Przebudzenie z mojej arogancji

15 marca 2022

Autorstwa Xiangxin, Włochy

Zacząłem głosić ewangelię w 2015 roku. Szybko okazało się, że dobrze sobie radzę, Bóg mnie prowadził. Czasem spotykałem ludzi zaślepionych religijnymi pojęciami, którzy nie chcieli zgłębić dzieła Boga w dniach ostatecznych. Polegałem na Bogu i cierpliwie omawiałem prawdę, a oni szybko ją przyjmowali. Miałem pewne osiągnięcia i poczułem, że mam do tego talent, że jestem niezastąpiony.

Brat Liu i ja zajęliśmy się pracą podlewania dla kościoła. Mi przypadł dość duży kościół z wieloma członkami, więc gdy zacząłem, modliłem się do Boga i omawiałem sprawy z braćmi i siostrami. Dość szybko wszystko zaczęło iść dobrym torem. Większość członków brała udział w zgromadzeniach, byli zapobiegliwi w pełnieniu obowiązków. Byłem w pewnym stopniu zadowolony z siebie. Myślałem, że nawet w tak dużym kościele z wieloma członkami udało mi się szybko osiagnąć dobre wyniki, więc chyba mam charakter. Bratu Liu nie szło tak dobrze z podlewaniem, trzeba było zastąpić kilku pracowników w jego kościele, inni zaś potrzebowali omówień, bo byli w negatywnym stanie. Patrzyłem na niego trochę z góry. Ja bym sobie lepiej poradził. Zacząłem angażować się w jego pracę, wyliczałem błędy, omawiałem słowa Boga, by pomóc ludziom w negatywnym stanie, zmieniałem obowiązki tym, którzy podlewali. Wyniki szybko się poprawiły. Rozwiązałem nasze problemy błyskawicznie i jeszcze bardziej byłem przeświadczony o swym talencie. Obrastałem w tłuszcz arogancji. Podsumowując pracę, dostrzegałem to, czego innym brakowało, co przeoczyli, i ganiłem ich za to. Mówiłem: „Praca podlewania bardzo się opóźnia. Czy jest choć jedna osoba, która stara się czynić wolę Boga? Wszyscy jesteście nieodpowiedzialni. Dobrze, że w ostatnich tygodniach był jakiś postęp, inaczej kto wziąłby odpowiedzialność za opóźnienie?”. Nikt się nie odezwał. Zastanawiałem się, czy trochę nie przesadziłem. Ale za chwilę pomyślałem, że muszę być surowy, żeby cokolwiek do nich dotarło. Patrzyłem na nich z góry, rozprawiałem się z nimi za ich błędy, kazałem im robić, co mówię. Z czasem zaczęli się ode mnie dystansować, rozmawiali ze mną tylko o sprawach związanych z pracą. Czasem rozmawiali i śmiali się wspólnie, ale gdy tylko się zjawiałem, każdy szedł w swoją stronę, jakby się mnie bali. Bali się, że coś sknocą i zostaną skrytykowani, więc gdy trzeba było o czymś zdecydować, zwracali się do mnie. Czułem się w tej sytuacji niekomfortowo. Zastanawiałem się, czy jestem samowolny, autorytarny. Pomyślałem jednak, że w pracy muszę być stanowczy. Nikt by mnie nie słuchał, gdybym nie był trochę surowy. Co byśmy wtedy osiągnęli? Czułem, że nazywanie problemów po imieniu jest czymś sprawiedliwym. Później moja arogancja rozdęła się jak balon i musiałem mieć we wszystkim ostatnie słowo. To ja sam organizowałem każdą część pracy, bo uważałem, że nikt inny mi do pięt nie dorasta. Nawet gdy coś omawiałem z innymi, zawsze robiliśmy tak, jak ja chciałem, więc jeśli decydowałem od razu, oszczędzaliśmy czas. Gdy przywódca był na spotkaniu, nic sobie z tego nie robiłem, myśląc: „Co z tego, że jesteś przywódcą? Czy potrafisz głosić ewangelię i nieść świadectwo? Czy potrafisz tę pracę wykonać? Omawianie prawdy to nie jest praktyczna praca. Nie możesz się ze mną równać”. Ilekroć przywódca pytał mnie o naszą pracę, mówiłem tyle, ile miałem chęć powiedzieć. Nie czułem, żeby to warte było rozmowy, bo koniec końców i tak to ja wykonywałem tę pracę. Przywódca wytknął mi arogancję, mówiąc, że zawsze mam ostatnie słowo i nie współpracuję z braćmi i siostrami. W odpowiedzi na krytykę przyznałem, że jestem arogancki, ale nie zawracałem sobie tym głowy, uważałem, że mam dobry charakter i talent, więc jeśli dobrze pracuję, komu szkodzi szczypta arogancji? Poza tym to ja przewodziłem większości prac w kościele, więc co mogli mi zrobić? Wyrzucić mnie? Nie wziąłem sobie do serca słów przywódcy i wciąż pełniłem obowiązki tak samo, czyli jak chciałem.

