Refleksje po wyborze niewłaściwego przywódcy

18 lipca 2022

Autorstwa Xiangxun, Chiny

W październiku zeszłego roku, kiedy razem ze współpracownikami badaliśmy pracę kilku kościołów, odkryliśmy, że dzieło ewangelizacji, podlewania i inne zadania kościoła w Chengnan stoją w miejscu. Bardzo mnie to zaskoczyło. Pomyślałam sobie: „Przed dwoma miesiącami skierowano tam siostrę Li, która miała być przywódczynią kościoła. Dlaczego praca nie ruszyła z miejsca?”. Moja współpracowniczka, siostra Xu, udała się więc na miejsce, aby dowiedzieć się więcej o pracy kościoła i rozwiązać problemy. Kilka dni później pisała: „Siostra Li od ponad dwóch miesięcy dąży do osiągnięcia sławy i statusu. Dąży do osiągnięcia szybkich sukcesów w pełnieniu swego obowiązku. Kiedy widzi, że praca nie przynosi efektów, zamiast rozmawiać we wspólnocie o prawdzie, aby rozwiązać problemy i pomóc pozostałym, roprawia się ze wszystkimi i beszta ich, mówiąc, że są ludźmi słabego charakteru i są nieodpowiedzialni w pełnieniu swych obowiązków. Sama nie dogląda ani nie nadzoruje w praktyce żadnego aspektu dzieła kościoła, co oznacza, że wiele dziedzin kościelnej pracy stanęło w miejscu”. Po przeczytaniu tego listu byłam wstrząśnięta i myślałam sobie: „Gdy siostra Le przewodziła innym kościołom, także dążyła do stworzenia sobie pewnego wizerunku i osiągnięcia statusu. Spędzała czas na zastanawianiu się nad tym, jak ją widzą inni. Kiedy jej nie podziwiano, popadała w zniechęcenie, i zapominała o swym obowiązku, co oznaczało, że w tych kościołach wiele problemów pozostawało wciąż nierozwiązanych. Wiele razy rozmawiałyśmy z nią we wspólnocie i usiłowałyśmy jej pomóc poradzić sobie z tym problemem, a także demaskowałyśmy ją jako osobę, która kroczy ścieżką antychrysta, dążąc do osiągnięcia sławy i statusu. Przyznawała się wówczas do tego i wyrażała gotowość do okazania skruchy, a potem była w stanie wykonywać swoją pracę, mając pewien plan i określone cele. Dlaczego więc ten problem powrócił, kiedy przeniesiono ją do kościoła w Chengnan?”. W tym momencie przypomniałam sobie, że siostra Li ju dwa razy była zwalniana z kierowniczych stanowisk, w obu przypadkach za dążenie do sławy i statusu oraz zaniedbywanie praktycznej pracy. Choć miała trochę samowiedzy i wyrażała gotowość do okazania skruchy, teraz nadal uparcie dążyła do sławy i statusu. Wcale się nie pokajała i ani trochę się nie zmieniła. Pomyślałam o tym, co napisano w „Zasadach rozpoznawania fałszywych przywódców i pracowników”: „Wszyscy, którzy pracują tylko dla statusu, reputacji i zysku, nie dążą do prawdy ani nie posiadają rzeczywistości prawdy, to fałszywi przywódcy i pracownicy” („170 Zasady praktykowania prawdy”). Zważywszy na to, że siostra Li wciąż postępowała w ten sam sposób, możliwe było, że jest fałszywą przywódczynią, która dąży jedynie do sławy i statusu, nie wykonując żadnej praktycznej pracy.

