Przetrwanie okrutnych prześladowań umocniło moją wiarę w Boga

08 listopada 2019

Autorstwa Zhao Rui, prowincja Shanxi

Nazywam się Zhao Rui. Dzięki łasce Bożej cała moja rodzina w 1993 roku zaczęła podążać za Panem Jezusem. W 1996 roku, kiedy miałam 16 lat, przyciągnęła mnie miłość Pana Jezusa i zaczęłam pracować w kościele oraz głosić kazania. Niebawem jednak zauważyłam w kościele wiele rzeczy, które sprawiły, że byłam gorzko rozczarowana: członkowie kościoła knuli przeciw sobie intrygi i wykluczali się nawzajem, rywalizując o władzę i zyski. Było tak, jakby nauczanie Pana, że powinniśmy wzajemnie się miłować, już dawno zostało zapomniane. Wydawało się, że ci, którzy głosili kazania, nie mają nic do powiedzenia, a uczestniczenie w życiu kościoła nie dawało żadnej radości. Wiele sióstr i wielu braci do tego stopnia ogarnęła słabość i zniechęcenie, że nawet przestali uczestniczyć w spotkaniach. (…) W obliczu tego, że sytuacja kościoła jest tak ponura oraz tego, że jest on opustoszały, odczuwałam ból i bezradność. W lipcu 1999 roku mocą cudownego planu i zrządzenia Boga przywitałam powracającego Pana Jezusa – Boga Wszechmogącego. Dzięki czytaniu słów Boga Wszechmogącego oraz zaangażowaniu w życie kościoła znowu radowałam się dziełem Ducha Świętego. Kiedy uczestniczyłam w spotkaniach z braćmi i siostrami, mój wcześniejszy religijny styl życia zniknął bez śladu; każdy mógł powiedzieć, co naprawdę czuje, i wspólnie omawialiśmy światło zapewniane nam przez oświecenie Ducha Świętego, dyskutowaliśmy o tym, w jaki sposób doświadczamy słów Boga, a także – jak zdać się na Boga, by wyzbyć się zepsucia. Co więcej, bracia i siostry wiedli bardzo nabożne i zacne życie; wzajemnie sobie wybaczali i byli tolerancyjni wobec swoich słabości i przejawów zepsucia, udzielając sobie płynącego z miłości wsparcia. Gdy ktoś przechodził jakieś trudności, nikt nie patrzył na niego z góry ani go nie lekceważył, lecz wraz z nim poszukiwał prawdy, żeby znaleźć rozwiązanie owych problemów. To było życie kościoła, jakiego zawsze pragnęłam – owa prawdziwa droga, której tyle lat szukałam! W końcu powróciłam przed oblicze Boga po tym, jak przez tyle lat byłam zagubiona! Powzięłam przed Bogiem postanowienie: „Będę przyprowadzać przed Boga te niewinne dusze, które nadal tkwią w ciemności, dzięki czemu będą mogły doświadczyć w życiu przewodnictwa i błogosławieństwa dzieła Ducha Świętego oraz będą mogły zostać podlane Bożą żywą wodą życia. Oto moje powołanie jako istoty stworzonej i oto najbardziej znaczący i wartościowy sposób, by wieść swoje życie”. Tak postanowiwszy, rzuciłam się w wir swoich obowiązków.

Jednak rząd Komunistycznej Partii Chin, ten nienawidzący prawdziwego Boga, pogardzający prawdą ateistyczny rząd, nie mógł pozwolić na to, byśmy podążali za Bogiem, nieśli o Bogu świadectwo i krzewili Jego ewangelię, a tym bardziej nie był w stanie tolerować istnienia Bożego kościoła. Wiosną 2009 roku rząd KPCh przeprowadził zakrojoną na szeroką skalę akcję aresztowań wymierzoną w najważniejszych przywódców Kościoła Boga Wszechmogącego. Jeden po drugim przywódcy kościołów z całego kraju zostali aresztowani i wtrąceni do więzienia. 4 kwietnia około dwudziestej pierwszej ja i jedna z sióstr, z którą wykonywałam obowiązki, wyszłyśmy właśnie z domu, w którym gościłyśmy, i szłyśmy w kierunku drogi, gdy nagle pojawiło się za nami trzech mężczyzn w cywilnych ubraniach. Pociągnęli nas obie mocno za ramiona, wrzeszcząc: „Chodźcie! Idziecie z nami!”. Zanim zdążyłyśmy zareagować, zostałyśmy wepchnięte na tylne siedzenia czarnego sedana stojącego na poboczu. Wszystko odbyło się jak w filmach, w których gangsterzy porywają kogoś w biały dzień, z tą różnicą, że teraz przydarzało się to właśnie nam, w prawdziwym życiu, i było naprawdę przerażające. Byłam tym wszystkim całkowicie przytłoczona i mogłam tylko w myślach raz po raz przyzywać Boga: „Dobry Boże! Ocal mnie! Boże, proszę, uratuj mnie…”. Zanim odzyskałam zimną krew, sedan stanął na głównym dziedzińcu Miejskiego Biura Bezpieczeństwa Publicznego. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że wpadłyśmy w ręce policji. Wkrótce potem przyprowadzono również jeszcze jedną siostrę, która mieszkała z nami. Wszystkie trzy zostałyśmy zaprowadzone do jakiegoś gabinetu na drugim piętrze, gdzie policjant bez słowa wyjaśnienia przeszukał nasze torebki i kazał nam stanąć twarzą do ściany. Następnie zmusił nas, byśmy się rozebrały do naga, i przeprowadził rewizję osobistą, siłą odbierając nam materiały dotyczące naszej pracy w kościele, rachunki z kont bankowych, na których znajdowały się pieniądze Kościoła, telefony komórkowe, ponad 5 tysięcy juanów w gotówce, kartę płatniczą, zegarek i inne należące do nas rzeczy. Gdy to wszystko się działo, bez przerwy wchodziło i wychodziło z pokoju siedmiu czy ośmiu policjantów, a dwaj, którzy nas pilnowali, wybuchnęli śmiechem i pokazując mnie palcem orzekli: „Ta tutaj jest w tym kościele szychą. Wygląda na to, że dzisiaj złapaliśmy grubą rybę”. Wkrótce potem czterech nieumundurowanych funkcjonariuszy zakuło mnie w kajdanki, zakryło mi oczy przepaską i pod eskortą przewiozło mnie do usytuowanej daleko za miastem siedziby Biura Bezpieczeństwa Publicznego.

