiedzą, że są na łasce losu i poddają się woli Niebos, a mnie całkiem brakowało samoświadomości. Nie potrafiłem posłusznie przyjąć należnego mi miejsca i pracować. Przeciwnie, wciąż tylko chciałem wyjść poza granice, które Bóg dla mnie nakreślił, gonić za statusem, stać się wielkim przywódcą, zrealizować ambicje i żądzę zdobycia podziwu wśród ludzi. Czy nie taka jest dokładnie natura archanioła? Gdy Pan Jezus przyszedł na ziemię, był pokorny i działał w ukryciu. Nigdy nie domagał się statusu, który mógłby mieć. Jadał z grzesznikami, a swoim uczniom obmył stopy. Dziś Bóg ponownie stał się ciałem i przybył, aby działać na ziemi, ale nie nazywa siebie Bogiem i nie żąda od ludzi, by Go czcili. Przeciwnie, cicho i bez rozgłosu wyraża prawdę i ofiaruje ludziom życiodajny pokarm. A tymczasem ja jak szalony pragnąłem, żeby mnie podziwiano, bo coś tam osiągnąłem w swojej pracy. Bezczelnie wierzyłem, że powinienem stanąć nad całą resztą, że pozycję przywódcy miałem zaklepaną. Gdy mnie nie wybrano, chodziłem z nosem na kwintę, stałem się oporny, nastawiony negatywnie. Arogancko utraciłem wszelki rozum, byłem bezwstydny! Moim zachowaniem nie występowałem wcale przeciwko innym ludziom, tylko sprzeciwiałem się Bogu, i to w sposób bezpośredni. Obraziłem Jego usposobienie. Sprawiedliwie osądził mnie Bóg, gdy mnie odsunięto od obowiązków, to było po to, by rozprawić się z moją żądzą statusum bo inaczej moje zatwardziałe serce by się nie przebudziło.

Później przeczytałem dwa fragmenty słów Boga. „Wszystkich, którzy wywołali Mój gniew, ukarzę, zrzucę deszcz całego swojego gniewu na te bestie, które niegdyś chciały stać na równi ze Mną, ale nie uwielbiły ani nie usłuchały Mnie, rózga, którą uderzę człowieka, spadnie na te zwierzęta, które niegdyś cieszyły się Moją opieką i niegdyś cieszyły się tajemnicami, o których mówiłem, a które kiedyś chciały zabrać Mi materialne uciechy. Nie będę wyrozumiały dla nikogo, kto próbuje zająć Moje miejsce. Nie oszczędzę nikogo, kto próbuje odebrać Mi jedzenie i odzież. Na razie krzywda wam nie grozi i dalej prześcigacie się w żądaniach kierowanych do Mnie. Kiedy nadejdzie dzień gniewu, nie będziecie już stawiać Mi żadnych żądań. Wtedy pozwolę wam »bawić się« do woli, wetrę wasze twarze w ziemię i nigdy już nie będziecie mogli wstać!” („Posiadanie nieprzemienionego usposobienia to pozostawanie w nieprzyjaźni z Bogiem” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). „Niektórzy ludzie po tym, jak przewodzili kilku kościołom, stają się aroganccy i myślą, że dom Boży nie może się bez nich obejść, a oni powinni cieszyć się specjalnym traktowaniem ze strony Boga. Tak naprawdę im wyższy jest ich status, tym większe są ich wymagania wobec Boga; im więcej rozumieją doktryn, tym bardziej podejrzane i przebiegłe są ich żądania. Ich usta tego nie mówią, ale jest to ukryte w ich sercach i niełatwo to odkryć. Najprawdopodobniej w którymś momencie ich skargi i opór wybuchną, a to jest jeszcze bardziej kłopotliwe. Dlaczego jest tak, że im dłużej ludzie pozostają przywódcami religijnymi i ważnymi osobistościami, tym bardziej są niebezpiecznymi antychrystami? Ponieważ im wyższy status mają ludzie, tym większą mają ambicję; im lepiej rozumieją doktryny, tym bardziej ich usposobienie staje się aroganckie. Jeśli w swojej wierze w Boga nie dążysz do prawdy, a zamiast tego dążysz do zdobycia statusu, to znalazłeś się w niebezpieczeństwie” („Ludzie mają zbyt dużo wymagań wobec Boga” w księdze „Zapisy wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). Te słowa Boga ukazały mi istotę i konsekwencje gonitwy za statusem, sprawiając, że drżałem ze strachu. Gdy miałem dobre wyniki i kierowałem pracą kilku kościołów, zapomniałem, gdzie moje miejsce, zuchwale pragnąc jeszcze większego prestiżu i zarządzania większą grupą, by jeszcze więcej ludzi mnie podziwiało i za mną podążało. W istocie próbowałem wydrzeć Bogu Jego lud wybrany i w ten sposób obrażałem Jego usposobienie. To przypomniało mi Wiek Prawa, gdy Korach i Datan próbowali podważyć przywództwo Mojżesza i zająć jego pozycję; Bóg rozwarł ziemię, który pochłonęła buntowników. Później, w Wieku Łaski, żydowscy faryzeusze, arcykapłani i uczeni w Piśmie wędrowali po ziemi i morzu, by nawracać ludzi, lecz gdy przyszedł Pan Jezus, by dokonać dzieła odkupienia, strzegli własnych pozycji z całych sił, sprzeciwiając się Panu Jezusowi i potępiając Go. Na końcu przybili Go do krzyża i skazali się na potępienie od Boga. Myśląc o tym wszystkim, zrozumiałem, że gonitwa za statusem jest ściężką sprzeciwu wobec Boga, to ścieżka wiodąca do piekła i unicestwienia. W tamtym momencie uklękłem na ziemi i gorzko zapłakałem, modląc się: „O Boże! Nie chcę być już dłużej Twoim wrogiem, chcę się tylko nad sobą zastanowić i okazać szczerą skruchę. Nieważne, jakie okoliczności dla mnie zaplanujesz, pragnę jedynie zająć miejsce istoty stworzonej i Tobie się poddać”.