Lecz tym razem to ja poleciłam ją na przywódczynię. Przy tej okazji mówiła, że sama rozumie nieco, że dąży do sławy i statusu i nie wykonuje praktycznej pracy, sądziłam więc, że zdoła przyjąć prawdę i ma w sobie szczerą skruchę. W dodatku była dobrym mówcą i wykazywała pewne kompetencje przy pracy, więc ją zarekomendowałam. Gdyby teraz rzeczywiście została zwolniona za bycie fałszywą przywódczynią, wszyscy by powiedzieli, że wybieram ludzi, nie stosujac zasad, i że choć sama jestem przywódczynią od wielu lat, nie potrafię dostrzec różnicy między prawdziwą samowiedzą, a hipokryzją. Moi współpracownicy pomyśleliby również, że nie mam za grosz rzeczywistości prawdy i nie umiem rozróżniać ludzi, skoro poleciłam na przywódczynię kogoś, kto nie dąży do prawdy. Czyż zatem i ja nie utraciłabym dobrego wizerunku w sercach moich sióstr i braci? Gdy o tym pomyślałam, nie chciałam stawić czoła faktom. Miałam nadzieję, że siostra Xu będzie mogła dłużej pomagać siostrze Li i zdoła odmienić jej stan. Gdyby tak się stało, siostra Li nie zostałaby zwolniona, a i ja również zachowałabym swój status i wizerunek. Przedyskutowałam więc z moim współpracownikami propozycję, by siostra Xu dłużej pomagała siostrze Li. Gdyby siostrze Li udało się zmienić swój stan, mogłaby jeszcze wykonać trochę rzeczywistej pracy, więc moi współpracownicy przystali na tę propozycję. Potem z niepokojem oczekiwałam codziennie wiadomości od siostry Xu, zastanawiając się, czy stan siostry Li uległ zmianie. Byłam bardzo podenerwowana i zmartwiona. Bałam się, że jeśli zostanie zwolniona za to, że nie zdołała zmienić swego stanu, zaszkodzi to mojemu wizerunkowi. Kilka dni później siostra Xu napisała: „Siostra Li jest w kościele w Chengnan od dwóch miesięcy. Domaga się jedynie robienia postępów w realizacji zadań i nie rozmawia we wspólnocie o prawdzie, by rozwiązywać problemy. Nie wykonuje żadnej praktycznej pracy. W rezultacie problemy braci i sióstr pozostają wciąż nierozwiązane”. Siostra Xu dodawała, że wiele razy rozmawiała we wspólnocie z siostrą Li i starała się pomóc rozwiązać jej problem, ale siostra Li wciąż tylko martwi się o swój wierunek i status oraz to, jak widzą ją inni. W ogóle nie wykazuje postawy skruchy. Gdy przeczytałam ten list, wpadłam w panikę. Zważywszy na zachowanie siostry Li, była ona fałszywą przywódczynią, która dążyła jedynie do sławy i statusu, nie wykonując praktycznej pracy, i musiała zostać zastąpiona. Jednak kiedy już miałam pomówić o tym z moim współpracownikami, nie byłam w stanie się do tego zmusić. Myślałam sobie: „To ja wybrałam siostrę Li. Powiedziałam wówczas moim współpracownikom, że choć została ona już kiedyś zwolniona, ma pewną wiedzę o sobie samej i jest osobą, która dąży do prawdy. Dopiero wtedy moi współpracownicy przystali na wybór siostry Li. Jeśli im teraz powiem, że ona jest fałszywą przywódczynią, a nie kimś, kto dąży do prawdy, i trzeba ją zwolnić, to czy ja sama nie będę wyglądać źle w ich oczach? Ponadto, skoro brak mi umiejętności właściwego oceniania ludzi i wybrałam kogoś, kto w roli przywódcy nie dąży do prawdy, powodując poważne szkody dla dzieła kościoła, to czy moi współpracownicy nie pomyślą, że i ja jestem fałszywą przywódczynią, która nie potrafi wykonywać rzeczywistej pracy? Jeśli mnie zwolnią, będzie wielki wstyd. Wierzę w Boga od lat, a oto w końcu staję się fałszywą przywódczynią i zostaję zwolniona”. Ta myśl sprawiła, że poczułam się bardzo nieszczęśliwa, nie chciałam więc sugerować zwolnienia siostry Li. Gdybym jednak tego nie zaproponowała, miałabym poczucie winy. Jeśli fałszywy przywódca jest u władzy choć przez jeden dzień, dzieło domu Bożego doznaje uszczerbku, a ja nie broniłabym w ten sposób interesów domu Bożego. Ciągle walczyłam ze sobą, nie wiedząc, czy powinnam zabrać głos. W udręce zaczęłam się modlić: „Boże, brak mi umiejętności trafnego osądu. Polecenie siostry Li na stanowisko przywódczyni spowodowało tak wielkie szkody w dziele domu Bożego. Teraz zaś wiem, że ona jest fałszywą przywódczynią, ale pragnę zachować własny wizerunek i status, więc nie chcę powiedzieć tego głośno. Boże, pokieruj mną tak, bym praktykowała prawdę i chroniła dzieło domu Bożego”. Następnego dnia, w czasie swej modlitwy, przeczytałam taki oto fragment słowa Bożego: „Gdy podczas wykonywania waszych obowiązków przywódców i pracowników pojawiają się problemy, skłonni jesteście je ignorować, a nawet szukać różnych pretekstów i wymówek, aby uniknąć odpowiedzialności. Są pewne problemy, które jesteście w stanie rozwiązać, lecz tego nie robicie, a problemów, których rozwiązać nie potraficie, nie zgłaszacie swoim przełożonym, jakby nie miały one z wami nic wspólnego. Czyż nie jest to zaniedbanie obowiązków? Czy traktowanie dzieła kościoła w ten właśnie sposób jest przejawem sprytu czy głupoty? (Głupoty). Czy tacy przywódcy i działacze nie są wężami? Czyż nie są zupełnie pozbawieni poczucia odpowiedzialności? Skoro ignorują stojące przed nimi problemy, czyż nie świadczy to o tym, że są bezduszni i zdradzieccy? Ludzie zdradzieccy są właśnie najgłupsi ze wszystkich. Musisz być uczciwą osobą, musisz mieć poczucie odpowiedzialności, gdy stajesz przed problemami, i musisz znaleźć sposoby szukania prawdy, aby rozwiązać problemy. Nie bądź człowiekiem zdradliwym. Jeśli uchylasz się od odpowiedzialności i umywasz od niej ręce, kiedy pojawiają się problemy, nawet niewierzący cię potępią. Czy wyobrażasz sobie, że nie zrobi tego dom Boży? Wybrańcy Boga gardzą takim zachowaniem i odrzucają je. Bóg kocha uczciwych ludzi, ale nienawidzi ludzi podstępnych i przebiegłych. Jeśli zachowujesz się jak człowiek zdradliwy i próbujesz sztuczek, czy Bóg cię nie znienawidzi? Czy dom Boży tak po prostu puści ci to płazem? Prędzej czy później zostaniesz pociągnięty do odpowiedzialności. Bóg lubi uczciwych ludzi i nie lubi ludzi zdradzieckich. Każdy powinien to jasno zrozumieć, pozbyć się zamętu w głowie i przestać robić głupie rzeczy. Chwila ignorancji jest zrozumiała, ale gdy ktoś zupełnie odmawia przyjęcia prawdy, tym samym uporczywie odmawia zmiany. Uczciwi ludzie potrafią przyjąć odpowiedzialność. Nie biorą pod uwagę własnych zysków i strat, lecz chronią dzieło i interesy domu Bożego. Ich dobre i szczere serca są jak misa z czystą wodą, w której na pierwszy rzut oka widać dno. Ich działania również są przejrzyste. Podstępna osoba zawsze ucieka się do sztuczek, zawsze coś maskuje, ukrywa i zamyka się tak szczelnie, że nikt nie jest w stanie jej przejrzeć. Ludzie nie mogą przejrzeć twoich wewnętrznych myśli, ale Bóg widzi to, co jest najgłębiej ukryte w twoim sercu. Jeśli Bóg widzi, że nie jesteś uczciwą osobą, że jesteś przebiegły, że nigdy nie przyjmujesz prawdy, że zawsze próbujesz Go oszukać i że nie oddajesz Mu serca, wtedy nie będzie cię kochał, lecz znienawidzi cię i opuści” („Rozpoznawanie fałszywych przywódców”). Po przeczytaniu słów Bożych, wszystko zrozumiałam. Bóg lubi ludzi, którzy są prości i uczciwi, i mają odwagę przyznawać się do błędów oraz je naprawiać. Jeśli popełniasz błędy przy pełnieniu obowiązku, usiłujesz chronić samą siebie, nie masz odwagi się do tego przyznać, i wynajdujesz tylko preteksty, by się od tego wymigać i wszystko ukrywać, jesteś osobą przebiegłą, kimś, kim Bóg gardzi i kogo nienawidzi. Zdałam sobie sprawę, że byłam taką właśnie przebiegłą winowajczynią. Brak mi było umiejętności trafnego oceniania ludzi, więc wybrałam na przywódcę kogoś, kto w tej roli nie dążył do prawdy, powodując wielkie szkody w dziele domu Bożego. Już samo to było wykroczeniem, i powinnam była to naprawić, lecz ja, chcąc zachować swój wizerunek w sercach mych braci i sióstr, nie zwolniłam fałszywej przywódczyni, by chronić interes rodziny Bożej, choć przez cały czas wiedziałam, że kadego dnia, kiedy ktoś taki jest u władzy, dzieło kościoła doznaje uszczerbku. Popełniałam więc błąd za błędem i świadomie pragnęłam to ukryć. Miałam wielkie poczucie winy. Bóg zaopatrzył nas w tak wiele prawdy, a dom Boży doskonalił mnie przez tak wiele lat, lecz ja, by chronić samą siebie i uniknąć odpowiedzialności, patrzyłam, jak fałszywa przywódczyni niweczy dzieło kościoła. Byłam zbyt samolubna, godna pogardy i zakłamana, aby można było mnie nazwać istotą ludzką. Mając to na uwadze, pospieszyłam na spotkanie z moimi współpracownikami, i powiedziałam im: „Siostrze Li zależy jedynie na dążeniu do sławy i statusu i nie wykonuje ona żadnej praktycznej pracy. W poważnym stopniu szkodzi pracy kościoła i musi natychmiast zostać zwolniona”. Po rozmowie we wspólnocie, moi współpracownicy także uznali, że siostra Li jest fałszywą przywódczynią, i niebawem została zastąpiona.

