Refleksje w czasie choroby

30 marca 2022

Autorstwa Shiji, Stany Zjednoczone

Byłam słaba i chorowita już od dziecka. Mama mówiła, że urodziłam się za wcześnie i chorowałam już w niemowlęctwie. Gdy zostałam chrześcijanką, moje zdrowie zaczęło się poprawiać. Przez siedem lat ani razu nie byłam w szpitalu i nie musiałam brać żadnych leków. Byłam bardzo wdzięczna Bogu. W roku 2001 przyjęłam dzieło Boga Wszechmogącego w dniach ostatecznych. Rozpierała mnie radość, że mogą powitać Pana, i czułam się pobłogosławiona. Porzuciłam pracę i zaczęłam głosić ewangelię i spełniać obowiązek. Miałam mnóstwo energii, podróżowałam w ramach obowiązków i wkładałam w to całe serce. Kilka razy ledwo uniknęłam aresztowania, polegałam na Bogu i nigdy się nie poddawałam. Dużo ryzykowałam, oferując wsparcie braciom i siostrom, czasem nawet wybierałam się w góry, szłam przez pięć albo sześć godzin bez przerwy. W niektórych miejscach nie było nawet czystej wody do picia, ale nie czułam, żeby to był jakiś wielki kłopot. Czułam, że poświęcając się w ten sposób, na pewno zyskam Bożą aprobatę i błogosławieństwa.

W 2015 roku, krótko po wyjeździe za granicę. Czułam się coraz gorzej. Czasem w nocy budziłam się zlana potem. Zaczęłam panikować i trudno mi się było skupić. Wzięłam jakiś chiński lek, poszłam na akupunkturę, ale nic nie pomogło. Najpierw to bagatelizowałam i uznałam, że moje zdrowie jest w rękach Boga, o ile będę dobrze spełniać obowiązek, On będzie czuwał nade mną i mnie chronił. Ale z zaskoczeniem stwierdzałam, że moje zdrowie podupada. W lipcu 2016 roku zaczęłam odczuwać ból w szyi po jednej stronie, a jakiś miesiąc później było już tak źle, że na jednym z wieczornych zgromadzeń nie byłam w stanie mówić. Czułam się wyczerpana, moim ciałem wstrząsały dreszcze. Zmierzyłam sobie gorączkę, miałam ponad 39 stopni. Zażyłam coś przeciwgorączkowego i przeciwzapalnego, ale nic to nie dało. Później dostawałam gorączki każdego wieczora, w środku nocy leżałam już cała zlana potem. Byłam w takiej agonii, że nie mogłam zmrużyć oka przez całą noc. Jedna z sióstr powiedziała, żebym się zbadała, przytaknęłam, ale myślałam że wyzdrowieję. Tak ciężko pracowałam i spełniałam obowiązek przez lata, więc liczyłam na to, że Bóg mnie ochroni, a nawet jeśli byłam na coś chora, nie mogło to być nic poważnego. Minęło kilka tygodni, gorączka nie ustępowała ani na chwilę, schudłam prawie 5 kg, a moja szyja była spuchnięta. Cały dzień kręciło mi się w głowie i byłam słaba, moje serce biło nierówno i bardzo szybko, ręce mi się trzęsły. W pewnym momencie nie mogłam już tego wytrzymać i jedna z sióstr zabrała mnie na pogotowie. Wokół mojego łóżka zebrało się kilku lekarzy, miny mieli grobowe. Zastanawiałam się, czy ta moja choroba to rzeczywiście coś poważnego. Powiedział, że wstępna diagnoza to zapalenie i nadaczynność tarczycy i że powinnam od razu trafić do szpitala. Powiedział też, że ta gula na mojej szyi to może być guz. Chcieli poczekać, aż spadnie mi temperatura, i wtedy pobrać tkanki do badania. Miałam poza tym objawy przełomu tarczycowego, co mogło zagrażać życiu. Lekarz powiedział mi bardzo rzeczowo: „Jeśli jeszcze raz tak późno się pani zgłosi, czy wie pani, jak poważne będą konsekwencje?”. Miał wyjątkowo poważny wyraz twarzy. Gdy to ułyszałam, ręce mi opadły i pomyślałam: „Oddałam wszystko, by działać dla Boga i spełniac obowiązek. Sporo przy tym wycierpiałam. On powinien mnie chronić i czuwać nade mną. Jakim sposobem mogę mieć guza?”. W tamtym czasie modliłam się i poszukiwałam, teoretycznie wiedziałam, że powinnam poddać się władzy i planom Boga, ale w głębi serca liczyłam na Bożą ochronę i na to, że Bóg szybko uwolni mnie od choroby.