Starałem się wypełniać obowiązki najlepiej, jak umiałem. Starszy brat, mój gospodarz, zabrał mnie, by głosić ewangelię jego krewnym. Zadawali mnóstwo pytań przez cały ten czas, kiedy z nimi przebywałem, ale moje zrozumienie prawd, o które im chodziło, było dość kiepskie. Czułem się zażenowany tym, jak wielkie miałem braki. W przeszłości z powodzeniem wykonywałem obowiązi, więc na wszystkich patrzyłem z góry, myśląc, że wkrótce czekają mnie ważniejsze stanowiska do objęcia. Później zrozumiałem, że miałem o sobie błędne mniemanie. Najważniejszą cechą, jaką powinien posiadać przywódca, jest rozumienie prawdy; przywódcy za pomocą prawdy rozwiązują problemy, a ja nie umiałem nawet klarownie omówić większości podstawowych aspektów prawdy, by szerzyć ewangelię Mimo to wciąż walczyłem o pozycję przywódczą… co za absurd! W obliczu problemów, z którymi zmagali się bracia i siostry, mówiłem tylko o wzniosłych teoriach i dawałem im nikłą zachętę, ale nigdy nie pomagałem w praktycznych wyzwaniach związanych z wejściem w życie. Zrozumiałem, że jeśli ktoś nie posiada prawdy, nie będzie w stanie wykonać praktycznej pracy, nieważne, jak wysoko jest w hierarchii. Na koniec taka osoba zakłóci pracę kościoła i wyrządzi krzywdę życiu braciu i sióstr. Czułem, że Bóg mnie tam postawił, żebym głosił ewangelię i prowadził nowych wierzących, żebym stał się lepiej zaopatrzony w prawdę. W ten sposób mogłem nadrobić własne braki. Gdy pojąłem już wolę Boga, z radością się poddałem i dobrze wypełniałem obowiązki w tym otoczeniu, praktykowałem wejście w prawdę. Po tygodniu ciężkiej pracy zaopatrzyłem się w różne prawdy w aspekcie wizji, a lokalna ewangelizacja stawała się coraz bardziej energiczna. Jadłem i piłem słowa Boga i śpiewałem hymny na chwałę Boga z nowymi wierzącymi każdego dnia. Czułem się spełniony i z głębi serca dziękowałem Bogu za Jego łaskę i miłosierdzie.