Kiedy weszłam do pokoju przesłuchań i ujrzałam znajdujące się wysoko na ścianie zakratowane okno, a potem zobaczyłam upiorne, zimne krzesło tortur, w mym umyśle odżyły przerażające opowieści braci i sióstr, których w przeszłości poddano torturom. Kiedy tak rozmyślałam o nieznanych mi jeszcze torturach, którym zaraz poddadzą mnie nikczemni funkcjonariusze, ogarnęło mnie przerażenie, a moje ręce zaczęły dygotać. W tej rozpaczliwej sytuacji nagle w moim umyśle pojawiły się następujące słowa Boga: „Nadal nosisz w swoim sercu strach; zatem czy Twoje serce nie jest w dalszym ciągu wypełnione myślami szatana?” „Kim jest zwycięzca? Dobrzy żołnierze Chrystusa muszą być odważni i polegać na Mnie, by być duchowo silnymi; muszą walczyć, aby stać się wojownikami i zwalczać szatana aż do śmierci” (Rozdział 12 „Wypowiedzi Chrystusa na początku” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Oświecenie Bożych słów stopniowo uspokoiło moje ogarnięte paniką serce, dzięki czemu uświadomiłam sobie, że źródłem mojego strachu jest szatan. Pomyślałam: „Szatan chce poddać torturom moje ciało, tak bym skapitulowała przed jego tyranią. Nie mogę paść ofiarą jego podstępnego spisku. Nieważne, co się wydarzy, ufam, że Bóg potajemnie jest ze mną, strzegąc mnie i ochraniając. Zawsze będzie On moją niezawodną podporą, moim wiecznym wsparciem. Teraz zaś nadchodzi kluczowy moment duchowej walki i koniecznie muszę wytrwać przy świadectwie o Bogu. Muszę trwać przy Bogu, nie mogę ulec szatanowi”. Uświadomiwszy to sobie, cicho modliłam się do Boga: „Boże Wszechmogący! To Twoje dobre intencje kryją się za tym, że wpadłam dziś w ręce tych nikczemnych policjantów. Jednak moja postawa jest zbyt niedojrzała, spanikowałam i jestem przerażona. Modlę się, byś dał mi wiarę i odwagę, tak bym mogła się wyzwolić z ograniczeń wynikających z wpływu szatana, bym mu nie uległa i niezachwianie trwała przy świadectwie o Tobie!”. Gdy skończyłam modlitwę, moje serce było pełne odwagi i nie byłam już tak wystraszona przez tych złowrogo wyglądających funkcjonariuszy.

Właśnie wtedy dwaj funkcjonariusze pchnęli mnie na krzesło tortur i unieruchomili mi ręce i stopy. Jeden z nich, wysoki, tyczkowaty brutal, wskazał widniejący na ścianie napis: „Cywilizowane egzekwowanie prawa”, po czym uderzył pięścią w stół i wrzasnął: „Wiesz, gdzie jesteś? Biuro Bezpieczeństwa Publicznego jest organem chińskiego rządu specjalizującym się w przemocy! Jeśli się nie przyznasz, dostaniesz to, na co zasługujesz! Gadaj! Jak się nazywasz? Ile masz lat? Skąd jesteś? Jaką pełnisz funkcję w kościele?”. Jego agresywny charakter w połączeniu z bezceremonialnie szczerym wyłuszczeniem prawdziwej natury tej państwowej agencji przemocy, jaką jest Biuro Bezpieczeństwa Publicznego, rozwścieczyły mnie. Pomyślałam: „Zawsze twierdzą, że są »Policją Ludową« i że ich celem jest »wykorzenienie łajdactwa i zapewnienie spokojnego życia tym, którzy przestrzegają prawa«, w rzeczywistości jednak są tylko bandą zbirów, bandytów i morderców z półświatka. Są demonami dokonującymi zamachów na sprawiedliwość i wymierzającymi kary dobrym, przyzwoitym obywatelom! Patrzą przez palce na tych, którzy łamią prawo i popełniają zbrodnie, pozwalając im żyć poza zasięgiem prawa. My zaś, choć jedynie wierzymy w Boga, czytamy słowo Boże i kroczymy w życiu słuszną ścieżką, staliśmy się głównym celem prześladowań tej bandy dzikusów. Zaiste, rząd KPCh stanowi perwersyjne przeciwieństwo sprawiedliwości”. Mimo że całym sercem nienawidziłam tych funkcjonariuszy, wiedziałam, że moja postawa jest zbyt niedojrzała i że nie będę w stanie znieść ich okrutnych kar i tortur, tak więc raz po raz zaczęłam wzywać Boga, błagając Go, by dał mi siłę. Właśnie wtedy oświeciły mnie Boże słowa: „Wiara jest niczym most z belki; ci, którzy żałośnie czepiają się życia, będą mieć trudności z przejściem na drugą stronę, jednak ci, którzy gotowi są się poświęcić, mogą przejść po nim bez obaw” (Rozdział 6 „Wypowiedzi Chrystusa na początku” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Pociecha i otucha płynące ze słów Boga pomogły mi znaleźć punkt oparcia i w duchu pomyślałam: „Powinnam dziś być gotowa na każde ryzyko – jeśli spełni się najczarniejszy scenariusz i umrę, to trudno. Jeśli ta banda demonów sądzi, że dowie się ode mnie czegokolwiek o pieniądzach kościoła, o naszej pracy czy o naszych przywódcach, to bardzo się przeliczą!”. To pomyślawszy, modliłam się do Boga: „Dobry Boże! Ty jesteś Władcą wszystkich rzeczy, więc także szatan jest w Twoich rękach i podlega Twoim planowym działaniom. Dziś posługujesz się szatanem, by poddać próbie moją wiarę i oddanie. Choć moje ciało jest teraz słabe, nie mam zamiaru padać do stóp szatanowi. Chciałabym zdać się na Ciebie – abyś uczynił mnie silną. Niezależnie od tego, jakie tortury zada mi szatan, nigdy Cię nie zdradzę ani nie sprawię Ci bólu!”. Bez względu na to, jak mnie przesłuchiwali i na jakie sposoby próbowali wyciągnąć ze mnie informacje, dzięki przewodnictwu Bożych słów nie powiedziałam ani słowa.