Nie poprawiało mi się jednak i co chwilę podskakiwała mi temperatura, czasami miałam nawet 40 stopni, byłam zdezorientowana. W nocy zalewały mnie poty, moje koce i kołdry były całe mokre. Każdego ranka w pierwszej kolejności szłam pod prysznic i suszyłam pościel. Dłonie tak bardzo mi się trzęsły, że nie byłam w stanie utrzymać pałeczek. Przez nieustającą gorączkę raz w tygodniu lądowałam w szpitalu, a jednego dnia lekarz powiedział mi z rezygnacją: „Czegoś takiego jeszcze nie widziałem”. Mógł jedynie zwiększyć mi dawki hormonów. Tyle tylko był w stanie zrobić. Przez te hormony wystąpiły u mnie dość oczywiste skutki uboczne. Spuchła mi twarz i całe ciało, bolały mnie nogi. To była dla mnie naprawdę droga przez mękę. W tamtym czasie nie miałam już w sobie wiary, zastanawiałam się, czy czeka mnie już tylko śmierć. Po jakimś czasie przywódca zobaczył, w jakim jestem stanie, i tymczasowo odsunął mnie od obowiązków podlewania, żebym podreperowała zdrowie. Wiedziałam, że braciom i siostrom zależy na moim dobru, ale to było dla mnie trudne. Jeśli nie mogłam już spełniać obowiązku, czy to znaczyło, że zostanę wyeliminowana?

Tej nocy znowu dostałam gorączki, siedziałam, wpatrując się w pusty pokój, całkiem sama, i nagle poczułam się samotna i wyzbyta wszelkiej nadziei. Pomyślałam: „Czy ja tu naprawdę umrę?”. Myślałam o moim synu i mojej mamie. Nie wiedziałam, czy jeszcze ich zobaczę przed śmiercią. To było jak śmierć za życia. Nie mogłam wrócić do domu ani spełniać obowiązku. Czułam się tak, jakby Bóg mnie nie chciał. Tyle poświęciłam i wycierpiałam przez te wszystkie lata, a teraz to właśnie dostawałam w zamian? Im więcej o tym myślałam, tym podlej się czułam, zaczęłam płakać i nie mogłam przestać. Myślałam, że równie dobrze mogę już umrzeć. I wtedy, ni stąd ni zowąd, to słowo zakołatało mi głowie: Opór! Nie mogłam się od niego uwolnić, wciąż je słyszałam, i wtedy przypomniały mi się słowa Boga: „Jeżeli człowiek ma negatywne podejście do losu, dowodzi to, że sprzeciwia się on wszystkiemu, co Bóg dla niego zaaranżował, że nie ma postawy uległości” („Sam Bóg, Jedyny (III)” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Słowa Boga obudziły moje serce ze stanu kompletnego odrętwienia. Pomyślałam, że stawiałam Bogu tyle żądań od momentu, gdy zachorowałam. Czułam, że Bóg powinien mnie chronić, bo porzuciłam dom i pracę na rzecz obowiązku. Gdy odkryłam, jak poważny jest mój stan i że mogę nawet umrzeć, poczułam, że nie mam już przyszłości ani przeznaczenia. Żałowałam wszystkich lat ciężkiej pracy i nawet chciałam umrzeć, żeby położyć temu kres. Czy to wszystko nie było oporem wobec Boga? Czy byłam posłuszna Bogu? To było jak budzik, który wyrwał mnie ze snu. Ukłękłam przed Bogiem i modliłam się ze łzami: „Boże, myliłam się! Źle Cię rozumiałam, nie powinnam była narzekać ani się Tobie opierać. Ale cierpię tak bardzo i jestem strasznie słaba. Nie wiem, jak mam przez to wszystko przejść. Poprowadź mnie, proszę”. Poczułam, że ta modlitwa nieco mnie wzmocniła. Z wysiłkiem się podniosłam i zaczęłam czytać słowa Boga. Trafiłam na ten fragment: „Jeśli zawsze byłeś wobec Mnie bardzo lojalny i kochający, lecz doświadczasz udręki, choroby i biedy, rodzina i przyjaciele porzucili cię bądź doznałeś nieszczęść, to czy twoja lojalność i miłość wobec Mnie będą trwać? Jeżeli żadne z wyobrażeń, które nosiłeś w sercu, nie będzie pasować do tego, co uczyniłem, jaką ścieżkę wybierzesz na przyszłość? Jeżeli nie otrzymujesz niczego, co miałeś nadzieję otrzymać, czy nadal możesz być Moim wyznawcą?” („Bardzo poważny problem: zdrada (2)” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Te słowa Boga sprawiły mi ogromny ból. Myślałam o tym, że już wiele razy czytałam ten fragment i uroczyście przyrzekałam, że będę wytrwale podążała za Bogiem aż do końca, że nigdy Go nie zdradzę, choćby nie wiem co. Ale gdy dopadła mnie choroba, prawdziwa natura mojej wiary została obnażona i uświadomiłam sobie, że przez te wszystkie lata nigdy nie byłam szczera z Bogiem i nie miłowałam Go. Gdy nie spełniło się moje pragnienie bezpieczeństwa, gdy nadzieje na błogosławieństwa wzięły w łeb, zaczęłam opacznie rozumieć Boga i winić Go, chciałam umrzeć, by Mu się przeciwstawić. Dostrzegłam, że poświęcałam się tylko ze względu na samą siebie i błogosławieństwa. Targowałam się z Bogiem. Byłam taka niepokorna! Każdy mój oddech to dar od Boga, bo jestem istotą stworzoną, dlatego powinnam poddać się Jego władzy i planom. Jakim prawem mogłam żądać czegokolwiek od Boga i się z Nim targować? Na myśl o tym wypełnił mnie żal, nienawidziłam swojego braku rozsądku i braku sumienia.