Nowy kościół potrzebował ludzi do podlewania, więc nie omawiając tego z nikim, poleciłem jednej siostrze, by udała się tam z pomocą. Uznałem, że zazwyczaj zgadzali się z moimi sugestiami, więc mogłem decydować samodzielnie. Byłem zaskoczony, gdy się później okazało, że ta siostra nie dość dobrze rozumie prawdę, że nie umie wykonać praktycznej pracy, a to był problem. Ale nie zreflektowałem się. Z powodu mojej nieustępliwej arogancji i dlatego, że nie szukałem zasad prawdy ani nie dopilnowywałem, by inni stosowali zasady, każdy biegał tylko tam i siam, a wyników żadnych nie było. To zahamowało nasze postępy. Ale ja wciąż nie dostrzegałem własnych problemów, tylko winiłem innych za to, że nie niosą ciężaru. Przez chwilę wydawało się, że dobrze sobie radzę, ale miałem to dziwne przecucie, że za chwilę wydarzy się coś strasznego. Nie wiedziałem, co mówić na spotkaniach i modlitwach, robiłem się senny na spotkanach i w niczym nie mogłem się rozeznać. Miałem mętlik w głowie, byłem wypompowany z energii, chciałem tylko odpoczywać. Zrozumiałem, że utraciłem dzieło Ducha Świętego, ale nie wiedziałem dlaczego. Modliłem się do Boga, prosząc, by pomógł mi siebie zrozumieć.

Przywódczyni na zgromadzeniu wytknęła mi to, jak postępowałem. Powiedziała: „Jesteś arogancki w obowiązkach. Z wyższością ganisz ludzi, hamujesz ich rozwój, obnosisz się ze swoją pozycją. Ciężko z tobą pracować i nigdy niczego z innymi nie omawiasz. Robisz to, co ci się podoba, jesteś samowolnym tyranem. To jest usposobienie antychrysta. W związku z tym zostajesz odsunięty od obowiązków”. Każde słowo było jak nóż wbity w moje serce. Myślałem o swoim postępowaniu. Nigdy nie omawiałem spraw z innymi, robiłem po swojemu, byłem dyktatorem. Czy nie tak robi antychryst? Ta myśl mnie przeraziła. Czy Bóg chciał mnie obnażyć i wyeliminować? Czy tak skończą się lata mojej wiary? Przez kilka dni byłem jak zombie. Budziłem się rano i wraz ze mną budził się strach. Nie wiedziałem, jak stawić czoło dniowi. Wciąż modliłem się do Boga, mówiąc: „Boże, wiem, że jest w tym Twoja dobra wola, ale nie wiem, jak przez to przebrnąć. O Boże, jestem taki przygnębiony i cierpię. Proszę, oświeć mnie, bym poznał Twą wolę”. Przeczytałem wtedy te słowa Boże: „Boga nie interesuje, co ci się przydarza każdego dnia, ile pracy wykonujesz, ile wkładasz wysiłku – On patrzy na twoją postawę wobec tych rzeczy. A z czym wiąże się postawa, z jaką wykonujesz te rzeczy, i sposób, w jaki je robisz? Wiąże się z tym, czy podążasz za prawdą, czy nie, a także z twoim wkroczeniem w życie. Bóg patrzy na twoje wkroczenie w życie, na ścieżkę, którą zmierzasz. Jeśli idziesz ścieżką wkroczenia w życie, to w swoim wykonywaniu obowiązku wejdziesz na ścieżkę tego, co możliwe do przyjęcia. Ale jeśli podczas wykonywania obowiązku nieustannie podkreślasz, że masz kapitał, że rozumiesz, na czym polega twoja praca, że jesteś doświadczony, zważasz na Bożą wolę i podążasz za prawdą bardziej niż ktokolwiek inny, i jeśli sądzisz, że ze względu na to wszystko powinieneś mieć ostatnie słowo, nie omawiasz żadnej sprawy z nikim innym, zawsze stanowisz prawo dla siebie, próbujesz działać na własną rękę i nieustannie chcesz świecić najjaśniej, to czy