Potem otwarcie rozmawiałam z nimi o tym, co ujawniałam, i czego się tym razem nauczyłam. Oni zaś nie obwiniali mnie o to, że wybrałam niewłaściwą osobę, i podsumowaliśmy wszystkie nasze błędy i pomyłki przy wyborze ludzi. Dzięki tej rozmowie we wspólnocie, zrozumiałam, że tym razem wybrałam niewłaściwą osobę przede wszystkim dlatego, że nie potrafiłam rozpoznać prawdziwego samozrozumienia, ani ludzi, którzy szczerze miłują prawdę i do niej dążą. Potem przeczytałam odnoszące się do tego fragmenty słowa Bożego, które pozwoliły mi lepiej zrozumieć te sprawy. Słowa Boga mówią: „Po czym można poznać, czy dana osoba miłuje prawdę? Z jednej strony trzeba się koniecznie przyjrzeć temu, czy potrafi dojść do poznania samej siebie w oparciu o słowo Boże. Jeżeli ktoś umie poznawać samego siebie poprzez słowo Boże, jest to ktoś, kto miłuje prawdę. Z drugiej strony, trzeba zwrócić uwagę na to, czy ten ktoś potrafi przyjąć i praktykować prawdę. Jeśli bowiem potrafi praktykować prawdę, jest kimś, kto potrafi być posłuszny dziełu Bożemu. Jeśli jednak jedynie rozpoznaje prawdę, lecz nigdy jej nie przyjmuje ani nie praktykuje, jak to mówią niektórzy – »Rozumiem całą prawdę, ale nie potrafię jej praktykować« – dowodzi to, że nie jest kimś, kto miłuje prawdę. Niektórzy ludzie przyznają, że słowo Boże jest prawdą i że mają skażone usposobienie, a także mówią, że są gotowi okazać skruchę i zupełnie odmienić samych siebie, ale potem nie zachodzi w nich żadna zmiana. Ich słowa i czyny są wciąż takie same jak przedtem. Kiedy mówią o poznaniu samych siebie, jest tak, jakby opowiadali dowcip lub wykrzykiwali jakiś slogan. Nie demaskują wcale ze szczerego serca swego zakłamania ani nie przybierają wobec niego postawy nienawiści i odrazy, ani też postawy pełnej skruchy i samowiedzy. Zamiast tego zajmują się formalnymi aspektami sprawy i udają, że się otwierają. Ktoś taki nie jest osobą, która autentycznie przyjmuje prawdę. Gdy tacy ludzie mówią o poznaniu samych siebie, to stwarzają jedynie pozory i udają, że są uduchowieni. Myślą sobie: »Wszyscy inni otwierają się i analizują własne zakłamanie. Jeżeli się nie odezwę, to się skompromituję, więc lepiej będzie przynajmniej odklepać tę litanię«, po czym opisują własne zakłamanie jako bardzo poważny problem, okraszając swą opowieść efektownymi przykładami, a ich wiedza o samych sobie wydaje się niezwykle gruntowna. Każdy, kto ich słucha, czuje, że naprawdę znają samych siebie, i dlatego spogląda na nich z zazdrością, co z kolei sprawia, że czują się oni tak, jakby mieli powód do chluby, jakby już przystroili się w aureolę. Ten rodzaj samowiedzy, osiągniętej poprzez stwarzanie pozorów, w połączeniu z ich maskowaniem się i zakłamaniem, niezwykle skutecznie wprowadza innych w błąd. Czy postępując w ten sposób mogą mieć spokojne sumienia? Czy nie jest to po prostu jawne oszustwo? (…) Kiedy to robią, nie czują się winni, nie dręczy ich sumienie po tym, jak się maskują i oszukują, nie mają żadnych wyrzutów po tym, jak zbuntowali się przeciwko Bogu i oszukiwali Go, i nie modlą się do Boga, aby przyznać się do swego błędu. Czyż nie są to ludzie o zatwardziałym sercu? Jeśli nie czują się winni, czy mogą kiedykolwiek odczuwać wyrzuty sumienia? Czy ktoś, kto nie odczuwa wyrzutów sumienia, może kiedykolwiek okazać skruchę? Czy człowiek, którego serca nie przepełnia skrucha, może wyrzec się cielesnych korzyści, aby praktykować prawdę? Nie. A tam, gdzie nie ma nawet chęci okazania skruchy, czyż nie jest absurdem mówienie o poznaniu samego siebie? Czy nie jest to wówczas tylko maskowanie się i oszukiwanie?” („Dopiero gdy poznasz samego siebie, będziesz mógł dążyć do prawdy” w księdze „Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). „Jak można rozpoznać, czy ktoś dąży do prawdy? Jak ocenić, czy ktoś jest osobą, która dąży do prawdy? Załóżmy, że ktoś wierzy w Boga od siedmiu lub ośmiu lat. Być może stać go na wiele doktrynalnych wypowiedzi, jego usta mogą być pełne duchowego słownictwa, może często pomagać innym i wydawać się pełen entuzjazmu, może być zdolny do rozmaitych wyrzeczeń i wykonywać swoje obowiązki z wielkim zapałem. Nie jest jednak w stanie praktykować zbyt wiele prawdy ani dyskutować o rzeczywistych doświadczeniach związanych z wkraczaniem w życie, a tym bardziej nie osiąga zmiany swego życiowego usposobienia. Można z całą pewnością stwierdzić, że ktoś taki nie dąży do prawdy. Jeżeli ktoś szczerze miłuje prawdę, to po pewnym okresie doświadczania rozmaitych spraw będzie mógł mówić o tym, jak je pojmuje, i przynajmniej w niektórych sprawach będzie umiał postępować zgodnie z zasadami. Będzie miał nieco doświadczenia związanego z wkraczaniem w życie i będzie wykazywał przynajmniej pewne zmiany w zachowaniu. Stan ducha tych, którzy podążają za prawdą, nieustannie bowiem się poprawia, ich wiara w Boga stopniowo wzrasta, mają pewne zrozumienie tego, co przejawiają, oraz świadomość własnego skażonego usposobienia, mają osobiste doświadczenie i prawdziwy wgląd w to, w jaki sposób Bóg działa, aby zbawić ludzi. Wszystkie te rzeczy stopniowo osiągają w nich coraz wyższy poziom. Jeżeli dostrzegasz u kogoś takie przejawy, możesz mieć pewność, że jest to ktoś, kto dąży do prawdy” („Czym jest rzeczywistość prawdy?” w księdze „Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”).