Przypomniałam sobie hymn, który często śpiewaliśmy: „Teraz już nie zważam na własne perspektywy na przyszłość ani nie więzi mnie jarzmo śmierci. Z kochającym Cię sercem pragnę szukać drogi życia. Wszelkie sprawy i wszelkie rzeczy pozostają w Twoich rękach; mój los spoczywa w Twoich rękach, spoczywa w nich samo moje życie. Teraz pragnę Cię kochać i bez względu na to, czy mi na to pozwolisz i jak szatan będzie mi przeszkadzał, jestem zdeterminowany, by Cię miłować. Sam jestem gotów szukać Boga i podążać za Nim. Nawet jeśli Bóg zechce mnie opuścić, nadal będę za nim podążać. Czy On mnie pragnie, czy też nie, będę Go nadal kochał i ostatecznie muszę Go zdobyć. (…)” („Jestem zdecydowany kochać Boga” w księdze „Podążaj za Barankiem i śpiewaj nowe pieśni”). Słyszałam w głowie te słowa i w milczeniu postanowiłam, że nieważne, jaka będzie moja przyszłość i przeznaczenie i czy zyskam błogosławieństwo, będę spełniać obowiązek i nieść świadectwo o Bogu. Pomyślałam, że choć jestem chora i właściwie nie jestem w stanie opuścić domu, to mogę się udzielać online. Zaczęłam więc głosić ewangelię przez Internet i gdy już przestałam myśleć o mojej przyszłości i przeznaczeniu, cały wysiłek poświęcając obowiązkom, poczułam całkowity spokój i z powodzeniem dzieliłam się ewangelią. Po krótkim czasie zauważyłam, że moje gorączki zelżały i nie musiałam już tak często chodzić do szpitala. Później lekarz potwierdził, że mam guzek tarczycy, który nie jest złośliwy. Musiałam wciąż brać leki i chodzić na kontrole, ale byłam wdzięczna Bogu.

Tak, to prawda, zaczęłam lepiej rozumieć samą siebie, ale zepsucie i fałsz są głęboko zakorzenione, więc samo zrozumienie problemu nie wystarczy, żeby człowiek mógł się zmienić. Czekały mnie jeszcze nie lada trudy.