Trzy lata w tym górskim regionie minęły w mgnieniu oka. Pewnego dnia spadł ulewny deszcz, gdy wracałem do domu ze zgromadzenia. Lało jak z cebra i wiał porywisty wiatr. Ledwo mogłem pchać rower. Szedłem wyboistą górską drogą, a deszcz był tak gwałtowny, że nie dało się oczu otworzyć. Pomyślałem, że głoszenie ewangelii w górach to naprawdę ciężki kawałem chleba. Wykonywałem tam obowiązki od prawie trzech lat i czegoś się nauczyłem, więc dlaczego po mnie jeszcze nie przysłano? Jeśli innych braci lub siostry odsuwano od obowiązków, to gdy się zreflektowali i poznali swoje zepsute skłonności, żałowali i zmienili się, przywracano ich na przywódcze stanowiska. Ja zastanawiałem się nad sobą cały czas, ale nie dano mi przewodzić nawet małej grupie. W pewnym stopniu zrozumiałem samego siebie, a z moim nastawieniem do obowiązków i prawdami, które pozyskałem, mogłem przewodzić choćby jednemu kościołowi. Dlaczego więc jeszcze mnie nie wezwano? Czy już na zawsze miałem głosić ewangelię w górach? Ta myśl odebrała mi pewność siebie. Gdy wróciłem do domu, zrozumiałem, że przez całą drogę grzęzłem w osobistych żalach i nieporozumieniach, znowu hodowałem w sercu pragnienie prestiżu. Wołałem do Boga, by chronić moje serce, tak bym mógł się przed Nim wyciszyć.

Wkrótce potem przeczytałem dwa fragmenty słów Boga: „Największym problemem z człowiekiem jest to, że myśli tylko o swoim losie i perspektywach oraz stawia je na piedestale. Człowiek dąży do Boga ze względu na swój los i perspektywy; nie czci Boga z powodu swojej miłości do Niego. Dlatego w podboju człowieka należy zająć się jego egoizmem, chciwością i tymi rzeczami, które najbardziej przeszkadzają mu w oddawaniu czci Bogu; z tym wszystkim należy się rozprawić, eliminując to. W ten sposób osiągnięte zostaną efekty podboju człowieka. W wyniku tego, na pierwszych etapach podboju człowieka trzeba usunąć wybujałe ambicje i najbardziej zgubne słabości człowieka, a przez to ujawnić jego miłość do Boga i zmienić jego wiedzę o ludzkim życiu, jego spojrzenie na Boga i sens jego istnienia. W ten sposób oczyszcza się miłość człowieka do Boga, czyli serce człowieka zostaje podbite” („Przywrócenie normalnego życia człowieka i doprowadzenie go do cudownego miejsca przeznaczenia” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). „Bóg stwarza ci odpowiednie warunki, zmuszając cię, byś się w nich oczyścił i mógł poznać własne zepsucie. W końcu osiągasz ten moment, kiedy wolałbyś raczej umrzeć i zrezygnować ze swoich planów oraz pragnień i poddać się Bożej władzy i Bożemu zarządzeniu. Dlatego też jeśli ludzie nie przejdą kilku lat oczyszczenia i nie zaznają ani trochę cierpienia, nie będą w stanie uwolnić się w myślach i w sercach z okowów cielesnego zepsucia. Wszelkie aspekty, w których nadal jesteś poddany niewoli szatana, bądź w których masz wciąż swoje własne pragnienia i wymagania, są zarazem tymi aspektami, w których powinieneś cierpieć. Jedynie poprzez cierpienie można się czegoś nauczyć, czyli zyskać prawdę i zrozumieć wolę Bożą” („Jak pośród prób zadowolić Boga” w księdze „Zapisy wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). Czytając słowa Boga, zrozumiałem, że skaził nas szatan, więc żyjemy według jego toksyn, takich jak „Ja rżądzę wszechświatem”, „Człowiek zawsze dąży ku górze, woda płynie w dół”, „Człowiek potrzebuje twarzy tak jak drzewo potrzebuje kory”, „Człowiek musi żyć odważnie, z kręgosłupem i determinacją” i tak dalej. Żyłem tymi szatańskimi truciznami, goniąc za sławą i statusem. Gdy zdobyłem podziw wśród braci i sióstr, przepełniała mnie motywacja do pracy. Ale gdy ktoś mnie przewyższał, gdy mój status był skompromitowany, robiłem się zazdrosny i krnąbrny. Gdy utraciłem pozycję, wpadłem w negatywny stan i przestałem wykonywać obowiązki. W ogóle nie miałem względu na interesy domu Boga. Czy tak postępuje ktoś, kto ma sumienie i rozum? Nie, to była szatańska trucizna, głęboko mnie przenikająca. Bóg zbawia ludzi przez sąd, karcenie, przycinanie, rozprawianie się, testowanie i oczyszczanie; w ten sposób błędne myśli, punkty widzenia i przedmioty pożądania ludzi mogą się zmienić, ich szatańskie usposobienie ulega przemianie. Nie żyją już według szatańskich trucizn, są zdolni do miłości i posłuszeństwa Bogu, który ich pozyskuje. Taki jest cel Bożego działa wśród ludzi. Bóg posłał mnie do tego dzikiego górskiego regionu, gdzie nie miałem okazji, żeby zyskać sławę, aby obnażyć moje ambicje i rozprawić się z nimi, aby obmyć mnie z szatańskiego usposobienia i bym urzeczywistnił podobieństwo do człowieka, bym wytrwale pełnił obowiązek istoty stworzonej i prawdziwie wielbił Boga i Jemu się poddał. Gdy to zrozumiałem, przepełniła mnie wdzięczność dla Boga i obiecałem Mu, że będę poszukiwał prawdy, jak należy, i że nigdy już nie będą gonił za bezwartościową sławą i korzyścią.