idziesz ścieżką wkroczenia w życie? (Nie). Nie – jest to pogoń za statusem, podążanie ścieżką Pawła; nie jest to droga wkroczenia w życie” („Czym jest odpowiednie wykonywanie obowiązków?” w księdze „Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). „Pewien człowiek miał dar do głoszenia ewangelii. Głosząc ją, wiele wycierpiał, został nawet aresztowany i skazany na wiele lat więzienia. Po wyjściu nadal głosił ewangelię i nawrócił kilkuset ludzi. Niektórzy z nich, jak się okazało, mieli spory talent; niektórzy zostali nawet wybrani na przywódców lub pracowników. W rezultacie ten człowiek uważał, że zasługuje na wielkie uznanie, i wykorzystywał to jako swój kapitał, którym chwalił się wszędzie, gdziekolwiek poszedł, popisując się i świadcząc o sobie: »Spędziłem osiem lat w więzieniu, lecz niewzruszenie trwałem przy swoim świadectwie. Nawróciłem wielu ludzi i niektórzy z nich są dziś przywódcami lub pracownikami. Zasługuję na uznanie w domu Bożym, bo poczyniłem weń wkład«. Gdziekolwiek głosił ewangelię, zawsze chwalił się przed miejscowymi przywódcami i pracownikami. Mówił też: »Musicie słuchać tego, co mówię; nawet wasi przywódcy wyższego szczebla zachowują się uprzejmie, zwracając się do mnie. Ktokolwiek tego nie zrobi, dam jej nauczkę!«. Czyż ta osoba nie stosuje przemocy? Gdyby ktoś taki nie głosił ewangelii i nie nawrócił tych ludzi, czy ośmieliłby się zachowywać tak wyniośle? Taka jest ich natura i istota: są tak aroganccy, że nie mają ani krzty rozsądku. Po głoszeniu ewangelii i nawróceniu kilku osób wzbiera w nich arogancka natura i stają się jeszcze bardziej nadęci. Tacy ludzie, gdziekolwiek pójdą, chwalą się swoim kapitałem, domagają się uznania, a nawet naciskają przywódców różnych szczebli, próbując rozmawiać z nimi jak równy z równym, a przy tym myślą, że to oni sami powinni być przywódcami wyższego szczebla w domu Bożym. W oparciu o to, co przejawia się w zachowaniu takich ludzi, wszyscy powinniśmy mieć jasność co do ich natury i prawdopodobnego końca. Kiedy demon wśliźnie się do domu Bożego, najpierw przez jakiś czas pełni posługę, zanim pokaże swoją prawdziwą twarz; bez względu na to, kto próbuje go przyciąć lub się z nim rozprawić, on nie słucha i uparcie walczy z domem Bożym. Jaka jest natura jego działań? W oczach Boga ktoś taki sam się skazuje na śmierć i nie spocznie, póki się nie zabije. Tylko tak można to ująć” („Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). Te słowa sączyły strach w moje serce. Czułem się tak, jakby Bóg mnie obnażał, twarzą w twarz, ujawniał mój stan i sekrety, z których nigdy nikomu się nie zwierzyłem. Dobrze mi szło w ciągu tych lat, gdy głosiłem ewangelię, więc uznałem, że mój wkład był ogromny, że jestem niezastąpiony, prowadziłem w głowie rejestr moich dokonań. Czułem, że należy mi się honorowe miejsce w kościele. Traktowałem to jak osobisty kapitał, arogancko gardząc innymi. Lubiłem strofować braci i siostry ze wzgardą, przez co czuli się ograniczani. Nie umiałem współpracować, byłem autokratyczny, robiłem, co chciałem, opóźniając pracę kościoła. Gdy przywódczyni się ze mną rozprawia, zlekceważyłem to. Chełpiłem się kwalifikacjami, nie uznawałem, by ona była lepsza ode mnie i nie