Czego nauczyło mnie odejście moich rodziców

01 sierpnia 2026

Autorstwa Sylvie, Włochy

Mój tata słynął w naszej okolicy z tego, że był bardzo oddanym synem. Dorastając, często słyszałam, jak mówił przy stole: „Synowskie oddanie jest najważniejszą z cnót. W swoim postępowaniu musisz przede wszystkim okazywać rodzicom szacunek i oddanie; to jest fundament. Spójrz, nawet nowo narodzone jagnię klęka, by ssać, więc każdy, kto nie okazuje szacunku i oddania swoim rodzicom, jest gorszy od zwierzęcia! Kiedy twoja babcia była chora, czuwałem przy niej noc w noc. Prawdę mówiąc, żeby móc opiekować się twoimi dziadkami, nawet nie myślałem o ślubie, dopóki oboje nie odeszli”. To zasiało w moim młodym sercu ziarno oddania i szacunku wobec rodziców i postanowiłam, że kiedy dorosnę, muszę być dla nich dobra, bo inaczej nie miałabym sumienia. Kiedy miałam siedemnaście lat, mój tata został aresztowany przez KPCh i skazany na dwa lata obozu reedukacji przez pracę za wiarę w Boga Wszechmogącego. Pracowałam wtedy z dala od domu. Co jakiś czas odwiedzałam tatę w obozie pracy, przynosiłam mu jedzenie, a resztę wypłaty wysyłałam do domu, by pomóc rodzinie. Po wyjściu za mąż z okazji każdego Chińskiego Nowego Roku kupowałam rodzicom ubrania, przysmaki i tym podobne rzeczy. Później uwierzyłam w Boga i wykonywałam swoje obowiązki z dala od domu. Moi rodzice bardzo mnie wspierali, a nawet dawali mi pieniądze. Czułam się z tym naprawdę źle, myśląc: „Rodzice mnie wychowali, więc to ja powinnam się teraz nimi opiekować. A tymczasem to oni wciąż opiekują się mną…”. W tamtym czasie zawsze miałam nadzieję, że KPCh upadnie, abym mogła wrócić do domu i dobrze zaopiekować się rodzicami na starość. Ale prześladowania chrześcijan przez KPCh stawały się coraz bardziej dotkliwe. Nasza rodzina była znana w okolicy z wiary w Boga, a mój tata był notowany przez policję, więc staliśmy się głównym celem KPCh. By móc wierzyć w Boga i wykonywać swoje obowiązki, w 2016 roku uciekłam do demokratycznego kraju za granicą. Ilekroć miałam spokojną chwilę, wyobrażałam sobie rodziców żegnających mnie, gdy opuszczałam kraj. Na to wspomnienie zawsze ściskało mnie w sercu. Czułam się taka winna, że nie mogłam być przy nich, by dobrze się nimi zaopiekować, zwłaszcza gdy się starzeli.

Latem 2019 roku napisałam do przywódcy kościoła w moich rodzinnych stronach, by zapytać o moją rodzinę. Jakiś czas później otrzymałam odpowiedź, z której dowiedziałam się, że mój tata zmarł na skutek choroby kilka lat wcześniej. Po prostu nie mogłam w to uwierzyć. Łzy płynęły mi po twarzy, a ja nie mogłam ich powstrzymać. Liderka zespołu przeczytała mi kilka fragmentów słów Boga o Jego suwerennej władzy, ale mój umysł był przepełniony wspomnieniami troskliwej opieki taty w domu i nie potrafiłam przyswoić niczego z jej omówienia. Kiedy wyszłam z pokoju, niebo było zachmurzone i wydawało się, jakby świat stracił wszystkie kolory. Wróciłam do siebie z poczuciem, jakby uleciała ze mnie dusza. W głowie miałam obraz kochającej twarzy mojego taty i jego pytania: „Na co masz ochotę? Jak sobie tam radzisz?”. Ale już nigdy więcej nie miałam usłyszeć jego głosu. Im więcej o tym myślałam, tym bardziej czułam się nieszczęśliwa, aż w końcu nie mogłam się powstrzymać, załamałam się i wybuchnęłam płaczem. W tamtych dniach wciąż powracały mi do głowy wspomnienia o tym, jak dobry był dla mnie tata. Kiedy byłam w szkole podstawowej, tata często dawał mi kieszonkowe na słodycze i nigdy nie pozwalał mi wykonywać żadnych prac domowych. Po moim ślubie tata głosił mi ewangelię Boga Wszechmogącego. Razem śpiewaliśmy hymny i omawialiśmy nasze zrozumienie pochodzące z doświadczenia. Kiedy wyjechałam z domu, by wykonywać swoje obowiązki, rodzice bardzo mnie wspierali i często pomagali mi finansowo. Ilekroć wracałam, zawsze przygotowywali dla mnie najróżniejsze nowe i pyszne posiłki i rozpieszczali mnie. Mój tata był dla mnie taki dobry, a odszedł, zanim zdążyłam mu się odwdzięczyć. Czułam ogromne poczucie winy i wyrzuty sumienia. Żałowałam nawet, że tak wcześnie wyszłam za mąż i byłam tak pochłonięta wykonywaniem swoich obowiązków, że nie było mnie przy nim, by okazać mu szacunek i oddanie należne rodzicom. Teraz już go nie było, a ja straciłam jakąkolwiek szansę, by to naprawić. Moje serce przepełniały żal, poczucie winy i wyrzuty sumienia i nie miałam serca do wykonywania swoich obowiązków. Właśnie wtedy odbywaliśmy próby do skeczu. Miałam otworzyć drzwi i krzyknąć: „Wujku, jestem!”