Przyznaję, że oóźniej zdarzało mi się jeszcze myśleć o sławie i korzyści ale byłem w stanie dążyć do prawdy i zmienić swój stan. Pewnego razu kościół przydzielił mnie do pracy nad filmem ewangelizacyjnym. Byłem podekscytowany i czułem się zaszczycony, że miałem szansę uczestniczyć w nagraniu i być świadkiem Bożego dzieła w dniach ostatecznych. Jednocześnie moje pragnienie, żeby się wyróżnić z tłumu, znów się obudziło. Pomyślałem, że inni bracia i siostry będą na pewno mnie podziwiać, jeśli zobaczą, że występuję w tym filmie. Ale gdy przyszedłem na plan, ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem od przywódcy takie słowa: „Mamy tu urwanie głowy. Pomóż bratu, który jest gospodarzem, przy przygotowaniu posiłków i sprzątaniu”. Nie chciałem tego robić. Pomyślałem, że tego rodzaju obowiązki może przecież wykonywać każdy… dlaczego ja? Byłem wcześniej przywódcą, na północy i na południu. Nie musiałem dostać zadań przywódczych, ale czy nie należało mi się coś odpowiedniego dla mnie? Poczułem się tak, jakby inni mieli mnie za nic, każąc mi się zajmować tego rodzaju obowiązkami. Czy nie było to marnotrawstwo moich zdolności? Bardzo mnie to rozczarowało, ale pamiętając poprzednie doświadczenia, wiedziałem, że muszą się temu poddać. Zmusiłem się do zgody. Na planie zjawaili się bracia i siostry, to oni mieli zagrać w filmie i okazało się, że są wśród nich ludzie z mojego rodzinnego miasta, a ja chodziłem w fartuchu, gotowałem im posiłki i zamiatałem podłogę. Czułem się upokorzony. W jednym dotkliwym momencie młodszy brat powiedział do mnie: „Gdy byłeś przywódcą, kierowałeś naszym kościołem. Wtedy nic jeszcze nie rozumiałem, ale lubiłem chodzić na zgromadzenia. Te zgromadzenia, które prowadziłeś, były mi bardzo pomocne”. Te zupełnie zwyczajne słowa mocno mnie dotknęły, czułem się tak, jakby on ze mnie kpił. Zaczerwieniłem się i chciałem się już tylko schować gdzieś głęboko. Innym razem, gdy bracia i siostry skończyli nagrywanie bardzo późno przywódca powiedział, że zaczną nazajutrz wcześnie rano. Kazał mi zostać po godzinach, żeby wysprzątać pomieszczenia. Słysząc to, poczułem się niekomfortowo i pomyślałem: „Wszyscy jesteście zmęczeni i idziecie spać, a ja tu będę po nocy sprzątał, jakbym był jakimś służącym”. Czułem się skrzywdzony, widząc, że inni po ciężkim dniu pracy mogą sobie odpocząć i pójść spać, a ja musiałem posprzątać. Czułem się nieszczęśliwy, jak robotnik bez wykształcenia, jakbym nie miał ani krzty godności. Lepiej już było, gdy głosiłem ewangelię w górach, gdzie nowo nawróconym podobały się moje omówienia i moja duma była zaspokojona. Teraz już tego nie miałem. Później, ponieważ nie byłem we właściwym stanie, robiłem jedzenie jak w transie, każdy posiłek był albo za gorzki, albo przesolony, albo zupełnie bez smaku. Ale nikt nic nie mówił, wszyscy jedli bez słowa. Czułem się winny. Jak mogłem dawać im takie jedzenie? Jak oni mogli to jeść? Wtedy jasna myśl przyszła mi do głowy: Czy nie robiłem wszystkiego po łebkach i bez serca, bo moja żądza statusu nie była zaspokojona? Zacząłem się nad sobą zastanawiać. Zrozumiałem, że taki był powód. Byłem oporny i niezadowolony, bo czułem, że pozbawiono mnie wartości, że nie miałem żadnego prestiżu. Wciąż wielbiłem status.