Dzięki słowu Bożemu dowiedziałam się, że, aby ocenić, czy ktoś faktycznie dąży do prawdy, nie możemy zwracać uwagi tylko na to, co dana osoba mówi. Liczy się to, czy potrafi przyjąć i praktykować prawdę, i czy umie zdobyć się na szczerą skruchę i zmienić się po pewnym czasie. Gdy ludzie, którzy dążą do prawdy, doświadczają porażek i niepowodzeń, potrafią przyjąć osąd słowa Bożego, zastanowić się dzięki niemu nad sobą, przeanalizować i ujawnić motywacje, którymi się kierują, robiąc różne rzeczy, wzbudzić w swych sercach szczerą nienawiść do swego skażonego usposobienia, i odczuwać prawdziwe wyrzuty sumienia ze względu na swe wykroczenia, tak aby, jeśli znów coś się stanie, potrafili wyrzec się samych siebie i praktykować prawdę. Z biegiem czasu wzrastają oni w życiu i dostrzegają pewne zmiany w swym skażonym usposobieniu. Jeśli odnieść to do zachowania siostry Li, to na pozór wydawała się ona uczciwa. Kiedy się z nią rozprawiano, upominano ją i zastępowano, kiwała głową i przyznawała się do wszystkiego, mówiąc, że dążyła do statusu, nie stała na straży dzieła domu Bożego, brakowało jej człowieczeństwa, i miała nadzieję zyskać wkroczenie w życie. Później jednak, jeśli tylko chodziło o jej reputację i status, nie potrafiła wyrzec się samej siebie i praktykować prawdy, a nawet karciła swych braci i siostry, co szkodziło dziełu domu Bożego. Nigdy nie zastanawiała się nad sobą i pozostawała wciąż bierna. Zrozumiałam, że nie miała za grosz pojęcia o swej skażonej naturze ani o przyczynie swej porażki, i nie okazywała też bynajmniej szczerej skruchy. Zrozumienie, o którym mówiła, były to tylko słowa, które powtarzała – słowa, będące iluzją, mającą wprowadzić mnie w błąd. Jeśli ktoś szczerze dąży do prawdy i ma w sobie człowieczeństwo, to kiedy widzi, że spowodował wielkie szkody w pracy kościoła, czuje się winny, nienawidzi samego siebie, i nie bierze już pod uwagę własnego interesu. Myśli raczej o tym, jak zadośćuczynić za swoje wykroczenia, wykonać praktyczną pracę, i zapobiec dalszemu uszczerbkowi dla dzieła domu Bożego. U siostry Li nie widziałam zaś żadnego z tych zachowań. Fakt ten dowodził, że wcale nie była kimś, kto przyjmuje prawdę i do niej dąży. Wybierając ją, nie oceniłam jej zgodnie z zasadą prawdy. Posłużyłam się własnymi pojęciami i wyobrażeniami. Zwróciłam uwagę jedynie jej dobre na pozór uczynki i zrozumienie doktryn, i uznałam, że zdołała osiągnąć pewne zmiany. W rezultacie wybrałam niewłaściwą osobę, by wykorzystać ją w roli przywódcy, co przyniosło szkodę dziełu kościoła i miało negatywny wpływ na życie moich braci i sióstr. Takie były skutki tego, że nie odwołałam się do zasad prawdy.