. Ale podczas próby otworzyłam drzwi i krzyknęłam: „Tato, wróciłam!”. Łzy natychmiast spłynęły mi po twarzy i nie mogliśmy kontynuować próby. Chociaż w tamtym okresie każdego dnia wykonywałam swoje obowiązki, czułam w sercu pustkę. We wszystkim, co robiłam, byłam nieobecna duchem i po prostu nie mogłam wykrzesać z siebie energii do prób. Zrozumiałam, że mój stan jest niewłaściwy, więc pomodliłam się do Boga: „Boże, mój tata zmarł, a ja czuję, że straciłam korzenie. Moje serce przepełnia tak wielki smutek. Nie wiem, jak mam tego doświadczać. Proszę, poprowadź mnie, abym zrozumiała Twoją intencję”.

Kiedy tak poszukiwałam, przeczytałam fragment słów Bożych, który pomógł mi jasno spojrzeć na śmierć mojego taty. Bóg Wszechmogący mówi: „Jeżeli narodziny człowieka były przeznaczone przez jego poprzednie życie, to jego śmierć wyznacza koniec tego przeznaczenia. Jeżeli narodziny są początkiem misji człowieka w tym życiu, to jego śmierć wyznacza jej koniec. Ponieważ Stwórca przygotował określony zbiór okoliczności towarzyszących narodzinom każdej osoby, pewne jest, że ustalił również określony zbiór okoliczności towarzyszących jej śmierci. Innymi słowy, nikt nie rodzi się przez przypadek, niczyja śmierć nie jest nagła, a zarówno narodziny, jak i śmierć są siłą rzeczy związane z poprzednim i obecnym życiem człowieka. To, jakie są okoliczności czyichś narodzin i czyjejś śmierci, jest związane z tym, co z góry zarządził Stwórca; jest to przeznaczenie danej osoby, jej los. Ponieważ narodziny każdej osoby można wyjaśnić na wiele sposobów, muszą koniecznie istnieć również różne szczególne okoliczności śmierci człowieka. Dlatego wśród ludzi występują różnice w długości życia oraz różne sposoby i momenty śmierci. Niektórzy ludzie są silni i zdrowi, a mimo to umierają młodo; inni są słabi i schorowani, a jednak dożywają podeszłego wieku i spokojnie odchodzą. Niektórzy giną z przyczyn nienaturalnych, inni umierają naturalną śmiercią. Niektórzy odchodzą z dala od domu, inni po raz ostatni zamykają powieki, mając przy boku bliskich. Niektórzy ludzie umierają w powietrzu, inni pod ziemią. Niektórzy toną, inni giną w katastrofach. Niektórzy umierają rano, inni w nocy… Każdy chce wspaniałych narodzin, olśniewającego życia i pełnej chwały śmierci, ale nikt nie może przekroczyć własnego przeznaczenia, nikt nie może uciec przed suwerenną władzą Stwórcy. Taki jest ludzki los(Sam Bóg, Jedyny III, w: Słowo, t. 2, O poznaniu Boga). Ze słów Bożych zrozumiałam, że życie i śmierć każdego człowieka zostały już dawno temu ustanowione z góry przez Boga; każdy ma swoje własne przeznaczenie. Odejście mojego taty nie było nagłe. Jego czas dobiegł końca. Kiedy nadszedł jego czas, odszedł. Jest to ustanowione z góry przez Boga prawo, którego nikt nie może zmienić, i ja również nie mogłabym zmienić tego faktu, nawet gdybym zawsze była przy nim. Przecież nie dotyczy to tylko mojego taty. Od momentu narodzin wszyscy jesteśmy przeznaczeni do tego, by pewnego dnia opuścić ten świat. Różni się tylko czas i sposób, w jaki każdy z nas odchodzi. Niektórzy umierają ze starości, inni toną, a jeszcze inni umierają z powodu nagłej choroby. Są to rzeczy, których nikt nie jest w stanie przewidzieć ani im zapobiec. Wszystko to Bóg ustanowił z góry. Powinniśmy podporządkować się suwerennej władzy Boga i właściwie traktować życie i śmierć. Uświadomienie sobie tego przyniosło mojemu sercu pewien spokój i stopniowo byłam w stanie wyciszyć serce i wykonywać swoje obowiązki.