Widząc, że nie chcę mówić, jeden z policjantów wściekł się i uderzywszy pięścią w stół, przypadł do mnie i kopnął w krzesło tortur, na którym siedziałam. Uderzył mnie w głowę, krzycząc: „Gadaj, co wiesz! Nie myśl sobie, że nic nie wiemy. Gdyby tak było, to jak ci się zdaje, w jaki sposób tak łatwo udałoby nam się złapać waszą trójkę?”. Inny, wysoki, ryknął: „Nie wystawiaj na próbę mojej cierpliwości! Jeśli nie zadamy ci odrobiny bólu, pomyślisz, że to tylko groźby bez pokrycia. Wstawaj!”. Wypowiedziawszy te słowa, ściągnął mnie z krzesła i przyparł do ściany pod oknem, które umieszczone było bardzo wysoko i miało żelazną kratę. Posłużyli się dwiema parami ćwiekowanych kajdanek i każdą z moich rąk przykuli do żelaznej kraty, tak że wisiałam przyczepiona do okna, mogąc dotknąć podłogi jedynie opuszkami palców u stóp. Jeden z policjantów włączył klimatyzację, żeby obniżyć temperaturę w pomieszczeniu, a następnie ze złością uderzył mnie w głowę zwiniętą książką. Gdy nadal milczałam, wściekle wrzasnął: „Zamierzasz mówić czy nie? Jak nie będziesz gadać, zrobimy ci huśtawkę!”. Po tych słowach wydobył długi pas wojskowy, związał mi nogi, a potem przymocował go do krzesła tortur. Dwóch policjantów odsunęło krzesło od ściany, ja zaś zawisłam w powietrzu. Gdy moje ciało wychyliło się w przód, kajdanki ześlizgnęły się na nadgarstki, a ćwieki po wewnętrznej stronie obręczy wbiły mi się w skórę grzbietów dłoni. Poczułam przeszywający ból, ale mocno przygryzłam wargę, żeby nie krzyczeć, ponieważ nie chciałam, żeby policjanci mieli ubaw moim kosztem. Jeden z nich ze złowrogim uśmieszkiem oświadczył: „Wygląda na to, że cię to nie boli! Musimy chyba trochę podkręcić!”. To mówiąc, uniósł nogę, mocno nacisnął nią na moje łydki i rozhuśtał całe ciało. W rezultacie kajdanki zaczęły coraz mocniej zaciskać się na moich przegubach i grzbietach dłoni, sprawiając mi ostatecznie taki ból, że nie mogąc się opanować, zaczęłam wrzeszczeć w udręce. Usłyszawszy to, ci dwaj łajdacy roześmiali się. Dopiero wtedy tamten przestał napierać na moje nogi, zostawiając mnie wiszącą w powietrzu. Po jakichś dwudziestu minutach policjant nagle kopnął krzesło tortur z powrotem w moją stronę, a ono przesunęło się ze strasznym zgrzytem. Krzyknęłam, gdy moje ciało wróciło do poprzedniej pozycji. Znów wisiałam u ściany, tak że posadzki dotykałam tylko opuszkami palców u stóp. Jednocześnie kajdanki na powrót podjechały ku moim nadgarstkom. Wraz z nagłym rozluźnieniem ucisku kajdanek krew znów zaczęła szybko krążyć w moich przedramionach, powodując w nich pulsujący ból związany ze wzrostem ciśnienia. Dwaj funkcjonariusze zarechotali złowrogo na widok moich cierpień, po czym rozpoczęli przesłuchanie: „Ile ludzi należy do twojego kościoła? Gdzie trzymacie pieniądze?”. To ostatnie pytanie wyraźnie odsłaniało nikczemny zamiar szatana: przyczyną zadawania mi tych wszystkich tortur i udręk, przyczyną stosowania wobec mnie tych wszystkich diabelskich, bezwzględnych metod było to, że zamierzali ukraść pieniądze kościoła. Bezwstydnie i na próżno roili sobie, że użyją kościelnych pieniędzy do własnych celów. Patrząc na ich chciwe, nikczemne twarze, poczułam wściekłość i bez ustanku błagałam Boga, żeby nie pozwolił, bym stała się judaszem, i żeby przeklął tę zgraję bandytów i łotrów. Od tamtej chwili, niezależnie od tego, jak uporczywie mnie wypytywali, nie powiedziałam ani słowa, aż w końcu ogarnęła ich taka wściekłość, że zaczęli miotać przekleństwami: „A niech to szlag! Twarda z ciebie sztuka! Zobaczymy, jak długo wytrzymasz!”. Potem raz jeszcze odsunęli krzesło tortur od ściany i znowu zawisłam w powietrzu. Tym razem kajdanki zacisnęły się na otwartych ranach na grzbietach moich dłoni, które szybko zaczęły puchnąć i krwawić: miałam uczucie, jakby za chwilę miały eksplodować. Ból był jeszcze gorszy niż za pierwszym razem. Funkcjonariusze zaczęli prześcigać się w opisach swoich „wcześniejszych chwalebnych wyczynów” jeśli chodzi o torturowanie i karanie więźniów. Trwało to przez całe piętnaście minut, aż w końcu odkopnęli krzesło w kierunku ściany, a ja wróciłam do swojej wcześniejszej pozycji – wisiałam przypięta do okiennych krat, tak że dotykałam podłogi tylko opuszkami palców u stóp. Ponownie poczułam rozdzierający ból. W tej samej chwili do pokoju wszedł niski, tłusty funkcjonariusz, który zapytał: „Zaczęła mówić?”. Tamci dwaj odparli: „Ta to prawdziwa Liu Hulan!”. Gruby policjant podszedł do mnie i mocno uderzył mnie w twarz. Syknął z nienawiścią: „Zobaczmy, jaka jesteś twarda! Zaraz oswobodzę twoje ręce”. Spojrzałam na swoją lewą dłoń i zobaczyłam, że jest paskudnie spuchnięta i przybrała fioletowo-czarny kolor. W tej samej chwili policjant chwycił palce mojej lewej dłoni. Zaczął potrząsać nimi na wszystkie strony, rozcierając je i szczypiąc, aż drętwienie przeszło w uczucie bólu. Wtedy zacieśnił kajdanki tak bardzo, jak było to możliwe, i dał znak dwóm innym policjantom, żeby jeszcze raz mnie podwiesili. Ponownie znalazłam się w powietrzu, pozostawiona w tej pozycji przez dwadzieścia minut, zanim znowu nie ściągnięto mnie na dół. Raz po raz mnie podwieszali, to znów ściągali w dół, tak mnie dręcząc, że w końcu wolałam już raczej umrzeć, niż dalej znosić ten ból. Za każdym razem, gdy kajdanki na moich przegubach kolejny raz przesuwały się w górę lub w dół, sprawiały mi coraz większy ból. W końcu ich najeżone ćwiekami obręcze głęboko werżnęły mi się w nadgarstki i przecięły skórę grzbietu dłoni, powodując obfite krwawienie. Krążenie krwi zupełnie ustało w moich dłoniach, które stały się opuchnięte jak balony. Z braku tlenu zaczęło mi łomotać w głowie i poczułam się tak, jakbym miała eksplodować. Naprawdę sądziłam, że zaraz umrę.