Potem zastanawiałam się nad sobą. Widziałam wyraźnie, że siostra Li jest fałszywą przywódczynią, i zdawałam sobie sprawę, że wybrałam niewłaściwą osobę, dlaczego więc mimo to chciałam wszystko ukryć i dać jej jeszcze szansę? Przeczytałam potem pewien fragment słów Bożych i zyskałam pewne zrozumienie tej kwestii. „Bez względu na to, ile złych rzeczy czyni antychryst, bez względu na to, jakiego rodzaju złe uczynki popełnia – czy będzie to sprzeniewierzenie, roztrwonienie lub niewłaściwe wykorzystanie złożonych Bogu ofiar, zakłócanie i utrudnianie pracy domu Bożego, czy też sianie zamętu w pracy kościoła i wywoływanie gniewu Bożego – on sam zawsze pozostaje spokojny, opanowany i obojętny. Bez względu na to, jakie zło wyrządza antychryst i jakie wywołuje to skutki, on sam nigdy nie przychodzi przed oblicze Boga, aby wyznać swe grzechy i jak najszybciej okazać skruchę, i nigdy nie staje wobec braci i sióstr, przyjąwszy postawę otwarcia i obnażenia się przed nimi, aby przyznać się do swoich złych czynów, rozeznać się w swoich wykroczeniach, uznać swoje własne skażenie i żałować ze swe złe czyny. Zamiast tego antychryści łamią sobie głowy, wynajdując rozmaite wymówki, by uchylić się od odpowiedzialności i zrzucić winę na innych, i w ten sposób zachować własną twarz i status. Dbają bowiem nie tyle o pracę kościoła, ile o to, by ich reputacja i status nie ucierpiały i nie były narażone na szwank. Nie zastanawiają się ani nie myślą o tym, jak zrekompensować straty, które dom Boży poniósł przez ich wykroczenia, ani też nie próbują spłacić swego długu wobec Boga, co oznacza, że nigdy nie przyznają, że są w stanie zrobić coś złego lub że popełnili błąd. W głębi serca bowiem antychryści uważają samorzutne przyznawanie się do błędów i uczciwe przedstawianie faktów za głupotę i nieudolność. Jeśli ich złe uczynki zostają odkryte i zdemaskowane, antychryści przyznają się tylko do omyłki wynikającej z chwilowego niedbalstwa, nigdy zaś do zaniedbania obowiązków i nieodpowiedzialności z ich strony, i będą próbowali zrzucić odpowiedzialność na kogoś innego, aby usunąć plamę z własnych akt. W takich chwilach antychryści nie troszczą się o to, jak naprawić szkody wyrządzone w domu Bożym, jak otworzyć się przed Bożymi wybrańcami, aby przyznać się do swych błędów, ani jak zdać relację z tego, co się stało. Zajmują się wynajdywaniem sposobów na to, jak sprawić, by poważne problemy wydały się małymi, a małe – wydały się w ogóle pomijalne. Podają więc obiektywne przyczyny swoich zachowań, aby inni ich zrozumieli i współczuli im. Usiłują zrobić wszystko, co w ich mocy, aby odbudować swoją reputację w oczach innych, zminimalizować negatywny wpływ własnych wykroczeń na samych siebie i zadbać o to, by zwierzchnicy ani przez chwilę nie mieli o nich złego zdania, aby nigdy nie zostali przez nich pociągnięci do odpowiedzialności, zwolnieni lub oskarżeni. By odbudować swoją reputację i status, tak aby ich własne interesy nie ucierpiały, antychryści skłonni są znieść wszelkie cierpienia i ze wszystkich sił będą starali się rozwiązać każdą trudność. Od pierwszej chwili, gdy tylko zaczną popełniać swe wykroczenie lub błąd, antychryści ani przez moment nie mają zamiaru ponosić żadnej odpowiedzialności za złe uczynki, których się dopuszczają, i nigdy nie mają najmniejszego zamiaru uznać, ujawnić ani przeanalizować motywów, intencji i skażonego usposobienia, kryjących się za ich złymi czynami, ani szczerze rozmawiać o nich we wspólnocie, a już na pewno nie mają najmniejszego zamiaru naprawić szkód, jakie powodują w pracy kościoła, oraz krzywdy, której doznaje wkroczenie w życie przez Bożych wybrańców. Dlatego też, bez względu na to, z jakiej perspektywy spogląda się na tę sprawę, antychryści to ludzie, którzy nigdy nie przyznają się do swoich złych czynów i nigdy nie okazują skruchy. Antychryści pozbawieni są wstydu i tak gruboskórni, że nie ma dla nich żadnej nadziei na odkupienie, i są zaiste wcielonymi szatanami” („Nie akceptują rozprawiania się z nimi i przycinania, ani nie wykazują postawy skruchy, gdy popełniają jakiekolwiek zło, ale zamiast tego szerzą pojęcia i publicznie osądzają Boga” w księdze „Demaskowanie antychrystów”). Słowo Boże objawiało, że antychryści nigdy nie przyznają się do popełnionych błędów, nie wyznają ich przed Bogiem ani nie okazują skruchy. Zamiast tego myślą o tym, jak zachować lub odzyskać swój wizerunek w sercach innych ludzi, i jak umocnić swoją pozycję. Zrozumiałam, że moje własne zachowanie było takie samo jak u antychrystów. Wykonując tak ważne zadanie, jakim jest odpowiedni dobór ludzi, nie poszukiwałam prawdy i wybrałam fałszywą przywódczynię, przynosząc tym samym uszczerbek dziełu domu Bożego i szkodząc wkraczaniu w życie moich braci i sióstr. Popełniłam wykroczenie, i powinnam była pokajać się przed Bogiem, zwolnić siostrę Li i szybko wybrać właściwą osobę, aby zadośćuczynić za moje błędy i niedociągnięcia. Martwiłam się jednak, że jeśli – zgodnie z prawdą – powiem moim współpracownikom o problemach siostry Li, zobaczą wyraźnie, że nie mam za grosz prawdy, jestem osobą kiepskiego charakteru i nie potrafię wykonywać praktycznej pracy, a potem mnie zwolnią. Aby zachować swój wizerunek i status, próbowałam się maskować, nie miałam odwagi przyznać się do swych porażek i niedociągnięć, i usiłowałam ukryć własne błędy, popełniając kolejne, w nadziei, że moja współpracowniczka zdoła pomóc siostrze Li zmienić jej stan. Wówczas siostra Li nie zostałaby zwolniona, a mój status i wizerunek byłby ocalony. Chcąc zaspokoić moje osobiste pragnienia, zupełnie nie dbałam o interesy domu Bożego, pobłażałam fałszywej przywódczyni i ukrywałam jej błędy. W gruncie rzeczy odgrywałam rolę wspólniczki szatana, zakłócając i niwecząc dzieło domu Bożego. Była to poważna obraza Bożego usposobienia! Gdy o tym myślałam, miałam poczucie winy i odczuwałam skruchę. To, że pełniłam tak ważne obowiązki w domu Bożym, było wyjątkowym wywyższeniem mnie przez Boga, lecz ja nie odpłaciłam Mu należycie za tę łaskę. W kluczowym momencie miałam na uwadze własny interes, nie zważając na dobro domu Bożego. Czyż nie był to przejaw bycia fałszywą przywódczynią i antychrystem? Pomyślałam o tym, że antychryści robią różne rzeczy tylko ze względu na własne interesy i status, i w ogóle nie mają względu na interesy domu Bożego. Ja też kroczyłam ścieżką antychrysta. Gdybym nie okazała skruchy, niewątpliwie zostałabym ujawniona i wyeliminowana, dokładnie tak jak antychryści.