W październiku 2022 roku dowiedziałam się od pewnej siostry z moich rodzinnych stron, że moja mama również zmarła kilka lat wcześniej. Miałam złamane serce. Przypomniałam sobie, o co zapytała mnie mama, kiedy opuszczałam kraj: „Moja droga córeczko, czy to możliwe, że już nigdy cię nie zobaczę przed śmiercią?”. Nigdy nie przypuszczałam, że te słowa staną się rzeczywistością. Chociaż po śmierci taty przeczytałam trochę słów Bożych o tym, jak traktować śmierć, i potrafiłam zaakceptować ich odejście, to uczucie, że „Dziecko pragnie odwdzięczyć się opieką, lecz rodziców już nie ma”, stawało się coraz silniejsze. Poczucie winy, jakie miałam wobec rodziców, było jak nierozwiązywalny węzeł w moim sercu. Zwłąszcza kiedy myślałam o tym, że nie było mnie przy nich, by się nimi zaopiekować, gdy byli chorzy, czułam się tak winna, mimo że niewiele mogłabym zrobić. Może nawet sama obecność przy nich i czytanie im słów Bożych mogłoby choć trochę złagodzić ich samotność i ból. Ale odeszli, zanim miałam szansę naprawdę dobrze się nimi zaopiekować, i nie dane im było zobaczyć mnie po raz ostatni przed śmiercią. Nie byłam z rodzicami, kiedy umierali, więc moi krewni z pewnością nazwą mnie wyrodną córką i powiedzą, że moi rodzice zmarnowali na mnie swoją miłość. Im więcej o tym myślałam, tym bardziej czułam się nieszczęśliwa. Wspomnienia odtwarzały się w moim umyśle jedno po drugim, jak film. W tamtym czasie kręciliśmy film. Były dwa proste ujęcia, w których po prostu nie potrafiłam wczuć się w rolę, i w końcu musieliśmy przerwać zdjęcia. Bracia i siostry zauważyli, że mój stan jest niewłaściwy, i przypomnieli mi: „Taka scena nie powinna być dla ciebie trudna. Poświęć trochę czasu na skorygowanie swojego stanu i spróbujemy ponownie później”. W tamtym okresie odejście moich rodziców stało się rzeczą, która najbardziej raniła moje serce. Czasami widok braci i sióstr, którzy byli mniej więcej w wieku moich rodziców, sprawiał, że o nich myślałam. Moje serce bolało i mimowolnie zaczynałam płakać. Nawet śniłam o nich i budziłam się z płaczem w środku nocy. Potem leżałam przez wiele godzin, nie mogąc zasnąć, a ich twarze i głosy wciąż pojawiały się w mojej głowie i czułam, że tak wiele jestem im dłużna. Ten żal ciążył na moim sercu jak ciężki kamień, aż pewnego dnia Bóg omówił prawdę o okazywaniu rodzicom szacuku i oddania i w moim sercu wreszcie zapanowała jasność.