chciałem przyjąć pomocy. Sam chciałem o wszystkim decydować. Beształem braci i siostry, gdy mnie nie słuchali, grożąc, że ich usunę, jeśli nie będą dobrze wypełniać obowiązków. Przez to obsesyjnie podchodzili do wypełniania zadań, bali się odsunięcia od obowiązków, żyli w bólu. Czy to było pełnienie obowiązku? Czy nie sprzeciwiałem się Bogu? Ta myśl mnie przeraziła. Nie posądzałbym się o takie zło, że będę krzywdził braci i siostry tak bardzo, że zahamuję naszą pracę. Walczyłem przeciw Bogu, choć myślałem, że jest zadowolony ze mnie i mojej pracy. Byłem taki bezrozumny! Słowa Boa pokazały mi, że takim postępowaniem skazuję się na śmierć. Słysząc ton Bożych słów, zwłaszcza tych mówiących o skazywaniu się na śmierć, poczułem, jakim wstrętem napawa Boga taka osoba. Serce mi się krajało, jakby Bóg skazał mnie na śmierć. Myślałem, że umiem poświęcić wszystko dla obowiązku, że dobrze sobie radziłem, więc Bóg mnie aprobuje, a odrobina arogancji nie była tak istotna. Później jednak zrozumiałem, jeśli nie poszukuję prawdy, to nieważne, ile osiągnę, pełniąc obowiązki, i ile doświadczenia zdobędę, i tak będę wstrętny Bogu. On by mnie nie uznał. Sąd i karcenie płynące z Bożych słów pokazały mi, że Jego sprawiedliwe usposobienie nie znosi obrazy. Bóg w swych działaniach kieruje się zasadami. Jeśli coś osiągnę w świecie, mam kapitał i przewagę. Ale w domu Bożym rządzą prawda i sprawiedliwość. Kto używa kapitału i przewagi, ten skazuje się na śmierć i obraża Jego usposobienie.

Później zastanawiałem się, czemu czułem taką przewagę na podstawie moich kilku dokonań i stałem się dyktatorem. Jaki rodzaj natury nade mną panował? Przeczytałem fragment słów Boga. „Jeśli w swoim sercu rzeczywiście rozumiesz prawdę, to będziesz wiedział, jak ją praktykować i być posłusznym Bogu, a wówczas w naturalny sposób wejdziesz na ścieżkę dążenia do prawdy. Jeżeli ścieżka, którą kroczysz, jest tą właściwą i jest zgodna z wolą Boga, wówczas dzieło Ducha Świętego cię nie opuści – a w takim razie prawdopodobieństwo, że zdradzisz Boga, będzie coraz mniejsze. Jeśli nie posiada się prawdy, łatwo czynić zło, i będziesz je czynił nawet wbrew sobie. Na przykład jeśli masz aroganckie, zarozumiałe usposobienie, to nie ma sensu ci mówić, abyś nie przeciwstawiał się Bogu; nic na to nie poradzisz, pozostaje to poza twoją kontrolą. Nie będziesz robić tego celowo; będziesz to robić pod dominacją twojej aroganckiej i zarozumiałej natury. Twoja arogancja i zarozumiałość sprawią, że spojrzysz na Boga z góry i będziesz Go postrzegał jako kogoś bez żadnego znaczenia, sprawią, że będziesz się wywyższać, ciągle stawiać siebie na widoku; sprawią, że będziesz się odnosił pogardliwie do innych i w twoim sercu nie pozostanie nikt oprócz ciebie samego; będziesz uważał się za lepszego od innych ludzi i od Boga, aż w końcu zasiądziesz na miejscu Boga i będziesz się domagał, by inni ci się podporządkowali, by czcili twoje myśli, koncepcje i pojęcia, uznając je za prawdę. Zobacz, jak wiele zła czynią ludzie pod władzą swej aroganckiej i zarozumiałej natury!” („Jedynie dążąc do prawdy, można uzyskać zmianę usposobienia” w księdze „Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). „Sednem skażonego usposobienia