Potem, zastanawiałam się dalej, dawałam tej fałszywej przywódczyni kolejne szanse, ponieważ miałam jeszcze jedno błędne przekonanie: że jeśli dostatecznie często będę rozmawiać z nią we wspólnocie, to ona z czasem się zmieni. Później przeczytałam pewien fragment słów Bożych, i zorientowałam się nieco, na czym polega to niewłaściwe zrozumienie. Słowa Boga mówią: „Gdy ktoś źle się prowadzi (niezależnie od tego, kim jest ta osoba), fałszywy przywódca, po tym, jak pobieżnie rozprawi się z winowajcą i udzieli mu kilku napomnień i nagan, uznaje, że zrobił już swoje i rozwiązał problem, ale jest to czysto szatański sposób myślenia. Fałszywi przywódcy nie potrafią, rzecz jasna, w porę usunąć niewierzących, złoczyńców i antychrystów, tylko wciąż zapewniają: »Szczerze rozmawiałem z nimi o słowie Bożym, wszyscy uznali swój błąd i odczuwali wyrzuty sumienia. Wszyscy też płakali i zapewniali, że okażą skruchę i nie będą już próbowali ustanawiać własnego królestwa«. Czyż nie przypomina to dzieci bawiących się w dom? Czy oni aby nie oszukują samych siebie? Wszyscy ci niewierzący, złoczyńcy i antychryści to ludzie, którzy mają wstręt do prawdy. Żaden z nich w ogóle jej nie przyjmuje i nie są oni celem Bożego zbawienia, lecz fałszywi przywódcy traktują tych znienawidzonych i pogardzanych przez Boga niewierzących, złoczyńców i antychrystów jak Bożych wybrańców i starają się pomagać im z miłością i troską. Co jest tutaj istotą problemu? Czy to głupota i ignorancja sprawia, że nie są w stanie jasno i wyraźnie dostrzec, z jakimi ludźmi mają do czynienia, czy też starają się im przypodobać ze strachu, że mogliby ich urazić? Niezależnie od tego, jaka jest przyczyna, najważniejsze jest to, że fałszywi przywódcy nie wykonują praktycznej pracy, nie akceptują prawdy, gdy się ich przycina i się z nimi rozprawia, i nie przyznają się do swych błędów. To wystarczy, aby wykazać, że fałszywi przywódcy nie mają za grosz rzeczywistości prawdy. Nie pracują zgodnie z roboczymi ustaleniami domu Bożego, zwłaszcza zaś gdy chodzi o pracę w postaci usuwania ludzi z kościoła, wykonują to zadanie po łebkach. Stwarzają tylko pozory, pozbywając się zaledwie kilku najbardziej oczywistych złoczyńców. Gdy zostają zdemaskowani i kiedy inni się z nimi rozprawiają, fałszywi przywódcy bronią się i wynajdują nawet różne wymówki, aby uchylić się od odpowiedzialności. Dlatego właśnie fałszywy przywódca, który nie wykonuje żadnej praktycznej pracy, stanowi przeszkodę, utrudniającą wypełnienie woli Bożej. To, co robią fałszywi przywódcy, pozbawione jest wartości i znaczenia. Nigdy nie rozwiązują oni rozmaitych problemów, jakie pojawiają się w kościele, lecz po prostu się przed nimi uchylają, co nie tylko opóźnia normalne postępy pracy domu Bożego, lecz także wywiera negatywny wpływ na wkraczanie Bożych wybrańców w życie. Fałszywi przywódcy z całą pewnością zakłócają i utrudniają pracę domu Bożego i pełnią funkcję parasoli ochronnych dla niewierzących, złoczyńców i antychrystów. W krytycznym momencie duchowych zmagań stają po stronie Szatana, aby opierać się Bogu i oszukiwać Go. Czy tak nie postępuje ktoś, kto zdradza Boga? Sądząc po poglądach fałszywych przywódców, jest oczywiste, że nie są oni ludźmi, którzy dążą do prawdy. W ogóle nie rozumieją prawdy i zupełnie nie nadają się do wykonywania obowiązków przywódczych” („Rozpoznawanie fałszywych przywódców”). Rozważając słowa Boże, poczułam się zawstydzona. Wierzyłam, że każdy może się zmienić, jeśli tylko będę rozmawiać z nim we wspólnocie o prawdzie, a dana osoba powie, że przyjmuje prawdę i przyzna się do winy. Nie postrzegałam ludzi stosownie do ich istoty; byłam osobą o ślepym oku i sercu. Dawno temu, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z siostrą Li, zdemaskowałam i przeanalizowałam naturę jej dążenia do statusu oraz ścieżkę, którą obierała. Kiedy słyszałam, jak wyrażała pewne zrozumienie tych spraw oraz chęć okazania skruchy, miałam poczucie, że moja rozmowa we wspólnocie osiągnęła pewne rezultaty i siostra Li się zmieni, więc awansowałam ją na stanowisko przywódczyni. Po pewnym czasie siostra Li znów zaczęła zabiegać o swój wizerunek i status, nie wykonując żadnej praktycznej pracy. Gdy już ją zdemaskowałam i rozmawiałam z nią we wspólnocie, to, widząc jej szczerą postawę i słysząc wyrażone przez nią pragnienie okazania skruchy, znów uwierzyłam, że siostra Li się zmieni. Faktycznie jednak siostra Li zawsze dążyła do sławy i statusu i nie wykonywała żadnej praktycznej pracy, i nigdy nie okazała skruchy ani się nie zmieniła. Już dawno okazała się fałszywą przywódczynią, ale ja ciągle rozmawiałam z nią we wspólnocie i dawałam jej szanse. Naprawdę byłam ślepa i nieświadoma! W rzeczywistości rozmowa we wspólnocie o prawdzie odgrywa tylko pomocniczą rolę. To, czy ludzie są w stanie się zmienić, zależy głównie od tego, czy potrafią dążyć do prawdy. Tym, którzy autentycznie przyjmują prawdę i do niej dążą, rozmowy we wspólnocie z innymi ludźmi, ich pomoc, wskazówki i rozprawianie się, mogą pomóc zacząć się nad sobą zastanawiać i poznawać siebie zgodnie z prawdą, by nastęnie okazać skruchę i się zmienić. Ci zaś, którzy nie przyjmują prawdy i których ona mierzi, choćby człowiek nie wiem ile rozmawiał z nimi we wspólnocie, nigdy nie zaakceptują prawdy, ani nie poznają i nie znienawidzą samych siebie w oparciu o prawdę, więc nie ma możliwości, aby się zmienili. Ja zaś nie traktowałam tych dwóch rodzajów ludzi zgodnie ze słowem Bożym i prawdą. Arogancko i na oślep stosowałam zasady oparte na moich własnych wyobrażeniach, w rezultacie czego chroniłam potem fałszywą przywódczynię, co zakłócało dzieło domu Bożego. Ewidentnie odgrywałam więc rolę szatana. Gdy się nad sobą zastanowiłam, wyznałam swą winę i pokajałam się przed Bogiem: „Boże, pragnę zmienić moje błędne poglądy, poszukiwać prawdy i postępować zgodnie z zasadami przy pełnieniu mego obowiązku”.