Bóg Wszechmogący mówi: „Niektórzy rodzice dostąpili błogosławieństwa i przeznaczenia, które pozwala im cieszyć się szczęściem rodzinnym i domem pełnym dzieci i wnuków. To Boża suwerenna władza i błogosławieństwo, jakiego Bóg im udziela. Są także rodzice, którym nie jest to pisane – Bóg tego dla nich nie zaaranżował. Nie dostąpili błogosławieństwa posiadania szczęśliwej rodziny ani radości z towarzystwa ich dzieci. Jest to Boże rozporządzenie i ludzie nie mogą tego wymusić. Bez względu na wszystko, ostatecznie jeśli chodzi o oddanie rodzicom, człowiek musi przynajmniej przyjąć postawę podporządkowania się. Jeżeli pozwalają na to warunki, a ty masz ku temu środki, możesz okazać swoim rodzicom szacunek. Jeśli warunki na to nie pozwalają i nie masz wystarczających środków, to nie próbuj tego robić na siłę. To jest podporządkowanie się. Skąd ono się bierze? Co stanowi jego fundament? Składają się nań wszystkie te rzeczy, które zostały zarządzone przez Boga i nad którymi sprawuje On władzę suwerenną(Czym jest prawdorzeczywistość? w: Słowo, t. 3, Rozmowy Chrystusa dni ostatecznych). „Jeśli prawdziwie wierzysz, że wszystko jest w rękach Boga, to powinieneś również wierzyć, że to, ile trudów znoszą twoi rodzice i jak wiele szczęścia doświadczają przez całe życie, jest w rękach Boga. To, czy jesteś dla nich dobrym dzieckiem, niczego tu nie zmieni – twoi rodzice nie będą wskutek tego cierpieć mniej, ani nie będą też cierpieć bardziej. Bóg już dawno temu przesądził o ich losie i nie zmieni tego ani twoje nastawienie do nich ani głębia uczuć, jakie są między tobą a twoimi rodzicami. Oni mają swój własny los. Niewiele ma wspólnego z tobą to, czy są bogaci, czy biedni przez całe życie, czy im się układa dobrze, czy źle, na jakim poziomie żyją, jakimi cieszą się korzyściami materialnymi, jaki mają status społeczny i w jakich warunkach żyją. (…) większość ludzi decyduje się opuścić dom, by wykonywać obowiązek, po pierwsze z powodu szerszych obiektywnych okoliczności, które wymagają, żeby opuścili rodziców, i przez które nie są w stanie zostać u boku rodziców, by dotrzymywać im towarzystwa i się nimi opiekować. Nie jest tak, że z ochotą postanawiają opuścić rodziców. To pierwszy obiektywny powód. Po drugie, patrząc subiektywnie, podejmujesz się wykonywania obowiązku nie dlatego, że chcesz uchylić się od odpowiedzialności wobec swoich rodziców, ale dlatego, że Bóg cię wezwał. Aby współpracować z dziełem Boga, przyjąć Jego wezwanie i wypełniać obowiązek istoty stworzonej, nie miałeś wyboru i musiałeś opuścić rodziców; nie mogłeś zostać przy nich, towarzyszyć im i się nimi opiekować. Nie opuściłeś ich, żeby uchylić się od odpowiedzialności, zgadza się? Porzucenie ich, by uchylić się od odpowiedzialności, a przymusowe opuszczenie ich, by przyjąć wezwanie Boga i wykonywać obowiązek – czyż nie ma tu różnicy pod względem natury? (Jest). Martwisz się o swoich rodziców i tęsknisz za nimi; twoje uczucia nie są puste. Jeśli obiektywne okoliczności by na to pozwalały i byłbyś w stanie być przy nich, a jednocześnie wykonywać swój obowiązek, to byłbyś skłonny dotrzymywać im towarzystwa, otaczać ich opieką i wziąć na siebie tę odpowiedzialność. Ale z powodu obiektywnych okoliczności musisz ich opuścić i nie jesteś w stanie pozostać z nimi. To nie tak, że nie chcesz brać na siebie tej odpowiedzialności – po prostu nie jesteś w stanie. Czyż nie jest to coś innego pod względem natury? (Jest). Gdybyś opuścił dom, by uchylić się od obowiązków dziecka względem rodziców, byłoby to wyrodne i pozbawione człowieczeństwa. Twoi rodzice cię wychowali, a ty nie możesz się doczekać, by rozwinąć skrzydła i szybko pójść na swoje. Nie chcesz widywać swoich rodziców i nie obchodzi cię, że mają jakieś trudności. Nawet jeśli jesteś w stanie pomóc, nie robisz tego; udajesz, że nic