człowieka jest arogancja. Im bardziej aroganccy są ludzie, tym bardziej skłonni są sprzeciwiać się Bogu. Jak bardzo poważny jest to problem? Ludzie o aroganckim usposobieniu nie tylko uważają wszystkich wokół za gorszych od siebie, lecz także – co w tym najgorsze – traktują z góry nawet samego Boga. Mimo iż z pozoru może się wydawać, że niektórzy ludzie wierzą w Boga i za Nim podążają, to wcale nie traktują Go oni jak Boga. Przez cały czas są przekonani, że posiedli prawdę, i mają o sobie bardzo wysokie mniemanie. W tym właśnie tkwi istota i źródło aroganckiego usposobienia, a pochodzi ono od szatana. Dlatego też problem arogancji musi zostać rozwiązany. To, że ktoś czuje się lepszy od innych, jest jeszcze sprawą trywialną. Kluczową kwestią jest to, że aroganckie usposobienie człowieka nie pozwala mu podporządkować się Bogu, Jego panowaniu i zarządzeniom. Osoba taka ciągle ma ochotę rywalizować z Bogiem o władzę nad innymi. Tego rodzaju osoba ani odrobinę nie czci Boga, nie mówiąc już o tym, by miała Go kochać lub podporządkować się Mu. Ludzie, którzy są aroganccy i zarozumiali, a zwłaszcza ci, którzy są tak wyniośli i butni, że zupełnie postradali rozum, nie są w stanie podporządkować się Bogu w swej wierze w Niego, a nawet wywyższają się i niosą świadectwo o sobie samych. Tacy ludzie najbardziej sprzeciwiają się Bogu” (Boże omówienie). Słowa Boga nauczyły mnie, że źródłem buntu przeciw Bogu jest arogancja. Gdy ktoś ma arogancką naturę, nie może powstrzymać się przed sprzeciwem wobec Boga. Moim zachowaniem kierowała moja arogancka natura. Gdy coś udało mi się osiągnąć, byłem wniebowzięty. Myślałem, że mam charakter i jestem niezastąpiony, że kościół beze mnie sobie nie poradzi. Z góry patrzyłem na innych, ganiłem ich, ograniczałem, miałem ich za nic. Byłem samowolnym tyranem, z nikim nie omawiałem żadnych spraw. Czułem, że świetnie sobie radzę i mogę sam decydować. Nie ceniłem współpracownika. Byłem arogancki jak diabli, nie miałem w sobie czci dla Boga. Gdy się ze mną rozprawiono, przyznałem się do arogancji, ale nic mnie to nie obeszło. Myślałem, że arogancja nie jest taka zła, że jest oznaką moich umiejętności, bo cóż innego czyniłoby mnie aroganckim? Byłem zupełnie bezrozumny i bezwstydny. Żyłem napojony trucizną szatana, która brzmi: Sam sobie jestem panem w niebie i na ziemi. Zachowywałem się jak król w kościele, mając innych za nic. Czym różniłem się od Komunistycznej Partii? Jest ona arogancka i bezprawna, stosuje bezprecedensowe środki brutalnej represji wobec nieposłusznych. Byłem krnąbrnym dyktatore w kościele, nikogo nad sobą nie uznawałem. Czy nie byłem jak wielki czerwony smok? Uświadomiłem sobie, jak arogancki jestem, że nikt mnie nie obchodzi, nawet Bóg, że idę na przekór Bogu, że jeśli nie okażę skruchy, to Bóg mnie na pewno przeklnie i ukarze. Dostrzegłem, jak poważne były konsekwencje mojej aroganckiej natury, że moim problemem nie była odrobina zepsucia. Ta myśl przypomniała mi, jak poniżałem innych, a wywyższałem siebie, że robiłem z siebie kogoś niezrównanego. Czułem mdłości na samą myśl o sobie. Postanowiłem, że muszą poszukiwać prawdy i zasad we wszystkim, że muszę skończyć z arogancją i sprzeciwem wobec Boga.