Później udałam się do jednego z kościołów, aby prześledzić jego pracę, a tamtejsi bracia i siostry powiedzieli mi, że brat Xiang, ich przywódca, jest bierny i nieodpowiedzialny przy pełnieniu swego obowiązku. Na spotkaniach nie rozmawiał we wspólnocie o prawdzie, aby rozwiązywać problemy innych. Praca kościoła była nieefektywna, lecz brat Xiang tak naprawdę niczego nie doglądał ani nie nadzorował, i sam nie wykonywał żadnej praktycznej pracy. Kiedy inni podsuwali mu jakieś sugestie, odrzucał je, podając różne powody i preteksty, aby ich nie przyjmować. Czasami mawiał: „Dlaczego nie zastanowisz się nad własnymi problemami?”. Wszystko to sprawiało, że pozostali członkowie kościoła czuli się stłamszeni i znękani. Lubił również czepiać się innych i szukać na nich haków. W świetle zasad brat Xiang był więc fałszywym przywódcą i musiał zostać zwolniony. Spytałam jeszcze diakonów kościoła, co sądzą o problemach brata Xianga. Powiedzieli mi wówczas: „Brat Xiang nie jest w stanie udźwignąć brzemienia swych obowiązków, ale za każdym razem, kiedy rozmawiamy z nim we wspólnocie, wykazuje samozrozumienie, i mówi, że pragnie okazać skruchę i się zmienić. Chcemy mu pomóc i zobaczyć, co się stanie”. Gdy to usłyszałam, pomyślałam sobie: „Sądząc po zachowaniu brata Xianga, jest on fałszywym przywódcą i musi zostać zastąpiony. Inaczej dzieło domu Bożego dozna uszczerbku. A jednak diakoni się z tym nie zgadzają, więc może jestem w błędzie? Jeśli będę się upierała, że trzeba usunąć brata Xianga, i okaże się, że się myliłam, to co sobie o mnie pomyślą? Czy nie powiedzą, że pełnię swój obowiązek od wielu lat, a nadal nie potrafię trafnie oceniać ludzi?”. Wiedziałam, że znów myślę o własnym wierunku i statusie, więc modliłam się o wsparcie, bym umiała wyrzec się samej siebie. Zdałam sobie sprawę, że diakoni zwracali jedynie uwagę na fakt, że brat Xiang potrafił zręcznie dobierać słowa. Nie oceniali go jednak w oparciu o słowo Boże. Ja sama wybrałam wcześniej na stanowisko przywódcy niewłaściwą osobę, ponieważ nie oceniałam jej w oparciu o prawdę i słowo Boże. Tym razem musiałam wyciągnąć z tego wnioski i poszukiwać prawdy w odniesieniu do każdego, oraz oceniać fałszywych przywódców w oparciu o słowo Boże. Jest to jedyny sposób, by robić to właściwie.