nie wiesz, i nie przejmujesz się tym, co mówią o tobie inni – po prostu uchylasz się od odpowiedzialności. To jest wyrodne. Ale czy tak się sprawy mają w tym przypadku? (Nie). Wielu ludzi opuściło swoją gminę, miasto, prowincję, a nawet kraj, aby wypełniać obowiązki; mieszkają z dala od swoich rodzinnych miejscowości. Ponadto z wielu powodów kontaktowanie się z rodziną jest dla nich niedogodnością. Czasami pytają o sytuację swoich rodziców ludzi pochodzących z tej samej miejscowości i czują ulgę, słysząc, że ich rodzice są zdrowi i dobrze sobie radzą. Tak naprawdę nie jesteś wyrodnym dzieckiem. Nie jest tak, że nie masz człowieczeństwa w takim stopniu, że wcale nie chcesz opiekować się swoimi rodzicami ani wypełniać swoich powinności względem nich. Z różnych obiektywnych przyczyn nie możesz spełnić swojej powinności – nie oznacza to, że jesteś wyrodnym dzieckiem(Jak dążyć do prawdy (16), w: Słowo, t. 6, O dążeniu do prawdy). Słowa Boże pomogły mi zrozumieć, że to, czy rodzice mogą cieszyć się synowską opieką swoich dzieci, zależy od tego, co Bóg z góry ustanowił. Każdy ma nadzieję, że będzie miał dzieci u swego boku i spędzi jesień życia w otoczeniu dzieci i wnuków. Ale niektórzy rodzice rzeczywiście mogą cieszyć się towarzystwem i opieką swoich dzieci i mają je przy sobie, gdy odchodzą, podczas gdy w innych przypadkach dzieci z różnych powodów, takich jak praca czy małżeństwo, nie mogą być przy nich, by się nimi zaopiekować, a rodzice spędzają starość w samotności. Takie jest przeznaczenie, które Bóg wyznacza każdemu. Nikt nie może tego wymusić i nikt nie może tego zmienić. Przeznaczeniem moich rodziców było to, że nie mogłam być przy nich, by się nimi zaopiekować przed ich śmiercią, a ja powinnam podporządkować się Bożym rozporządzeniom. Ponieważ jednak nie rozumiałam prawdy w tym względzie, nieustannie przepełniał mnie żal i smutek z powodu tego, że nie było mnie przy nich. Myślałam nawet, że gdybym mogła cofnąć czas, zostałabym u ich boku i nigdy bym nie wyjechała. Wierzyłam, że gdybym była przy nich, by się nimi opiekować, gdy byli poważnie chorzy i odchodzili, mogłabym złagodzić ich ból. Tak niewiele wiedziałam! Jestem tylko istotą stworzoną; nie mam absolutnie żadnej mocy, by zmienić przeznaczenie moich rodziców. Niektórzy rodzice cieszą się opieką swoich dzieci, ale wciąż cierpią z powodu ciągłych chorób, codziennie biorą leki i żyją w nędzy. Inni rodzice są zdrowi, potrafią o siebie zadbać i żyją całkiem dobrze, mimo że ich dzieci nie ma w pobliżu. Pomyślałam o mojej babci. Mój tata opiekował się nią tak troskliwie, ale to ani trochę nie złagodziło bólu jej choroby i w końcu i tak zmarła na skutek swojej dolegliwości. Potem pomyślałam o chorobach, na które zapadli moi rodzice, i o sposobie, w jaki zmarli – wszystko to zostało już dawno temu ustanowione z góry przez Boga. Nawet gdybym tam była, nie cierpieliby mniej, a moja opieka nie przedłużyłaby ich życia ani o sekundę. Jednocześnie zrozumiałam również różnicę między byciem dobrym a wyrodnym dzieckiem: jeśli okoliczności na to pozwalają, ale dzieci uchylają się od swoich obowiązków i ignorują rodziców, gdy ci są chorzy lub w tarapatach, to jest to postawa niesynowska. Ale jeśli nie możesz opiekować się rodzicami z powodu obiektywnych okoliczności, na które nie masz wpływu, nie oznacza to braku człowieczeństwa ani bycia wyrodnym dzieckiem. Kiedy byłam w domu, robiłam, co mogłam, by odciążyć rodziców. To nie tak, że nie chciałam okazywać im szacunku i oddania; musiałam uciekać za granicę z powodu prześladowań ze strony KPCh. Było to spowodowane obiektywnymi okolicznościami, które mnie do tego zmusiły; to nie tak, że byłam wyrodną córką. Zrozumienie tego przyniosło mojemu sercu wiele światła i przestałam obwiniać się i smucić z powodu tego, że nie opiekowałam się rodzicami.