Kiedy już myślałam, że dłużej tego nie wytrzymam, nagle w moim umyśle rozbłysnął fragment słów Boga: „W drodze do Jerozolimy Jezus przeżywał agonię, jak gdyby nóż wwiercał się w Jego serce, mimo to nie miał nawet najmniejszych zamiarów, by cofnąć swoje słowo; zawsze była moc dająca Mu siłę, aby mógł podążać w stronę swojego krzyża” („Jak służyć zgodnie z wolą Boga” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Słowa Boże sprawiły, że poczułam nagły przypływ siły i pomyślałam o tym, jak Pan Jezus cierpiał na krzyżu: został ubiczowany, wyszydzony i upokorzony przez rzymskich żołnierzy, którzy zbili Go na krwawą miazgę. A przecież musiał jeszcze nieść ten ciężki krzyż, ten, do którego w końcu żywcem Go przybito. I wisiał na tym krzyżu, doświadczając rozdzierającego bólu, przez dwadzieścia cztery godziny, póki z jego ciała nie wyciekła ostatnia kropla krwi. Cóż za okrutna tortura! Jak niewyobrażalne cierpienie! A jednak Pan Jezus przetrwał to wszystko w milczeniu. Choć ból z pewnością był tak wielki, że nie da się go opisać słowami, to przecież Pan Jezus dobrowolnie oddał się w ręce szatana, żeby odkupić całą ludzkość. Pomyślałam: „A teraz Bóg wcielił się po raz drugi i przybył do ateistycznych Chin. Zetknął się tutaj w z zagrożeniami znacznie większymi niż te z Wieku Łaski. Odkąd Bóg Wszechmogący się ukazał i zaczął wykonywać swe dzieło, rząd KPCh używa wszelkich możliwych środków, by oczerniać Chrystusa, bluźnić przeciwko Niemu, maniakalnie Go tropić i w końcu pojmać. Daremnie jednak rząd liczy na to, że zdoła zniweczyć dzieło Boga. Cierpienie, jakie znosił Bóg w obu swych wcieleniach, przekracza wszystko, co można sobie wyobrazić, a tym bardziej znieść. W porównaniu z tym, czego zaznał Bóg, o cierpieniu, które jest teraz moim udziałem, nie warto nawet wspominać. Co więcej, powodem, dla którego te demony tak mnie dziś dręczą, jest to, że podążam za Bogiem. W rzeczywistości to właśnie Boga tak naprawdę nienawidzą i próbują prześladować. Biorąc pod uwagę, że Bóg tak wiele dla nas wycierpiał, powinnam mieć więcej sumienia; muszę zadowolić Boga i przynieść Mu ukojenie, nawet jeśli miałoby to oznaczać moją śmierć”. W tej samej chwili w moim umyśle rozbłysnął obraz udręk wszystkich świętych i proroków w ciągu wieków: Daniel w jaskini lwów, Piotr zawieszony na krzyżu głową w dół, Jakub stracony przez ścięcie... Znalazłszy się na krawędzi śmierci, wszyscy ci święci i prorocy jak jeden mąż dawali donośne świadectwo o Bogu, ja zaś uzmysłowiłam sobie, że powinnam postawić sobie za cel naśladowanie ich wiary, oddania i podporządkowania się Bogu. Dlatego też w duchu modliłam się do Boga: „Dobry Boże! Jesteś wolny od grzechu, a przecież zostałeś ukrzyżowany dla naszego zbawienia. Później wcieliłeś się w Chinach, aby wykonać swoje dzieło, ryzykując życie. Twoja miłość jest tak wielka, że nigdy nie zdołam Ci się odwdzięczyć. To dla mnie największy zaszczyt, że mogę dziś cierpieć razem z Tobą, gotowa też jestem trwać przy świadectwie, by uradować Twoje serce. Nawet jeśli szatan pozbawi mnie życia, nigdy nie wypowiem ani słowa skargi!”. Wydawało mi się, że kiedy mój umysł był skupiony na Bożej miłości, moje cielesne cierpienia znacząco zelżały. Było już po północy, a funkcjonariusze nadal na zmianę mnie torturowali. Dopiero nazajutrz, mniej więcej o dziewiątej rano, rozwiązali w końcu moje nogi i zostawili mnie, wiszącą u krat okna. Byłam kompletnie pozbawiona czucia w obu zupełnie zdrętwiałych rękach, a całe moje ciało było opuchnięte. W tym samym czasie siostra, z którą wypełniałam swoje obowiązki, została umieszczona w pokoju przesłuchań przylegającym do mojego. Nieoczekiwanie do mojego pokoju wmaszerowało ośmiu czy dziewięciu funkcjonariuszy, a za nimi wszedł z naburmuszoną twarzą jakiś niski, tęgi policjant. „Zaczęła mówić?” - spytał tych, którzy mnie przesłuchiwali. „Jeszcze nie” - odparli. Gdy tylko usłyszał ich odpowiedź, pochylił się nade mną, dwa razy uderzył mnie w twarz i wrzasnął na mnie wściekle: „Nadal nie współpracujesz! Wiemy, jak się nazywasz, wiemy też, że jesteś ważną przywódczynią w kościele. Niech ci się nie wydaje, że nic nam nie wiadomo! Gdzie umieściliście pieniądze? Jak wygląda plan i organizacja twojej pracy?”. Widząc, że milczę, policjant zaczął mi grozić, mówiąc: „Jeśli się nie przyznasz, i tak sami do tego dojdziemy i tym gorzej się to dla ciebie skończy. Mając taką pozycję w kościele, dostaniesz dwadzieścia lat odsiadki!”. Ci niegodziwcy wprost palili się, żeby położyć łapy na pieniądzach kościoła. Patrząc na ich bydlęce twarze, zawrzałam gniewem i nie mogłam się powstrzymać, żeby nie prosić Boga, by ich przeklął i wtrącił w najczarniejszą otchłań piekła. Potem pokazali mi moją kartę płatniczą. Spytali o nazwisko właściciela i PIN. Wtedy pomyślałam: „A niech się dowiedzą, nie dbam o to. Moja rodzina i tak nie przelewa na to konto dużych sum. Może jak się o tym przekonają, nie będą mnie nękać o fundusze kościoła”. Tak postanowiwszy, podałam im nazwisko i PIN.

Po jakimś czasie poprosiłam o możliwość pójścia do toalety. Dopiero wtedy postawili mnie w końcu na ziemi. Na tym etapie zupełnie straciłam władzę w nogach, więc do toalety mnie zanieśli, stanąwszy pod drzwiami, żeby mnie pilnować. Jednak już wcześniej straciłam czucie w rękach, do których polecenia mózgu najzwyczajniej nie docierały, tak więc stałam oparta o ścianę, zupełnie nie będąc w stanie rozpiąć sobie spodni. Kiedy mimo upływu czasu nadal nie wychodziłam, jeden z policjantów kopniakiem otworzył drzwi i z lubieżnym uśmieszkiem na twarzy wrzasnął: „Jeszcze nie skończyłaś?”. Widząc, że nie mogę poruszać rękami, wszedł do toalety, ściągnął mi spodnie i na powrót mi je założył, gdy było po wszystkim. Przed toaletą zebrała się grupa policjantów, wygłaszając wszelkiego rodzaju złośliwe komentarze i próbując mnie upokorzyć swoim plugawym językiem. Niesprawiedliwość postępowania tych łotrów i demonów, upokarzających niewinną, dwudziestokilkuletnią dziewczynę, nagle stała się dla mnie nie do zniesienia. Rozpłakałam się. Dotarło też do mnie, że jeśli moje ręce naprawdę są sparaliżowane i jeśli również w przyszłości nie będę w stanie żyć samodzielnie, to lepiej dla mnie będzie umrzeć. Gdybym w owej chwili mogła normalnie chodzić, wyskoczyłabym z okna i od razu ze sobą skończyła. W owej chwili największej słabości przyszły mi do głowy słowa jednej z kościelnych pieśni, zatytułowanej „Pragnę ujrzeć dzień chwały Boga”: „Oddam swoją miłość i lojalność Bogu, wypełnię moją misję uwielbiania Go. Jestem zdecydowany, aby nieugięcie nieść świadectwo 0 Bogu i nigdy nie ulec szatanowi. Och, moja głowa może pęknąć i może popłynąć krew, ale nie można stracić zapału ludu Bożego. Boże napomnienia spoczywają na sercu, postanawiam upokorzyć szatana. Ból i trudności są zesłane przez Boga, zniosę upokorzenie, aby być Mu wiernym. Nigdy więcej nie stanę się przyczyną łez lub strapienia Boga” („Podążaj za Barankiem i śpiewaj nowe pieśni”). Boże oświecenie i Boża iluminacja raz jeszcze natchnęły mnie wiarą i umocniły mego ducha. Pomyślałam: „Nie mogę dać się oszukać szatanowi i jego sztuczkom, nie powinnam kończyć życia z takiego powodu. Upokarzają mnie i ze mnie szydzą, bym zrobiła coś, co zrani i zdradzi Boga. Gdybym umarła, oznaczałoby to, że wpadam w ich podstępną zasadzkę. Nie mogę dopuścić do tego, by spisek szatana się powiódł. Nawet jeśli naprawdę zostałam kaleką, to póki starczy mi tchu, muszę nadal żyć, niosąc świadectwo o Bogu”.