Dwa lub trzy miesiące później dostałam wiadomość z domu: moja mama dostała wylewu i była przykuta do łóżka. Mój syn starał się, jak mógł, żeby pożyczyć od kogoś pieniądze na leczenie. Aż mną zatrzęsło, gdy się o tym dowiedziałam. Rozbiło mnie to. Przez całe moje życie mama bardzo się o mnie troszczyła, bo byłam chorowita, bardziej niż mój brat i moja siostra. A teraz kiedy mama leżała chora w szpitalu, nie mogłam być przy niej i się nią zaopiekować. Wiedziałam, że tylko od Boga zależy, czy mama wyzdrowieje, gotowa byłam się temu poddać, ale wciąż trzymałam się kurczowo tej nadziei, że o ile będę dobrze spełniać obowiązek, to Bóg zatroszczy się o moją mamę. Naprawdę liczyłam na to, że ona wydobrzeje i że wszystko w domu się ułoży. Ale minęło kilka miesięcy i jej stan wcale się nie poprawił, a wręcz przeciwnie, lewą stronę ciała miała całkowicie sparaliżowaną i była też zdezorientowana. Chyba nie było nadziei na jej wyzdrowienie. Bardzo przez to cierpiałam. Poza tym moje problemy zdrowotne nie ustąpiły. Moim całym ciałem nieustannie wstrząsły dreszcze i drżałam przy byle przeciągu. Inni włączali klimatyzację i spali na bambusowych matach, tak było gorąco, a ja musiałam mieć kołdrę. Miałam niskie ciśnienie, 45 na 80. Miałam anemię, hipoglikemię i bolały mnie nogi. Wzrok też mi się pogorszył. Pewnego razu wróciła gorączka. Wcale mi się nie poprawiało, musiałam dalej brać leki i chodzić na kontrole, a do tego mama była w fatalnym stanie i nie wiadomo było, jak długo pożyje. Byłam przygnębiona i zniechęcona do obowiązków. W nieszczęściu modliłam się: „Boże, czuję się teraz naprawdę słaba, nie umiem zaakceptować tego położenia, w jakim mnie postawiłeś. Poprowadź mnie, bym mogła spojrzeć na to wszystko zgodnie z Twoimi słowami, bym Cię nie obwiniała, opacznie Cię rozumiejąc, bym mogła w jakimś stopniu zrozumieć swój własny stan”.