Później zastanawiałam się: „Dlaczego zawsze czułam, że tak wiele zawdzięczam moim rodzicom?”. Poszukując, przeczytałam słowa Boże: „Wydawać by się mogło się, że przyszedłeś na świat za sprawą swoich rodziców i że to oni obdarzyli cię życiem cielesnym. Jednak z perspektywy Boga i biorąc pod uwagę istotę tej sprawy, twoje życie cielesne nie pochodzi od twoich rodziców, bo ludzie nie są w stanie stworzyć życia. Mówiąc wprost, nikt nie potrafi stworzyć ludzkiego tchnienia. Ciało ludzkie może stać się człowiekiem, ponieważ jest w nim tchnienie. Życie człowieka jest tym tchnieniem, po tym poznaje się, że człowiek żyje. Ludzie mają to tchnienie i życie, a źródłem tego tchnienia i życia wcale nie są ich rodzice, nie pochodzą one od nich. Ludzie wprawdzie przyszli na świat za sprawą swoich rodziców, ale w gruncie rzeczy zadecydował o tym Bóg, jest to Boże zarządzenie. Toteż twoi rodzice nie są panami twojego życia – Panem twojego życia jest Bóg. Bóg stworzył ludzkość, On jest stwórcą życia ludzkości i to On obdarzył ludzkość tchnieniem, które jest źródłem ludzkiego życia. Czy zatem nie jest łatwo pojąć, że rodzice nie są panami twojego życia? Twoje tchnienie nie zostało ci dane przez twoich rodziców, nie mówiąc już o tym, że trwanie tego tchnienia w czasie również nie jest darem od twoich rodziców. Bóg czuwa i sprawuje suwerenną władzę nad każdym dniem twojego życia. Twoi rodzice nie mogą decydować o tym, jak potoczy się każdy dzień twojego życia, czy potoczy się gładko i szczęśliwie, kogo spotkasz i w jakim środowisku będziesz żyć. Jest po prostu tak, że Bóg opiekuje się tobą za pośrednictwem twoich rodziców – są oni ludźmi, których Bóg posłał, by się tobą opiekowali. Gdy przyszedłeś na świat, to nie twoi rodzice obdarzyli cię życiem, czy zatem to dzięki twoim rodzicom mogłeś cieszyć się darem życia przez kolejne lata aż do dziś? Otóż nie. Źródłem twojego życia niezmiennie pozostaje Bóg, a nie twoi rodzice(Jak dążyć do prawdy (17), w: Słowo, t. 6, O dążeniu do prawdy). „Bóg wybiera dla ciebie rodzinę; pochodzenie twojej rodziny, twoi rodzice, twoi przodkowie – o wszystkim tym Bóg decyduje zawczasu. Toteż Bóg nie podejmuje tych decyzji pod wpływem kaprysu; przeciwnie, rozpoczął On to dzieło dawno temu. Gdy Bóg wybierze dla ciebie rodzinę, wybiera również dzień, w którym się urodzisz. Następnie Bóg patrzy, jak z krzykiem przychodzisz na świat, obserwuje twoje narodziny, patrzy, jak uczysz się gaworzyć, obserwuje, jak potykając się, krok po kroku uczysz się chodzić. Teraz potrafisz już biegać, skakać, umiesz mówić i wyrażać swoje uczucia… Gdy ludzie dorastają, szatan skupia wzrok na każdym z nich, jak tygrys obserwujący ofiarę. Jednakże Bóg, gdy wykonuje swoje dzieło, nigdy nie doświadczył ograniczeń ze strony jakichkolwiek ludzi, wydarzeń czy spraw, przestrzeni czy czasu; robi to, co powinien, i robi to, co zamierza. W procesie dorastania możesz napotkać wiele niepożądanych rzeczy, na przykład chorobę lub inne trudności. Ale kiedy podążasz tą ścieżką, twoje życie i twoja przyszłość są pod ścisłą Bożą opieką. Bóg daje ci prawdziwą gwarancję na całe twoje życie, ponieważ On jest tuż obok ciebie, chroniąc cię i troszcząc się o ciebie(Sam Bóg, Jedyny VI, w: Słowo, t. 2, O poznaniu Boga). „Wszystko, co Bóg robi dla każdego człowieka, jest ponad wszelką wątpliwość; On prowadzi wszystkich za rękę, nieustannie troszczy się o ciebie i nigdy cię nie opuścił. Czy możemy powiedzieć, że w miarę jak ludzie dorastają w tego rodzaju środowisku i w takich warunkach, to faktycznie dorastają w dłoni Boga? (Możemy)” (Sam Bóg, Jedyny VI, w: Słowo, t. 2, O poznaniu Boga). Głównym powodem, dla którego czułam się dłużniczką moich rodziców, było to, że wierzyłam, iż dali mi życie, wychowali mnie i opiekowali się mną, więc musiałam okazywać im szacunek i oddanie. Myślałam, że gdybym tego nie robiła, zawiodłabym ich, nie odwdzięczając się za dobroć, z jaką mnie wychowali, i byłabym wyrodną córką. Ze słów Bożych zrozumiałam, że moje życie pochodzi od Boga. Bóg zapewnia każdemu światło słoneczne, deszcz, powietrze i samo tchnienie życia. Gdyby Bóg zabrał którąkolwiek z tych rzeczy, nie mogłabym przetrwać. Zanim jeszcze przyszłam na ten świat, Bóg już wybrał moich rodziców i rodzinę oraz ustanowił z góry środowisko, w którym miała dorastać. Od dzieciństwa do dorosłości, przez małżeństwo i posiadanie dzieci, Bóg był u mojego boku, czuwając nade mną na każdym kroku. Moi rodzice po prostu wydali mnie na świat i wypełnili swój obowiązek opieki nade mną, ale nie mieli żadnej kontroli nad moim życiem. Na przykład, kiedy miałam osiemnaście lat, zatrułam się tlenkiem węgla, ponieważ nie wiedziałam, jak palić węglem, i zemdlałam. Moich rodziców nie było w domu, a to sąsiad wyniósł mnie na zewnątrz i zanim przyjechała karetka, już zaczynałam odzyskiwać przytomność. Gdyby nie Boża opieka i ochrona, już dawno bym nie żyła. Uświadomienie sobie tego przyniosło mojemu sercu światło. Wszystko, co mam, pochodzi od Boga, i to przede wszystkim za Bożą miłość powinnam się odwdzięczyć. Zdałam sobie również sprawę, że główną przyczyną mojego bólu było to, że nie przejrzałam cielesnych uczuć rodzinnych. W rzeczywistości w sferze duchowej rodzice i dzieci są oddzielnymi jednostkami, których nie łączą żadne relacje. Po prostu Bóg nie chce, aby ludzie żyli na tym świecie w samotności, więc ustanawia dla nas rodziny, rodziców i dzieci. Kiedy człowiek umiera, ta cielesna relacja znika. A ja nie jestem tylko córką moich rodziców; jestem istotą stworzoną. Wypełnianie obowiązku istoty stworzonej jest moją odpowiedzialnością i moją misją. Zrozumienie tej prawdy sprawiło, że w sercu poczułam się znacznie bardziej wyzwolona.