Po powrocie do pokoju przesłuchań z wyczerpania osunęłam się na posadzkę. Kilku policjantów otoczyło mnie i zaczęło na mnie wrzeszczeć, każąc mi wstać. Ów niski, tłusty policjant, który wcześniej uderzył mnie w twarz, pochylił się nade mną, wściekle mnie kopnął i zarzucił mi, że udaję. W owej chwili zaczęłam drżeć na całym ciele, zabrakło mi tchu i zaczęłam szybko oddychać. Lewa strona mojego ciała zaczęła się konwulsyjnie poruszać w nagłym skurczu. Całe moje ciało było sztywne z zimna i niezależnie od tego, jak uporczywie dwaj policjanci ciągnęli mnie i szturchali, nie potrafili zmusić mnie do powstania. W duchu wiedziałam, że Bóg posługuje się moim cierpieniem i bólem, by otworzyć przede mną jakąś drogę, w przeciwnym razie nie zadawano by mi tych okrutnych tortur. Dopiero przekonawszy się, w jak złym jestem stanie, w końcu przestali mnie bić. Przymocowali mnie do krzesła tortur i poszli do pokoju obok dręczyć moją siostrę z kościoła, zostawiając dwóch funkcjonariuszy, żeby mnie pilnowali. Słysząc raz po raz mrożące krew w żyłach krzyki tamtej siostry, jakże bym chciała rzucić się na te demony i zatłuc je na śmierć, a tymczasem byłam bezwładna jak kłoda i zupełnie wyczerpana, więc mogłam się tylko modlić do Boga i błagać Go, żeby strzegł mojej siostry i dał jej siłę, by potrafiła trwać przy świadectwie. Równocześnie nienawistnie przeklinałam tę nikczemną, podłą partię, która rzuca swój lud w otchłań cierpienia, i prosiłam Boga, by pokarał te potwory w ludzkiej skórze. Po pewnym czasie, widząc, że leżę bez czucia, bliska wyzionięcia ducha, a nie chcąc, żeby ktoś umarł na ich zmianie, w końcu wysłali mnie do szpitala. Kiedy mnie tam przywieźli, moje nogi i klatka piersiowa zaczęły konwulsyjnie pulsować i znów chwycił je skurcz. Trzeba było kilku ludzi, żeby na powrót nadać mojemu ciału pozycję wyprostowaną. Obie moje ręce były spuchnięte jak balony i pokryte zakrzepłą krwią. Były też nabrzmiałe od ropy i nie mogli podłączyć kroplówki, bo gdy tylko wkłuli się w żyłę, wypłynęła z niej krew, zabarwiła gazik wokół niej i zaczęła skapywać z boku. Gdy lekarz zobaczył, co się dzieje, powiedział: „Musimy zdjąć te kajdanki!”. Nakazał też policjantom odesłanie mnie do szpitala miejskiego na dalsze badania, ponieważ obawiał się, że jestem chora na serce. Ci nikczemnicy z policji nie chcieli nic zrobić, żeby mi pomóc, ale potem już ani razu nie zakuli mnie w kajdanki, ja zaś wiedziałam, że to Bóg działał za pośrednictwem lekarza, by otworzyć przede mną drogę wyjścia. Następnego dnia funkcjonariusz, który mnie przesłuchiwał, napisał oświadczenie pełne bluźnierstw i oszczerstw pod adresem Boga, mające im posłużyć za moje ustne zeznanie, i zażądał, bym je podpisała. Kiedy odmówiłam, wpadł we wściekłość, chwycił moją rękę i zmusił mnie do odciśnięcia na owym oświadczeniu moich linii papilarnych.

Pod wieczór 9 kwietnia szef wydziału wraz z innymi wraz z innymi policjantami doprowadzili mnie do aresztu. Kiedy lekarz więzienny zobaczył, że całe moje ciało jest opuchnięte, że nie jestem w stanie chodzić, że nie mam czucia w rękach i że wydaje się, iż moje życie wisi na włosku, nie chciano mnie przyjąć w obawie, że tam umrę. Potem szef wydziału przez blisko godzinę negocjował z naczelnikiem aresztu, obiecując mu, że jeśli coś mi się stanie, nie zostaną o to obwinieni. Dopiero wtedy naczelnik zgodził się umieścić mnie w areszcie.