Później przeczytałam te słowa Boga: „Tylu we Mnie wierzy tylko po to, abym ich uzdrowił. Tylu we Mnie wierzy tylko po to, abym użył swej mocy, aby wypędzić nieczyste duchy z ich ciał i tak wielu wierzy we Mnie po prostu, aby otrzymać ode Mnie pokój oraz radość. Tylu wierzy we Mnie, jedynie po to, aby żądać ode Mnie większego materialnego bogactwa. Tak wielu wierzy we Mnie tylko po to, aby spędzić to życie w spokoju i być całym oraz zdrowym w świecie, który nadejdzie. Tylu wierzy we Mnie po to, aby uniknąć cierpienia piekła i otrzymać błogosławieństwa niebios. Tak wielu wierzy we Mnie tylko dla tymczasowego pocieszenia, jednak nie dąży do zdobycia niczego w tym świecie, który nadejdzie. Kiedy wylałem Mój gniew na człowieka i zabrałem całą radość oraz pokój, które niegdyś posiadał, człowiek zaczął wątpić. Kiedy ukazałem człowiekowi cierpienie piekła i odebrałem błogosławieństwa niebios, wstyd ludzki zamienił się w gniew. Kiedy człowiek poprosił Mnie, abym go uleczył, nie zważałem na niego i poczułem do niego odrazę; człowiek odszedł ode Mnie, aby zamiast tego szukać drogi złej medycyny oraz czarów. Kiedy odebrałem wszystko, czego człowiek ode Mnie żądał, wówczas wszyscy zniknęli bez śladu. Stąd mówię, że człowiek ma wiarę we Mnie, ponieważ daję zbyt wiele łaski, a także jest zbyt wiele do zyskania” („Co wiesz o wierze?” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). „Ci, którzy nie mają człowieczeństwa, nie są w stanie prawdziwie kochać Boga. Gdy środowisko jest bezpieczne lub gdy można osiągnąć zyski, są oni całkowicie posłuszni Bogu, ale gdy to, czego pragną, jest zagrożone lub ostatecznie odrzucone, natychmiast się buntują. Nawet w ciągu jednej nocy mogą przejść przemianę z uśmiechniętego, »życzliwego« człowieka w ohydnego i okrutnego zabójcę (…)” („Dzieło Boga i praktykowanie przez człowieka” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Poczułam ogromny wstyd, gdy to przeczytałam. Ten Boży sąd zupełnie obnażył moje podłe pobudki, czyli dążenie do błogosławieństw w mojej wierze. Od początku chciałam cieszyć się dobrym zdrowiem i mieć szczęśliwą rodzinę w zamian za moją wiarę. Gdy otrzymywałam łaskę i błogosławieństwo od Boga, gdy byłam zdrowa, to poświęcałam wszystko na rzecz Boga. Ale kiedy zachorowałam i moją mamę też dopadły problemy zdrowotne, skarżyłam się Bogu, wycofałam się, wpadłam w negatywny stan. Nie dbałam już o dobre spełnianie obowiązków. Co to była za wiara? Czy nie wykorzystywałam Boga, żeby zaspokoić pragnienie błogosławieństw? Bóg dużo mi ofiarował i gdyby nie Boże zbawienie, to nie dotarłabym aż tak daleko. Nawet jeśli ktoś jest niewierzący, to mając sumienie potrafi być wdzięczny za przysługę, a ja czerpałam z Bożego pokarmu i podlewania tyle lat, nie dając nic w zamian, cieszyłam się Jego łaską, ale nie miałam dla Niego ani krzty wdzięczności. Nie podchodziłam do obowiązków szczerze, ale traktowałam Boga jak róg obfitości, chcąc tylko Jego łaski i błogosławieństw. Zrozumiałam, że brakuje mi sumienia i rozumu, które każdy powinien mieć. Byłam samolubna, podła, chciwa i małostkowa! Ta myśl sprawiła, że poczułam do siebie odrazę. Czułam się winna i dłużna, więc zaczęłam modlić się do Boga ze łzami. Powiedziałam: „Boże, teraz widzę, że wszystko, co robiłam przez lata, robiłam dla błogosławieństw. Oszukiwałam Cię, targowałam się z Tobą. To budzi Twój wstręt. Poprowadź mnie, bym pojęła przyczynę swojej pogoni za błogosławieństwami, bym mogła okazać skruchę i się zmienić”.

Szukając drogi, przeczytałam ten fragment słów Boga: „Wszyscy zepsuci ludzie żyją tylko dla siebie. Każdy myśli tylko o sobie, a diabeł łapie ostatniego – to jest podsumowanie ludzkiej natury. Ludzie wierzą w Boga dla samych siebie; rezygnują z rzeczy, ponoszą koszty na Jego rzecz i są Mu wierni – wszystko to robią dla własnego dobra. W sumie chodzi im tylko o uzyskanie błogosławieństw dla siebie. W społeczeństwie wszystko jest robione wyłącznie dla osobistej korzyści; w Boga wierzy się jedynie po to, by uzyskać błogosławieństwa. Rezygnuje się ze wszystkiego i jest się w stanie znieść wiele cierpienia właśnie po to, aby uzyskać błogosławieństwa. Wszystko to stanowi empiryczny dowód na to, że natura człowieka jest skażona” („Różnica pomiędzy zewnętrznymi zmianami a zmianami w usposobieniu” w księdze „Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). „»Każdy dba sam o siebie, a diabeł łapie ostatniego« – to jest życie i filozofia człowieka, a zarazem przedstawienie ludzkiej natury. Owe słowa stały się już naturą skażonej ludzkości, prawdziwym portretem jej szatańskiej natury, a ta szatańska natura stała się już podstawą egzystencji skażonej ludzkości; od kilku tysięcy lat aż po dzień dzisiejszy skażona ludzkość kieruje się w życiu ową trucizną szatana” („Jak obrać ścieżkę Piotra” w księdze „Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). W głębi serca zaczęłam w końcu coś rozumieć. Tak bardzo zależało mi na błogosławieństwach, bo byłam głęboko skażona przez szatana. Żyłam według szatańskiej logiki: „Każdy dba sam o siebie, a diabeł łapie ostatniego”. We wszystkim, co robiłam, dbałam tylko o siebie. Moja wiara brała się z tego, że chciałam być zdrowa i żeby mojej rodzinie się wiodło, wszystkie moje poświęcenia i ciężka praca miały mi zapewnić dobre przeznaczenie. W momencie, gdy z wiary nie czerpałam korzyści, gdy moje nadzieje legły w gruzach, zniechęciłam się do obowiązków. To zupełnie normalne, że wraz z upływem czasu ludzie zapadają na zdrowiu i chorują. Takie jest prawo natury. Ale ja winiłam Boga, gdy zachorowałam, skarżyłam się Mu, kiedy moją mamę dopadła choroba. Byłam taka nierozsądna! Przypomniał mi się Hiob. Był prawy i dobry, niczego od Boga nigdy nie żądał. Wierzył, że wszystko, co ma, jest od Boga, że powinniśmy wychwalać Boga, gdy nam błogosławi i gdy spadają na nas nieszczęścia. Dlatego kiedy szatan kusił Hioba i kiedy z dnia na dzień utracił on swoje dzieci i cały majątek, a całe jego ciało pokryło się wrzodami, nie wypowiedział ani jednego słowa skargi, tylko wychwalał imię Boga słowami: „Jahwe dał, i Jahwe zabrał; błogosławione niech będzie imię Jahwe” (Hi 1:21). Koniec końców Hiob wytrwał przy świadectwie i upokorzył szatana. A chociaż ja przeczytałam wiele słów Boga, On wciąż nie miał miejsca w moim sercu. Moja wiara miała na celu błogosławieństwa i korzyści. Co za mierne człowieczeństwo!