Później przeczytałam więcej słów Bożych i zyskałam pewne rozeznanie co do tradycyjnej idei kulturowej: „Synowskie oddanie jest najważniejszą z cnót”. Bóg mówi: „Z powodu uwarunkowań tradycyjnej kultury chińskiej, zgodnie ze swoimi tradycyjnymi pojęciami Chińczycy wierzą, że każdy jest zobowiązany do synowskiej nabożności względem swoich rodziców i że każdy, kto tego obowiązku nie przestrzega, jest zbuntowanym dzieckiem. Takie idee wpaja się ludziom od dziecka, są one nauczane w praktycznie każdym domu, w każdej szkole i w całym społeczeństwie. Kiedy ludzie mają głowy pełne takich twierdzeń, wówczas myślą: »Synowska nabożność jest najważniejsza. Gdybym był wyrodnym dzieckiem, to nie byłbym dobrym człowiekiem; byłbym dzieckiem zbuntowanym, zostałbym potępiony przez opinię publiczną. Byłbym kimś pozbawionym sumienia«. Czy taki pogląd jest właściwy? Ludzie widzieli tak wiele prawd wyrażonych przez Boga – czy Bóg wymagał, aby okazywali synowską nabożność swoim rodzicom? Czy jest to jedna z prawd, które wierzący w Boga muszą zrozumieć? Nie. Bóg jedynie omawiał niektóre zasady. (…) Szatan wykorzystuje te tradycyjne kultury i te pojęcia dotyczące moralności, by spętać twoje serce i twój umysł, sprawiając, że twoje zapatrywania na różne rzeczy stają się niedorzeczne, a ty w swoim sercu wypierasz się Boga i sprzeciwiasz się Mu, przez co nie jesteś w stanie przyjąć słów Bożych; zostałeś omotany przez te rzeczy szatańskie i stałeś się niezdolny do przyjęcia słów Bożych. Jeśli chcesz praktykować słowa Boże, rzeczy te będą dawać o sobie znać i zaburzać twój wewnętrzny stan, sprawiając, że będziesz opierać się prawdzie i Bożym wymaganiom. Nawet jeśli będziesz chciał zrzucić z siebie jarzmo tradycyjnej kultury, będziesz bezsilny. Po jakimś czasie zmagań pójdziesz na kompromis. Uwierzysz, że tradycyjne pojęcia dotyczące moralności są słuszne i zgodne z prawdą, a zatem odrzucisz słowa Boże lub w nie zwątpisz, nie przyjmując ich jako prawdy i nie dbając o to, czy możesz dostąpić zbawienia, czując, że przecież wciąż żyjesz na tym świecie i możesz iść naprzód w życiu, jedynie polegając na tych rzeczach. Nie mogąc znieść potępienia ze strony opinii publicznej, zdecydujesz się porzucić prawdę i słowa Boże, a zamiast tego będziesz kurczowo trzymać się wytworzonych przez tradycyjną kulturę pojęć dotyczących moralności, przechodząc na stronę szatana i stając u jego boku, woląc raczej obrazić Boga niż przyjąć prawdę. Powiedzcie Mi: czyż człowiek nie jest godny politowania? Czyż nie potrzebuje Bożego zbawienia? Niektórzy ludzie wierzą w Boga od wielu lat, ale wciąż nie potrafią przejrzeć na wylot kwestii synowskiego oddania. Bez względu na to, jak omawiana jest prawda, nie potrafią jej zrozumieć. Nigdy nie potrafią przezwyciężyć tej doczesnej relacji; nie mają odwagi ani wiary, a tym bardziej determinacji, więc nie potrafią kochać Boga ani się Mu podporządkować(Naprawdę zmienić się można tylko wtedy, gdy pozna się swoje błędne poglądy, w: Słowo, t. 3, Rozmowy Chrystusa dni ostatecznych). Dzięki temu, co obnażyły słowa Boże, uświadomiłam sobie, że czułam się dłużniczką moich rodziców głównie dlatego, że przyjęłam idee takie jak „Synowskie oddanie jest najważniejszą z cnót” oraz „Wyrodne dziecko jest gorsze od zwierzęcia” jako