Ponad dziesięć dni później do naszego aresztu postanowiono przenieść kilkunastu funkcjonariuszy z innych dzielnic, żeby w dzień i w nocy na zmianę mnie przesłuchiwali. Istnieją ograniczenia czasowe, jakim podlegają przesłuchania, jednak policjanci stwierdzili, że jest to duża i ważna sprawa, sprawa zasadniczej wagi, więc po prostu nie dadzą mi spokoju. Ponieważ bali się, że, biorąc pod uwagę mój kiepski stan, jeśli będą przesłuchiwać mnie zbyt długo, moje życie może być zagrożone, kończyli przesłuchania około pierwszej w nocy i odsyłali mnie do mojej celi, każąc mi wrócić o świcie następnego dnia. Przesłuchiwali mnie przez około osiemnaście godzin dziennie, trzy dni z rzędu. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo mnie maglowali, nie powiedziałam ani słowa. Gdy zobaczyli, że twarda taktyka się nie sprawdza, postanowili uciec się do miękkiej. Zaczęli okazywać mi troskę z powodu moich obrażeń, kupowali mi lekarstwa i stosowali maści na moje rany. W obliczu tak nieoczekiwanej „uprzejmości”, przestałam mieć się na baczności, myśląc: „Gdybym powiedziała im o kościele coś bez znaczenia, to pewnie byłoby w porządku”. Natychmiast w moim umyśle pojawiły się słowa Boga: „Nie zmarnujcie tego, ale zbliżcie się do Mnie bardziej, gdy coś się wam przydarzy; bądźcie pod każdym względem bardziej ostrożni i przezorni, aby uniknąć nieposłuszeństwa wobec Mojego karcenia i uniknąć popadnięcia w przebiegłe knowania szatana” (Rozdział 95 „Wypowiedzi Chrystusa na początku” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Nagle uświadomiłam sobie, że dałam się zwieść chytrym knowaniom szatana. Czyż nie byli to ci sami ludzie, którzy zaledwie kilka dni wcześniej tak mnie torturowali? Mogli zmienić swoje zachowanie, ale ich zła natura pozostawała niezmienna – gdy raz się jest demonem, pozostaje się nim już zawsze. Słowa Boga uzmysłowiły mi fakt, że to tylko wilki w owczej skórze, które zawsze miały ukryte motywy. Później, niezależnie od tego, jak mnie kusili czy maglowali, nie powiedziałam ani słowa. Wkrótce potem Bóg obnażył ich prawdziwe oblicze: pewien policjant, nazywany przez innych Kapitanem Wu, agresywnie mnie wypytywał: „Jesteś przywódczynią w kościele, a mimo to nie wiesz, gdzie są pieniądze? Jeśli nam tego nie powiesz, mamy swoje sposoby, żeby to wykryć!”. Jakiś stary, chudy policjant wybuchnął potokiem zniewag, wrzeszcząc: „Do diabła! Dajemy ci palec, a ty byś chciała całą rękę! Jeśli nie będziesz gadać, odeślemy cię tamtym i znów cię podwieszą! Zobaczymy, czy dalej chcesz być jak Liu Hulan i czy dalej będziesz zatajać przed nami wszystkie informacje! Mam wiele sposobów, żeby sobie z tobą poradzić!”. Im częściej mówił do mnie w ten sposób, tym bardziej byłam zdeterminowana, żeby milczeć. W końcu wpadł we wściekłość, zbliżył się i wymierzył mi kuksańca, mówiąc: „Przy takim zachowaniu dwadzieścia lat odsiadki to będzie łagodny wyrok!”. To powiedziawszy, wypadł z pokoju skrajnie sfrustrowany. Potem przyszedł mnie przesłuchiwać jakiś funkcjonariusz z Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego Prowincji odpowiedzialny za kwestie bezpieczeństwa narodowego. Użył wielu sformułowań atakujących Boga i sprzeciwiających Mu się, bez przerwy też się przechwalał, jaki to on jest doświadczony i znający się na rzeczy, co sprawiło, że został obsypany pochwałami przez pozostałych. Patrząc na jego samozadowolenie i brzydotę i słysząc wszystkie te przekręcające prawdę, oparte na pogłoskach kłamstwa i insynuacje, czułam wobec niego nienawiść i ogarnął mnie niesmak. Nie mogłam na niego patrzeć, więc wbiłam wzrok w ścianę naprzeciwko. W myślach obalałam każdy z jego argumentów. Jego diatryba trwała cały poranek, a kiedy ją wreszcie skończył, spytał mnie, co myślę. Odparłam niecierpliwie: „Jestem osobą niewykształconą, więc nie mam pojęcia, o czym pan się rozwodził”. Z wściekłością powiedział do innych przesłuchujących: „Nie ma dla niej nadziei. Myślę, że już jest zbyt bogobojna. Jest skończona!”. Po tych słowach dał za wygraną i wyszedł. Nie posiadałam się z radości i dziękowałam Bogu, że za sprawą Jego przewodnictwa pokonuję kryzys za kryzysem.

Cierpiąc z powodu okrutnych prześladowań przez diabły, doświadczyłam piekła życia pozbawionego jakichkolwiek praw człowieka w kraju rządzonym przez nikczemną KPCh. Dla rządu KPCh wierzący w Boga są niczym kolec w oku i cierń w boku; wykorzystali wszystkie znane sobie sposoby, by karać mnie i torturować, daremnie licząc na to, że doprowadzą mnie do śmierci. Jednak Bóg jest moją niewzruszoną podporą i moim zbawieniem; to On raz po raz wyciągał mnie z uścisku śmierci, pozwalając mi doświadczyć prawdziwej Bożej miłości oraz ujrzeć serdeczność i dobroć Bożego serca. Kiedy funkcjonariusze zawlekli mnie do więziennej celi i kiedy zobaczyłam, że moja siostra z domu gościnnego również tam przebywa, na ten ukochany dla moich oczu widok moje serce zalała fala ciepła. Wiedziałam, że zaaranżował to i zrządził Bóg i że to Bóg w swej miłości troszczy się o mnie. Wiedziałam, że Bóg to uczynił, ponieważ w owym czasie byłam praktycznie kaleką – moje ręce i dłonie były przeraźliwie spuchnięte i broczyły ropą, nie miałam czucia w palcach dłoni, które były grube jak kiełbaski i z trudem można było ich dotknąć. Ledwo mogłam poruszać nogami, a całe moje ciało było słabe i obolałe. Przez sześć miesięcy prawie nie ruszałam się z mojego ceglanego łóżka, nie byłam też w stanie zadbać o siebie. Dopiero po upływie tego czasu częściowo odzyskałam władzę w dłoniach, wciąż jednak nie byłam w stanie nic w nich utrzymać (a jeszcze i dzisiaj, kiedy próbuję utrzymać w jednej ręce talerz, ręka zaczyna boleć, słabnie i drętwieje, i jeśli nie pomogę sobie drugą, nie mogę go podnieść). W tamtym czasie moja siostra codziennie się mną opiekowała – myła mi zęby, myła twarz, kąpała mnie, czesała i karmiła… Miesiąc później wypuszczono ją na wolność, mnie zaś powiadomiono, że zostałam formalnie aresztowana. Gdy ową siostrę wypuszczono, na myśl o tym, że wciąż nie potrafię o siebie zadbać i że nie mam pojęcia, jak długo będą mnie przetrzymywać, ogarnęło mnie poczucie skrajnej bezradności i przygnębienia. nie Mogłam tylko zwrócić się do Boga: „Boże, czuję się jak inwalidka – jak mam dalej tak żyć? Błagam Cię, być otoczył opieką moje serce, żebym potrafiła wyjść z tej sytuacji”. I gdy tak czułam, że jestem w kropce i że kompletnie się pogubiłam, niezwykle wyraźnie usłyszałam w swoim wnętrzu te oto, prowadzące mnie Boże słowa: „Czy zastanowiliście się, że pewnego dnia wasz Bóg umieści was w zupełnie nieznanym wam miejscu? Czy potraficie wyobrazić sobie dzień, w którym być może wszystko wam zabiorę – co by się wtedy z wami stało? Czy energia wasza byłaby tego dnia taka jak jest teraz? Czy wróciłaby wam wiara?” („Musicie rozumieć dzieło – nie podążajcie bez rozeznania!” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Boże słowa były niczym lśniący drogowskaz rozświetlający moje serce, dzięki czemu mogłam pojąć Jego wolę. Pomyślałam: „Otoczenie, w jakim się znalazłam, jest czymś najmniej mi znanym. Bóg chce, żebym doświadczyła Jego dzieła w takich właśnie okolicznościach, by udoskonalić moją wiarę. Opuściła mnie moja siostra, lecz Bóg z pewnością mnie nie opuścił! Gdy myślę o ścieżce, jaką kroczyłam, pojmuję, że Bóg czuwał nad każdym moim krokiem! Jego obecność sprawia, że nie istnieją trudności, których nie dałoby się przezwyciężyć. Gdy Bóg jest obecny, istnieje wyjście z każdej sytuacji. Zważywszy na to, że jestem tchórzliwa i brak mi wiary, jakże mogłabym oczekiwać, że zdołam w swym doświadczeniu pojąć Bożą mądrość i wszechmoc?”. Dlatego też modliłam się do Boga: „Dobry Boże, gotowa jestem całkowicie oddać się w Twoje ręce i podporządkować się Twym aranżacjom. Niezależnie od tego, w jakich sytuacjach znajdę się w przyszłości, wiem, że zawsze otworzysz przede mną jakąś drogę. Podporządkuję Ci się i nie będę się już na nic uskarżała”. Skończywszy modlitwę, zyskałam poczucie spokoju i wyciszenia, wciąż jednak nie wiedziałam, co Bóg dla mnie zaplanował i jak mnie poprowadzi. Następnego dnia po południu strażnik więzienny przyprowadził do celi nową więźniarkę. Kiedy zobaczyła moją sytuację, zaczęła się mną opiekować – nie musiałam o nic prosić. Również i w tym rozpoznałam cudowność i lojalność Boga; Bóg mnie nie porzucił – w rękach Boga są wszystkie rzeczy na niebie i ziemi, łącznie z ludzkimi myślami. Dlaczego ta kobieta, której nigdy wcześniej nie spotkałam, była dla mnie taka dobra, jeśli nie kryły się za tym Boże aranżacje i zarządzenia? Później byłam świadkiem kolejnych aktów Bożej miłości. Kiedy i tę kobietę wypuszczono z aresztu, Bóg przysyłał jeszcze inne nieznane mi kobiety – jedną po drugiej – by się mną zaopiekowały, one zaś przekazywały mnie sobie jak pałeczkę w sztafecie. Niektóre po zwolnieniu wpłacały nawet na moje konto jakieś pieniądze. W owym czasie, choć zaznawałam pewnych cielesnych cierpień, mogłam na własnej skórze doświadczyć szczerej miłości Boga do człowieka. Niezależnie od tego, w jakiej człowiek znajduje się sytuacji, Bóg nigdy go nie opuszcza, lecz służy mu nieustającą pomocą. Dopóki człowiek nie utraci wiary w Boga, dopóty będzie mógł być świadkiem Bożych czynów.