Przeczytałem wtedy dwa fragmenty słów Boga. „W przeszłości Piotr został dla Boga ukrzyżowany głową w dół; jednakże to ty koniec końców powinieneś zadowolić Boga i wyczerpać dla Niego całą swą energię. Co istota stworzona może zrobić w imię Boga? Powinieneś więc raczej wcześniej niż później powierzyć się Bogu, aby rozporządzał tobą tak, jak chce. Dopóki Bóg jest szczęśliwy i zadowolony, pozwól Mu czynić z tobą, cokolwiek zechce. Jakie prawo mają ludzie, by wypowiadać słowa skargi?” (Rozdział 41 „Interpretacji tajemnic Słowa Bożego dla całego wszechświata” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). „Gdy więc teraz osądzam was w ten sposób, zadajcie sobie pytanie, jaki będziecie mieli w ostatecznym rozrachunku stopień zrozumienia? Powiecie, że choć wasz status nie jest wysoki, cieszyliście się wywyższeniem przez Boga. Nie macie wysokiego statusu, ponieważ jesteście niskiego urodzenia, ale zyskujecie status, ponieważ Bóg was wywyższa: jest to coś, czym On was obdarzył. (…) Oto jak powinniście się modlić: »O, Boże! Bez względu na to, czy mam wysoką pozycję, czy też nie, teraz wreszcie rozumiem samego siebie. Jeśli mój status jest wysoki, to dzięki Twojemu wywyższeniu, a jeśli niski, to z uwagi na Twoje zarządzenie. Wszystko jest w Twoich rękach. Ja nie mam żadnych możliwości wyboru ani zażaleń. To Ty zarządziłeś, że mam urodzić się w tej krainie i pomiędzy tymi ludźmi, a ja mam jedynie być w pełni posłuszny Twojemu panowaniu, ponieważ wszystko mieści się w granicach tego, co Ty nakazałeś. Nie zwracam uwagi na status; koniec końców jestem tylko jednym spośród Twoich stworzeń. Jeśli umieścisz mnie w otchłani bez dna lub w jeziorze ognia i siarki, nadal będę tylko jednym ze stworzeń. Jeśli się mną posłużysz, wciąż będę tylko stworzeniem. Jeśli mnie udoskonalisz, i tak nadal będę tylko stworzeniem. Jeśli mnie nie udoskonalisz, wciąż będę Cię kochać, ponieważ nie jestem niczym więcej, jak tylko Twoim stworzeniem. Jestem niczym więcej, jak tylko maleńką istotą stworzoną przez Pana wszelkiego stworzenia; tylko jednym pośród stworzonych ludzi. To Ty mnie stworzyłeś, a teraz raz jeszcze umieściłeś mnie w swoich rękach, abym był zdany na Twoją łaskę. Jestem gotowy być Twoim instrumentem i Twoim narzędziem kontrastu, ponieważ wszystko jest tym, czym Ty nakazałeś. Nikt nie zdoła tego zmienić. Wszystkie rzeczy i wszystkie zdarzenia są w Twoich rękach«. Kiedy nadejdzie czas, że nie będziesz już więcej skupiać się na statusie, wówczas uwolnisz się od takiego myślenia. Dopiero wtedy będziesz w stanie śmiało i z ufnością poszukiwać i dopiero wtedy serce twoje będzie mogło uwolnić się od wszelkich ograniczeń. Kiedy ludzie już uwolnią się od tych rzeczy, nie będą mieli więcej żadnych trosk” („Dlaczego nie chcesz być narzędziem kontrastu?” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Gdy rozważałem słowa Boga, jasność zapanowała w moim sercu. Piotr dążył do tego, by pełnić powinność istoty stworzonej; chciał miłować i zadowolić Boga. Jego posłuszeństwo Bogu było absolutne, postępował zgodnie z Bożymi zarządzeniami. Ostatecznie został ukrzyżowany, służąc jako wielki świadek Boga. Jeśli o mnie chodzi, Bóg wykonał we mnie tyle pracy, Jego wolą było, bym pozostał na swoim miejscu, bym był posłuszą istotą stworzoną, szukał prawdy i dobrze pracował, odrzucił zepsute szatańskie usposobienie i prawdziwie poddał się Bogu. Tak postępować powinna istota stworzona.