Później, gdy myślałem o tym, jak prawidłowo traktować własne sukcesy, trafiłem na fragment słów Boga. „Czy przy wykonywaniu swoich obowiązków jesteście w stanie poczuć przewodnictwo Boże i oświecenie od Ducha Świętego? (Tak). Skoro potraficie poczuć działanie Ducha Świętego, a mimo to macie o sobie doskonałe mniemanie i sądzicie, że posiedliście rzeczywistość, o co tu chodzi? (Kiedy nasze wykonywanie obowiązków przyniosło już jakieś owoce, powoli zaczynamy myśleć, że w połowie jest to zasługa Boga, a w połowie nasza. Bezgranicznie zwiększamy wagę naszej współpracy, myśląc, że to ona jest najważniejsza i że bez niej oświecenie od Boga nie byłoby możliwe). Dlaczego zatem Bóg cię oświecił? Czy może oświecić również innych ludzi? (Tak). Kiedy Bóg kogoś oświeca, jest to pochodząca od Niego łaska. A na czym polega ta odrobina współpracy z twojej strony? Czy jest to coś, za co należy ci przypisać zasługę, czy też twój obowiązek, twoja odpowiedzialność? (Obowiązek i odpowiedzialność). Jeśli rozumiesz, że jest to obowiązek i odpowiedzialność, to masz właściwy stan umysłu i nie przyjdzie ci do głowy, by przypisywać zasługę sobie. Ale jeśli przez cały czas wierzysz, że »to jest mój kapitał. Czy Boże oświecenie byłoby możliwe bez mojej współpracy? Współpraca ze strony ludzi jest konieczna; większość tego dzieje się za sprawą ludzkiej współpracy«, to masz błędne podejście. Jak mógłbyś współpracować, gdyby Duch Święty cię nie oświecił, gdyby Bóg nic nie zrobił i gdyby nikt nie omówił z tobą zasad prawdy? Nie wiedziałbyś, czego Bóg wymaga; nie znałbyś nawet ścieżki praktyki. Nawet gdybyś chciał być posłuszny Bogu i współpracować z Nim przy Jego dziele, nie miałbyś pojęcia, jak to uczynić. Czy ta twoja »współpraca« to nie są tylko puste słowa? Jeśli nie współpracujesz prawdziwie, działasz tylko według własnych wyobrażeń – a w takim razie czy wykonywanie przez ciebie obowiązku może spełniać wymagania? (Nie). Nie, i to wskazuje na problem. Na jaki problem to wskazuje? Bez względu na wykonywany przez daną osobę obowiązek, osiąganie wyników w celu zadowolenia Boga i zyskania Jego aprobaty oraz wykonanie obowiązku zgodnie ze standardami zależy od działań Boga. Jeśli spełniasz swoją powinność, wykonujesz swój obowiązek, ale Bóg nie działa i nie mówi ci, co masz robić, wtedy nie będziesz znać swojej ścieżki, kierunku ani celów. Co ostatecznie z tego wyniknie? Będzie to zmarnowany wysiłek, nic na tym nie zyskasz. Tak więc wypełnianie swojego obowiązku zgodnie ze standardami i możliwość trwania w domu Bożym, zapewnianie podbudowy moralnej braciom i siostrom oraz zyskanie Bożej aprobaty zależy wyłącznie od Boga! Ludzie mogą robić tylko te rzeczy, do których są osobiście zdolni, które powinni robić i które leżą w obrębie ich wrodzonych możliwości – nic więcej. Dlatego rezultaty, jakie ostatecznie osiągniesz dzięki swojemu obowiązkowi, zależą od przewodnictwa Bożych słów oraz oświecenia Ducha Świętego, które pozwalają ci zrozumieć ścieżkę, cele, kierunek i zasady dostarczone przez Boga” („Zasady, jakimi należy się kierować w zachowaniu” w księdze „Wypowiedzi Chrystusa dni ostatecznych”). Słowa Boga pokazały mi, że swe dokonania zawdzięczałem tylko łasce Bożej i oświeceniu przez Ducha Świętego, a także Bożym omówieniom prawdy i zasad, a nie własnemu charakterowi czy zdolnościom. Bez przewodnictwa Bożych słów i oświecenia przez Ducha Świętego mogłem sobie mieć charakter i elokwencję, i tak nic bym nie osiągnął. Tą małą część pracy wykonałem jako powinności istoty stworzonej. To moja odpowiedzialność. Tak powinna postępować istota stworzona. To, co osiągamy, to nie nasz osobisty wkład czy kapitał. Jednak nie znałem własnej natury. Myślałem, że kilka