Przetrzymywano mnie w areszcie przez rok i trzy miesiące, po czym rząd KPCh oskarżył mnie o „działalność w xie jiao, mającą na celu utrudnianie egzekwowania prawa” i skazał na trzy lata i sześć miesięcy więzienia. Po ogłoszeniu wyroku zostałam przeniesiona do Regionalnego Więzienia dla Kobiet. W więzieniu byłyśmy poddawane jeszcze bardziej nieludzkiemu traktowaniu. Każdego dnia zmuszano nas do pracy fizycznej, a nasze dzienne normy zdecydowanie przekraczały wszystko to, czego można by rozsądnie oczekiwać od jakiegokolwiek pracownika. Jeśli nie byłyśmy w stanie dokończyć pracy, stosowano wobec nas kary cielesne. Praktycznie wszystkie pieniądze, jakie zarabiałyśmy, trafiały do kieszeni strażników. Dostawałyśmy co miesiąc tylko kilka juanów, które rzekomo miały wystarczyć na pokrycie kosztów utrzymania. Oficjalna wersja władz więzienia głosiła, że prowadzi się reedukację więźniarek przez pracę, w rzeczywistości jednak byłyśmy tylko ich maszynkami do zarabiania pieniędzy, służącymi, którym nie płacono. Na pozór obowiązujące w więzieniu zasady skracania wyroków wydawały się nader ludzkie – spełniając określone warunki, więźniarki mogły wnioskować o stosowne skrócenie swojego wyroku. Ale tak naprawdę była to tylko fasada służąca zachowaniu pozorów. W rzeczywistości ich tak zwany humanitarny system więziennictwa nie był niczym więcej jak tylko pustymi słowami na papierze: jedynymi realnymi prawami tu obowiązującymi były rozkazy osobiście wydawane przez strażników. Więzienie ściśle kontrolowało coroczny poziom redukcji wyroków, by „moce przerobowe” pozostawały na wystarczającym poziomie, a strażnicy mieli gwarancję, że ich dochody nie spadną. „Lista skróconych wyroków” była manipulacją stosowaną przez władze więzienia w celu zwiększenia wydajności pracy. Spośród kilkuset więźniarek tylko jakieś dziesięć załapało się ową listę, tak więc więźniarki zaharowywały się na śmierć, wzajemnie przeciw sobie intrygując, byleby tylko na nią trafić. Jednak większość więźniarek, które ostatecznie się na niej znalazły, miała powiązania z policją i wcale nie musiały wykonywać prac fizycznych. Pozostałe więźniarki nie miały innego wyjścia, jak tylko zachować dla siebie wynikającą z powyższego frustrację. Niektóre w proteście popełniały samobójstwo, ale po czymś takim służby więzienne wymyślały rozmaite historie, byleby pocieszyć rodziny ofiar, tak więc ich śmierć i tak była daremna. W więzieniu strażnicy nigdy nie traktowali nas jak ludzi; jeśli chciałyśmy z nimi pogadać, musiałyśmy przykucnąć na posadzce i patrzeć na nich zadzierając głowy w górę, a jeśli coś nie było po ich myśli, rugali nas i obrażali plugawym, sprośnym językiem. Kiedy przychodzili na inspekcje jacyś wysoko postawieni oficjele, strażnicy zmuszali nas do uczestniczenia w ich grze pozorów – uprzednio nam grozili, każąc nam mówić o więzieniu miłe rzeczy w rodzaju: „Dają nam pyszne posiłki, strażnicy zawsze okazują nam troskę, nigdy nie pracujemy więcej niż osiem godzin dziennie i często zapewniają nam rozrywkę…”. Ogarniała mnie wtedy taka złość, że całe moje ciało zaczynało dygotać. Te demony były takimi hipokrytami: z pewnością nie byli niczym więcej jak tylko ludożerczymi upiorami, tymczasem uporczywie udawali najmilszych, najbardziej empatycznych z ludzi. Jakże to było ponure, nikczemne i bezwstydne! Kiedy mój trzyipółroczny pobyt w więzieniu wreszcie dobiegł końca i wróciłam do domu, moja rodzina nie potrafiła ukryć swej rozpaczy na widok ludzkiego szkieletu, jakim się stałam. Byłam tak wychudzona i wynędzniała, że z trudem można było mnie rozpoznać. Wylano wówczas wiele łez. Jednak nasze serca przepełniała wdzięczność wobec Boga. Dziękowaliśmy Mu za to, że wciąż żyję i że mnie ochraniał, tak że zdołałam przetrwać to piekło na ziemi.