Później zaczęłam się zastanawiać podczas lektury słów Boga. Jaka jest wola Boga, kryjąca się za moją chorobą? Pomogło mi kilka fragmentów słów Boga. „Oczyszczenie to najlepszy środek, za pomocą którego Bóg doskonali ludzi. Tylko ono i gorzkie próby mogą wyzwolić prawdziwą miłość do Boga w sercach ludzi. Ludzie, jeśli nie doświadczą niedostatku, są pozbawieni szczerej miłości do Boga; jeśli nie przechodzą wewnętrznej próby i nie zostają prawdziwie poddani oczyszczeniu, ich serca niezmiennie dryfować będą w zewnętrznym świecie. Jeśli zostaniesz do pewnego stopnia oczyszczony, dostrzeżesz własną słabość i problemy, zobaczysz, jak wiele ci brakuje, zrozumiesz, że nie możesz pokonać wielu napotykanych problemów, i zdasz sobie sprawę z ogromu swojego nieposłuszeństwa. Tylko w trakcie prób ludzie mogą naprawdę poznać, w jakim stanie rzeczywiście się znajdują. Próby sprawiają, że ludzie bardziej nadają się do udoskonalenia” („Tylko doświadczając oczyszczenia, człowiek może posiąść prawdziwą miłość” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). „Jeśli jednak dążysz tylko do tego, by zostać udoskonalonym przez Boga i pobłogosławionym przez Niego na samym końcu, to twój sposób postrzegania wiary w Boga nie jest czysty. Powinieneś bowiem dążyć do odkrycia tego, jak dojrzeć czyny Boga w prawdziwym życiu, jak Mu zadośćuczynić, gdy On objawia ci swoją wolę, i starać się dojść do tego, jak masz nieść świadectwo o Jego cudowności i mądrości oraz o tym, jak On cię dyscyplinuje i się z tobą rozprawia. Wszystkie te sprawy powinieneś właśnie teraz rozważać. Jeśli twoja miłość do Boga jest jedynie po to, abyś mógł mieć udział w Jego chwale po tym, gdy On cię udoskonali, to nadal jest ona niewystarczająca i nie jest w stanie spełnić Bożych wymagań. Musisz potrafić nieść świadectwo o dziele Bożym, spełniać Boże wymagania i w praktyczny sposób doświadczać dzieła, jakiego dokonuje On w ludziach. Czy będzie to ból, łzy, czy też smutek, musisz doświadczyć wszystkich tych rzeczy w swej praktyce. Mają one udoskonalić cię jako kogoś, kto niesie świadectwo o Bogu. Co takiego właściwie skłania cię teraz do tego, byś cierpiał i dążył do doskonałości? Czy rzeczywiście znosisz swoje obecne cierpienie przez wzgląd na miłość Boga i chęć niesienia o Nim świadectwa? A może czynisz to tylko z myślą o błogosławieństwach cielesności, swych widokach na przyszłość i losie? Wszystkie twoje intencje, motywacje i cele, do których dążysz, muszą zostać skorygowane i nie mogą być poddane jedynie twej własnej woli” („Ci, którzy mają zostać udoskonaleni, muszą przejść oczyszczenie” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Po przeczytaniu tych dwóch fragmentów coś wreszcie zaczęło do mnie docierać. Jaka była wola Boga, kryjąca się za moją chorobą? Bóg chciał ujawnić zepsucie i fałsz mojej wiary, chciał mnie oczyścić i obmyć. Gdyby nie to, nigdy bym sobie nie uświadomiła mojej ohydnej żądzy błogosławieństw. Nigdy bym nie dostrzegła, że cała moja ciężka praca to było bezczelne targowanie się z Bogiem. Oszukiwałam Boga i opierałam się Mu przez taką wiarę i takie spełnianie obowiązku. Wiedziałam, że jeśli nie okażę skruchy i się nie zmienię, Bóg mnie wyeliminuje. Później zrozumiałam, że w mojej chorobie znajdywały wyraz Boża miłość i zbawienie, że powinnam wykorzystać tę szansę i poznać samą siebie, szukać prawdy, aby wyzbyć się zepsutego usposobienia. Gdy już pojęłam wolę Boga, przysięgłam Mu, że niezależnie od tego, czy moja mama wyzdrowieje, gotowa jestem się podporządkować, zapomnieć o swoich żądaniach i pragnieniach, zapomnieć o błogosławieństwach. Złożywszy to przyrzeczenie, rzuciłam się w wir głoszenia ewangelii. Kilka miesięcy później poszłam do szpitala na kontrolę. Lekarz powiedział, że badanie krwi wyszło dobrze, a USG pokazało, że guzek tarczycy zniknął. Powiedział, że mogę już przestać brać lekarstwa. Wiedziałam, że to nic innego tylko Boża ochrona, taka byłam wdzięczna Bogu. Chciałam już tylko dobrze spełniać obowiązek, by Mu się jakoś odwdzięczyć.