Potem znalazłam fragment słowa Bożego o rozpoznawaniu fałszywych przywódców. „Tego, czy dana osoba jest fałszywym przywódcą, czy też nie, nie rozpoznaje się, spoglądając na jej oblicze, by się przekonać, czy rysy jej twarzy znamionują dobro czy zło, ani też przypatrując się temu, jak wiele na pozór wycierpiała i jak bardzo jest zabiegana. Trzeba raczej przyjrzeć się temu, czy wypełnia ona swe obowiązki przywódcy i czy potrafi posługiwać się prawdą, by rozwiązywać praktyczne problemy. To jest jedyne właściwe kryterium w tej kwestii. To właśnie jest podstawa do analizowania, rozeznawania i ustalania, czy dana osoba jest fałszywym przywódcą. Tylko w ten sposób ocena taka może być sprawiedliwa, zgodna z zasadami i z prawdą oraz uczciwa dla wszystkich zainteresowanych. Nazwanie kogoś fałszywym przywódcą lub fałszywym działaczem musi mieć wystarczające oparcie w faktach. Ocena taka absolutnie nie może zostać wydana na podstawie jednego czy dwóch incydentów lub wykroczeń, a tym bardziej za jej podstawę nie mogą posłużyć chwilowe przejawy skażenia. Jedyne ścisłe kryteria, zgodnie z którymi można kogoś w ten sposób scharakteryzować, są następujące: czy potrafi on wykonywać praktyczną pracę i posługiwać się prawdą do rozwiązywania problemów oraz czy jest on odpowiednią osobą, czy jest kimś, kto miłuje prawdę i potrafi być posłuszny Bogu, oraz czy posiada dzieło i oświecenie Ducha Świętego. Tylko na podstawie tych kryteriów można kogoś we właściwy sposób określić jako fałszywego przywódcę lub fałszywego działacza. Kryteria te stanowią więc standardy i zasady leżące u podstaw oceny i ustalenia, czy ktoś jest fałszywym przywódcą lub fałszywym działaczem” („Rozpoznawanie fałszywych przywódców”). Razem rozmawialiśmy we wspólnocie o tym fragmencie, i zrozumieliśmy, jak oceniać i rozpoznawać fałszywych przywódców. Nie należy przy tym zwracać uwagi jedynie na to, jak miło brzmią ich słowa. Kluczowe jest to, czy potrafią wykonywać praktyczną pracę i rozwiązywać problemy dzięki prawdzie, jak również to, czy potrafią dążyć do prawdy i ją przyjmować, autentycznie poznawać samych siebie, okazywać szczerą skruchę i się zmieniać. Oceniliśmy więc brata Xianga zgodnie z tymi zasadami. On zaś stale nie brał na siebie ciężaru odpowiedzialności przy wypełnianiu swego obowiązku i nie wykonywał żadnej praktycznej pracy. Bracia i siostry wiele razy rozmawiali z nim we wspólnocie i usiłowali mu pomóc, lecz on nigdy nie przyjmował ich uwag i nie zastanawiał się nad sobą, tylko oskarżał innych, sprawiając, że wszyscy w tym kościele czuli się stłamszeni. Widzieliśmy, że nie wykonywał żadnej praktycznej pracy ani nie dążył do prawdy, a zatem był fałszywym przywódcą, i musiał być zwolniony. Usłyszawszy to, bracia i siostry zaczęłi obwiniać samych siebie i powiedzieli: „Nie rozpoznaliśmy w nim fałszywego przywódcy ani nie ocenialiśmy go przy użyciu słowa Bożego. Zwiódł nas jego fałszywy wizerunek, jaki nam prezentował. Omal nie zaczęliśmy chronić fałszywego przywódcy, który zakłócał dzieło domu Bożego”. Widząc, że będą teraz potrafili ropoznać fałszywych przywódców, poczułam się znacznie spokojniejsza, i natychmiast zwolniliśmy brata Xianga.

Po tych doświadczeniach zrozumiałam, że wybieranie ludzi na podstawie mylnych pojęć jest tak naprawdę robieniem krzywdy innym i samym sobie. Nie tylko szkodzi to dziełu rodziny Bożej, lecz także sprawia, że sami popełniamy wykroczenia. Od tej chwili mam nadzieję, przy pełnieniu obowiązku, częściej odwoływać się do prawdy i zasad oraz postrzegać różne sprawy zgodnie ze słowem Bożym. W sprawach, których nie rozumiem, pragnę przestać myśleć o własnym wizerunku i statusie, i więcej rozmawiać we wspólnocie z mymi braćmi i siostrami, aby w ten sposób rekompensować własne braki i kontynuować dzieło domu Bożego. Bogu dzięki!

Koniec wszelkich rzeczy jest blisko. Czy chcecie wiedzieć, jak Pan wynagrodzi dobro i ukarze zło i ustali wynik człowieka, kiedy On powróci? Zapraszamy do kontaktu z nami, aby pomóc Ci znaleźć odpowiedź.

Powiązane treści

Co takiego zwiodło moją duszę?

Autorstwa Xu Lei’a, miasto Zaozhuang, prowincja Szantung Pewnego dnia dostałem od swojego przełożonego wiadomość z prośbą o udział w...

Zamieść odpowiedź

Połącz się z nami w Messengerze