Dopiero po tym, jak wróciłam do domu, dowiedziałam się, że w czasie mojego pobytu w więzieniu ci łajdacy z policji dwa razy przyszli do mojego domu, bez skrupułów go przeszukali i splądrowali. Moi rodzice, oboje wierzący, opuścili dom i prawie dwa lata się ukrywali, żeby nie wpaść w ręce rządu. Kiedy w końcu wrócili do domu, chwasty na podwórku wyrosły na wysokość domu, część dachu się zawaliła i wszędzie panował straszliwy bałagan. Policjanci krążyli po wiosce, opowiadając na nasz temat kłamstwa: powiedzieli, że wyłudziłam od kogoś pieniądze – w zależności od wersji – od miliona do stu milionów juanów (jakieś 150 tys. – 15 mln. dolarów) i że moi rodzice oszukali kogoś na sumę kilkuset tysięcy juanów, żeby móc posłać mojego młodszego brata na studia. Ten gang demonów okazał się również bandą skończonych, koncesjonowanych łotrów, najlepszych w te klocki! W rzeczywistości, ponieważ moi rodzice opuścili dom, mój młodszy brat musiał skorzystać z pieniędzy stypendialnych i pożyczek, żeby opłacić czesne i skończyć studia. Co więcej, kiedy brat opuścił dom rodzinny i poszedł do pracy, najpierw musiał trochę zaoszczędzić na koszty podróży, handlując przez pewien czas zbożem uprawianym przez moją rodzinę i sprzedając uzbierane owoce głogu. A jednak te diabły były całkiem pozbawione skrupułów, stawiając mojej rodzinie fałszywe zarzuty i puszczając w obieg plotki, krążące po dziś dzień. Jeszcze dzisiaj wciąż nie jestem akceptowana w mojej wiosce, ponieważ mam reputację oszustki i osoby skazanej za przestępstwo polityczne. Ten gang demonów, popełniających morderstwa bez zmrużenia oka, ten diabelski rząd mający znikome poszanowanie dla ludzkiego życia, te pachołki szatana, rzucające fałszywe oskarżenia i podburzające opinię publiczną – jakże ja nimi wszystkimi gardzę! Dzięki temu, że diabeł fałszywie nas oskarża, spotwarza nas i prześladuje, mogłam jeszcze wyraźniej zobaczyć opierającą się Bogu, przewrotną naturę sprzeciwiającego się niebiosom rządu KPCh i jego prawdziwą, odrażającą twarz. Dzięki temu mogłam również doświadczyć Bożej miłości i Bożego zbawienia. Im bardziej prześladuje nas diabeł, tym bardziej umacnia się nasze postanowienie, że będziemy podążać za Bogiem Wszechmogącym do samego końca. Gdybym nie doświadczyła i nie zaznała okrutnych prześladowań z rąk tych demonów, kto wie, kiedy mój duch by się przebudził albo kiedy naprawdę zaczęłabym pogardzać szatanem, porzucając go raz na zawsze. Myśląc o wszystkich tych latach, kiedy podążałam za Bogiem, widzę, że jedynie w teorii przyjęłam Boże słowa obnażające demoniczną naturę i istotę rządu KPCh, ale nigdy tak naprawdę ich nie rozumiałam. Ponieważ od młodego wieku wpajano mi dogmat „patriotycznej edukacji”, który mnie warunkował i w określony sposób ukierunkowywał moje myślenie, sądziłam nawet, że Boże słowa są pewną przesadą – po prostu nie potrafiłam się zdobyć na zarzucenie własnej bałwochwalczej postawy wobec własnego kraju, uznając, że Partia Komunistyczna ma zawsze rację, że armia chroni naszą ojczyznę, a policja karze i wykorzenia ze społeczeństwa wszelkie pierwiastki zła, dbając o interes publiczny. Dopiero doświadczywszy prześladowań ze strony tych demonów, zaczęłam dostrzegać prawdziwe oblicze władzy KPCh; jest ona skrajnie kłamliwa i pełna hipokryzji, zdołała też omamić obywateli Chin i cały świat swymi powtarzanymi od lat kłamstwami. Bezustannie obwieszcza ona, że wspiera „wolność przekonań i demokratyczne rządy prawa”, w rzeczywistości jednak bezlitośnie prześladuje za wiarę religijną. Jeśli już coś wspiera, to tylko własną tyranię, opartą na przymusie kontrolę i despotyzm. Ci, którzy wierzą w prawdziwego Boga, muszą być w Chinach skrajnie ostrożni, a jeśli ich czujność choć na chwilę osłabnie, najprawdopodobniej trafią za kratki. W rezultacie, chcąc uniknąć schwytania i zaaresztowania przez policję, przez całe życie musimy kryć się lub uciekać i nigdy nie możemy zbyt długo przebywać w jednym miejscu. Nawet jeśli tylko słuchamy pieśni we własnych domach, musimy ściszać dźwięk. Kiedy w kręgu rodzinnym omawiamy Boże słowa, musimy mówić szeptem, gdy zaś czytamy słowo Boże, wcześniej musimy zamknąć drzwi w obawie, że policja śledzi nas i podsłuchuje i że w każdej chwili może wtargnąć do naszych domów. Co więcej, im silniej wierzy się w Boga, tym większą można mieć pewność, że w chińskich więzieniach będzie się prześladowanym, zastraszanym i wyszydzanym, gdy tymczasem, gangsterzy, mordercy, złodzieje i malwersanci częstokroć są w uprzywilejowanych relacjach z funkcjonariuszami, pełniąc rolę płatnych zabójców i prowodyrów pośród innych więźniów. Te fakty już od dawna demaskują Chiny jako kraj, który podziwia zło i przyzwala na nie, a jednocześnie atakuje i tłumi sprawiedliwość. Im ktoś jest moralnie gorszy, tym bardziej prawdopodobne, że będzie zbierać pochwały od rządu KPCh, im bardziej zaś jest się moralnie dobrym, krocząc słuszną ścieżką, tym uporczywiej jest się prześladowanym i gnębionym przez rząd KPCh. Kiedy Bóg przybył, by dokonać swego dzieła i zbawić ludzkość, szatan z pewnością ani myślał pozwolić, byśmy podążali za Bogiem i kroczyli właściwą ścieżką, posłużył się więc wszelkimi dostępnymi metodami, by mi przeszkadzać i mnie prześladować. Chociaż w trakcie tych okrutnych prześladowań moje ciało srodze ucierpiało, rozumiem, że miałam za zadanie znosić to cierpienie, ponieważ jestem dzieckiem szatana, w moich żyłach płynie wiele jego trucizn i przez cały czas szatan zwodził mnie i dręczył. To właśnie dlatego, że nie potrafiłam dostrzec istoty szatana i jego chytrych knowań, Bóg dopuścił, by szatan mnie prześladował, tym samym umożliwiając mi, bym poprzez cierpienie zrozumiała, czym ten chiński rząd, który zawsze uważałam za swego „wybawiciela”, tak naprawdę jest. Dzięki temu mogłam ujrzeć prawdę kryjącą się za jego twierdzeniami o „wspaniałości, chwale i prawości”: jego podłość, niegodziwość i skażenie. Jednocześnie mogłam dzięki temu zrozumieć wielkość zbawczej łaski Boga, co z kolei zmotywowało mnie do tego, by sumiennie podążać za prawdą, całkowicie wyrzec się szatana i zwrócić serce ku Bogu.

Skontaktuj się z nami w dowolnym czasie, jeśli w swojej wierze napotykasz na jakieś trudności czy wątpliwości.
Skontaktuj się z nami przez Messenger
Skontaktuj się z nami przez WhatsApp

Powiązane treści

Zamieść odpowiedź