Czuję się dokonale od ponad trzech lat, a problemy z tarczycą już nie wróciły. Ale w lutym tego roku poczułam nagły ból w szyi i gdy spojrzałam w lustro, zobaczyłam dość spore opuchnięcie. Bolało tak bardzo, że przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć, a kiedy rano wstałam i nalałam sobie wody do szklanki, ręce mi się trzęsły. Przeraziłam się, bo to były identyczne objawy jak kiedyś. Nie byłam tego całkiem pewna, więc pomówiłam z chińskim lekarzem o tych objawach i potwierdziło się, że to tarczyca. Zmartwiłam się, bo bardzo wiele osób w Internecie interesowało się dziełem Boga Wszechmogącego, więc byłam bardzo zajęta i czasem jednego dnia organizowałam kilka zgromadzeń. Myślałam, że jeśli dalej będę tak intensywnie działać, to znowu mogę dostać wysokiej gorączki. Co zrobię, jeśli mój stan się pogorszy? A do tego jeszcze ten kryzys związany z koronawirusem. Jeśli zachoruję i trafię do szpitala, nie będę mieć pewności, czy uda się wyleczyć moją tarczycę, a do tego mogę złapać Covida. Tego dnia, po zaledwie jednej godzinie wspólnych omówień z siostrą, moje ciało się poddało. Bolała mnie szyja i cała się trzęsłam, czułam się poza tym niedotleniona i miałam mętlik w głowie. Rozważałam, czy nie odpocząć przez kilka dni i wrócić, gdy poczuję się lepiej. Ale pomyślałam o tych wszystkich pracownikach z innych kościołów, z którymi miałam dzielić się świadectwem nazajutrz. Trudno byłoby tak szybko znaleźć zastępstwo, a jeśli się nie zjawię, to przecież opóźni ich zgłębianie prawdziwej drogi. Tego wieczora miałam spuchniętą i obolałą szyję, nie mogłam spać całą noc. Myślałam o tym, jakiego dzieła Bóg we mnie dokonał, ale gdy zachorowałam, to myślałam tylko o sobie – okropne. Uklękłam i pomodliłam się do Boga: „Boże, za moją chorobą kryje się Twoja dobra wola. Oświeć mnie i poprowadź, bym pojęła Twoją wolę. Wierzę, że moje życie jest w Twoich rekach, nieważne, co będzie z moim zdrowiem, chcę podporządkować się Twojej władzy i planom”. Przypomniał mi się ten fragment słów Boga: „Jeśli, wierząc w Boga i dążąc do prawdy, jesteś w stanie powiedzieć: »Bez względu na to, jaka choroba czy niepomyślne zdarzenie dotknie mnie za Bożym przyzwoleniem – bez względu na to, co zrobi Bóg – muszę być posłuszny i pozostać na swoim miejscu jako stworzona istota. Muszę wcielać w życie przede wszystkim ten właśnie aspekt prawdy – posłuszeństwo. Wprowadzam go więc w czyn i urzeczywistniam faktyczne posłuszeństwo wobec Boga. Nie wolno mi ponadto odrzucać posłannictwa Bożego i obowiązku, jaki powinienem wypełniać. Muszę wytrwać przy pełnieniu swego obowiązku aż do ostatniego tchu«. Czyż nie jest to właśnie niesienie świadectwa? Kiedy masz tego rodzaju postanowienie i taki stan ducha, to czy możesz nadal narzekać na Boga? Nie, nie możesz” („Droga bierze początek z częstego rozważania prawdy” w księdze „Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). Te słowa pomogły mi w zrozumieniu, że mój obowiązek to misja od Boga, moja odpowiedzialność, że muszę go prawidłowo spełniać. Co by się nie działo, nawet jeśli to moje ostatnie tchnienie, muszę wytrwać. Zacisnęłam więc zęby i zebrałam wszystkie siły. Nawet jeśli mi się pogorszy po tym zgromadzeniu następnego dnia, jeśli trafię do szpitala, to jednak spełnię obowiązek. Spłynął na mnie spokój, gdy przyjęłam taką postawę. Nazajutrz czekałam przy komputerze jeszcze przed ustalonym czasem. Ku mojemu zaskoczeniu w ciągu kilku zgromadzeń, jakie prowadziłam tego dnia, miałam jasny umysł i czułam, że spływa na mnie oświecenie. Przemawiałam przez cały dzień, a szyja w ogóle nie bolała. Od tamtego czasu nie miałam już spuchniętej ani obolałej szyi. Czułam wielką wdzieczność dla Boga za to, że mnie znów chronił, i pomyślałam, że niezależnie od tego, czy te moje problemy wrócą kiedyś, jestem gotowa się podporządkować i przejść przez to.