moje zasady postępowania. Myślałam, że tylko dzieci okazujące szacunek i oddanie mają sumienie i człowieczeństwo, ale ten pogląd w ogóle nie jest zgodny z prawdą. Pomyślałam o świętych na przestrzeni dziejów, którzy porzucili swoich rodziców i rodziny, by podążać za Bogiem i krzewić Jego ewangelię. Rzeczy, których dokonali, były najbardziej sprawiedliwymi uczynkami ludzkości i są pochwalane oraz zapamiętane przez Boga. Ale ja zostałam skażona i uwarunkowana przez tradycyjną kulturę i traktowałam szacunek i oddanie wobec rodziców jako coś najważniejszego. Wyjazd za granicę, by wykonywać moje obowiązki jako istota stworzona i wnosić swój wkład w szerzenie ewangelii królestwa, jest ewidentnie czymś pozytywnym, a jednak, ponieważ nie opiekowałam się rodzicami, uważałam się za niewdzięcznicę i wyrodną córkę. Moje sumienie często mnie ganiło, a nawet żałowałam, że tak wcześnie wyjechałam z domu, by wykonywać swoje obowiązki. Zobaczyłam, jak te tradycyjne pojęcia kulturowe całkowicie wypaczyły moje poczucie tego, co słuszne i niesłuszne. Jestem istotą stworzoną i to, że dobrze wykonuję swoje obowiązki, jest całkowicie naturalne i uzasadnione. A mimo to po usłyszeniu, że moi rodzice zmarli, ugrzęzłam w poczuciu winy. Byłam nieobecna duchem podczas wykonywania obowiązków, przed kamerą nie potrafiłam wczuć się w rolę i nie mialam żadnego poczucia winy w związku z opóźnianiem postępów w pracy nad filmem. To był prawdziwy brak sumienia! W rzeczywistości odejście moich rodziców było bardzo normalną rzeczą. Każdy doświadcza narodzin, starzenia się, choroby i śmierci. Ja jednak tkwiłam w stanie przygnębienia i nie potrafiłam się z niego wyrwać, co było cichym narzekaniem na Boga. Dopiero wtedy wyraźnie dostrzegłam, że tradycyjna kultura jest wrogiem Boga. Jest trucizną. Życie według niej sprawiłoby tylko, że stałabym się bardziej buntownicza i oporna wobec Boga. Uświadomiwszy to sobie, zrozumiałam, jak cenne są te prawdy wyrażone przez Boga. Tylko prawda może mnie uwolnić od szatańskich więzów i krzywd. Potem pomodliłam się do Boga: „Boże, zostałam tak głęboko skażona przez szatana. Byłam spętana i związana błędną ideą, że »Synowskie oddanie jest najważniejszą z cnót«. Utknęłam w stanie poczucia winy wobec moich rodziców, niezdolna do szczerego wykonywania swoich obowiązków. Teraz rozumiem, że to jedna z szatańskich sztuczek, mająca na celu deprawowanie ludzi. Od teraz pragnę patrzeć na ludzi i sprawy zgodnie z Twoimi słowami, szukać prawdy we wszystkich kwestiach i trzymać się mocno mojego obowiązku”.

Teraz odejście moich rodziców już na mnie nie wpływa. Cały swój czas i energię poświęcam na wykonywanie swoich obowiązków. Starannie analizuję każdą graną przez siebie rolę i nie pozwalam już, by mój osobisty stan lub moje uczucia przeszkadzały mi w wykonywaniu obowiązków. Chociaż doświadczenie odejścia moich rodziców było bardzo bolesne, zrozumiałam pewne prawdy. Dla mnie była to Boża łaska i zbawienie od Boga. Dzięki Bogu!

Obecnie zdarzały się różne rzadkie katastrofy, a według Biblii w przyszłości będą jeszcze większe. Jak więc zyskać Bożą ochronę podczas wielkiej katastrofy? Skontaktuj się z nami, a pomożemy Ci znaleźć drogę.

Powiązane treści

Zamieść odpowiedź

Połącz się z nami w Messengerze