Przywódca polecił mie wykonywać te zadania, ponieważ musiało to zostać zrobione, więc powinienem się tym zająć. To tak jak w rodzinie, gdy dzieci przygotowują posiłki i sprzątają, to są obowiązki domowe, nie ma tu gorszego czy lepszego statusu. Ale ja krzywo patrzyłem na te obowiązki, czując się tak, jakby mnie zdegradowano, a mój honor i prestiż zostały skompromitowane. Czułem urazę i żal, w ogóle nie miałem w sobie posłuszeństwa. Pozbawiony byłem sumienia i rozumu! Te słowa wypełniły mnie żalem i wstrętem do siebie. Wyznałem Bogu swoje winy, chcąc się podporządkować i dobrze pełnić obowiązki. Później, gdy gotowałem jedzenie, sam szedłem do kuchni kroić warzywa i myć naczynia, rozważając w tym czasie słowa Boga. W mojej duszy zapanowały spokój i radość. Gdy sprzątałem, nie czułem się już skrzywdzony, a wręcz czułem się bliżej Boga. Potrafiłem być otwarty i szczery wobec braci i sióstr, mówiłem im o tym, czego się nauczyłem dzięki moim obowiązkom. W głębi serca czułem, że tylko żyjąc w ten sposób, można być choć trochę podobnym człowiekowi.

Wszystkie te doświadczenia dały mi głębokie przeświadczenie, że Boży sąd i karcenie przynoszą mi zbawienie: to wszystko jest wyrazem miłości. To Boży sąd i karcenie sprawiły, że porzuciłem błędne dążenia i mniemania, dzięki temu zostałem obmyty choć w części z mojego szatańskiego usposobienia. To, że dziś mogę wytrwale pełnić obowiązki w domu Boga, jest w całości zasługą tego, że Bóg mnie osądził i skarcił. Niech będą dzięki Bogu Wszechmogącemu!

Koniec wszelkich rzeczy jest blisko. Czy chcecie wiedzieć, jak Pan wynagrodzi dobro i ukarze zło i ustali wynik człowieka, kiedy On powróci? Zapraszamy do kontaktu z nami, aby pomóc Ci znaleźć odpowiedź.

Powiązane treści

Zamieść odpowiedź

Połącz się z nami w Messengerze