Dzięki temu mogłam naprawdę poczuć Bożą miłość. Choć cierpiałam z powodu choroby, oczy mi się otworzyły na moje pragnienie błogosławieństw, zepsucie i fałsz mojej wiary. Słowa Boga odmieniły moje opaczne rozumienie wiary i nauczyły mnie, jak poddawać się Bogu. Co więcej, dostrzegłam władzę Boga i ochronę, jaką On daje. To umocniło moją wiarę. W tym wszystkim była Boża miłość i moje zbawienie.

Wstecz: W kajdanach
Dalej: Na rozdrożach

Koniec wszelkich rzeczy jest blisko. Czy chcecie wiedzieć, jak Pan wynagrodzi dobro i ukarze zło i ustali wynik człowieka, kiedy On powróci? Zapraszamy do kontaktu z nami, aby pomóc Ci znaleźć odpowiedź.

Powiązane treści

Przebudzenie po dokonaniu zemsty

Autorstwa Qingping, Chiny Byłam przywódczynią w kościele już od jakiegoś czasu. Siostra Zhang, diakonka, niosła brzemię obowiązku i była...

Co wynika z wychwalania

Autorstwa Song Yu, Holandia W 2019 roku szkoliłam się na stanowisku przywódczyni u boku Wanga. W trakcie naszej znajomości dowiedziałam...

Zamieść odpowiedź

Połącz się z nami w Messengerze