osiągnieć to znak mojego talentu, potraktowałem to jako swoją przewagę. Byłem z siebie zadowolony, Bogu chciałem skraść chwałę. Co arogancja i bezrozumność! Wszystko, co osiągamy, pochodzi z oświecenia przez Ducha Świętego i Bożych słów. Sami niczego nie dokonamy. A tymczasem ja nie tylko, że nic nie osiągnąłem, to postępując arogancko, opóźniałem naszą pracę. Jak wtedy, gdy niewłaściwej osobie powierzyłem podlewanie, przez co wielu braci i sióstr nie mogło otrzymać wsparcia, którego potrzebowali. To poważnie zakłóciło pracę domu Bożego. Nie szukałem wcale zasad prawdy, nie prowadziłem innych do stosowania zasad. To znaczyło, że niczego nie osiągaliśmy i postępy pracy opóźniały się. Ale ja się nie zreflektowałem. Sam sobie tylko gratulowałem i stałem się bardziej arogancki, jakby kościół nie dał rady beze mnie. Ale Bóg mógł mnie oświecić, więc mógł też innych oświecić. Praca kościoła mogła toczyć się dalej po moim odejściu. Byłem tak zadufany, że uważałem się za niezastąpionego. Pomyślalem o Pawle w Wieku Łaski. Uważał, że swoją pracą zdobył kapitał, więc innych miał za nic. Mówił, że dorównuje innym apostołom, z góry patrzył na Piotra i często źle o nim mówił. Na koniec chciał swą pracą wymóc na Bogu koronę. Był tak arogancki, że graniczyło to z obłędem. Ja byłem taki sam, szedłem tą samą ścieżką co Paweł. Bez surowego sądu Bożego i karcenia nie ujrzałbym swych problemów, dalej bym się wywyższał. Uświadomiwszy to sobie, poczułem do siebie nienawiść. Chciałam wyznać swe winy i pokajać się przed Bogiem.

Przeczytałem te słowa Boże: „Czy ktoś wie, od ilu lat Bóg działa wśród całej ludzkości i pośród wszystkich rzeczy? Nikt nie wie, od ilu dokładnie lat Bóg działa i zarządza całą ludzkością; nie informuje On ludzi o takich sprawach. Ale gdyby szatan zajmował się tym przez jakiś czas, czy by to rozgłaszał? Z pewnością tak. Szatan lubi się popisywać, aby tym sposobem zwieść więcej ludzi, by więcej ludzi przypisywało mu zasługi. Dlaczego Bóg nie rozgłasza swojego przedsięwzięcia? W istocie Boga tkwią skromność i ukrytość. Co jest przeciwieństwem skromności i ukrytości? Arogancja, bezczelność i ambicja. (…) Prowadząc ludzkość, Bóg wykonuje wielkie dzieło i panuje nad całym wszechświatem. Jego autorytet i władza są olbrzymie, nigdy jednak nie powiedział: »Moje możliwości są niezwykłe«. Pozostaje ukryty pośród wszystkich rzeczy, przewodzi wszystkim, odżywia i zaopatruje całą ludzkość, pozwalając jej trwać z pokolenia na pokolenie. Weźmy na przykład powietrze i światło słońca lub wszystkie widzialne, materialne rzeczy niezbędne do ludzkiej egzystencji – wszystkie nieustannie napływają. Nie ma żadnych wątpliwości, że Bóg zaopatruje człowieka. A gdyby szatan zrobił coś dobrego, czy uczyniłby to bez rozgłosu i pozostał niedocenionym bohaterem? Nigdy. Podobnie w kościele są antychryści, którzy wcześniej podejmowali się niebezpiecznej pracy albo wykonywali kiedyś pracę szkodliwą dla ich własnych interesów, może nawet trafili do więzienia; są też tacy, którzy kiedyś w jakimś aspekcie przyczynili się dzieła domu Bożego. Nigdy o tym nie zapominają, myślą, że zasługują na dożywotnie uznanie i że jest to ich kapitał na całe życie – to tylko pokazuje, jak mali są ludzie! Ludzie są mali, a szatan jest bezwstydny” („Oni są źli, podstępni i kłamliwi (Część druga)” w księdze „Demaskowanie antychrystów”). „Bóg kocha ludzkość, opiekuje się ludzkością oraz wykazuje troskę o ludzkość, jak również ciągle i nieprzerwanie ją zaopatruje. W swoim sercu Bóg nigdy nie czuje, że jest to dodatkowa praca czy coś, co zasługuje na szczególne uznanie. Nie ma też poczucia, że zbawiając ludzkość, zaopatrując ją i obdarzając ją wszystkim, wnosi wielki wkład w życie ludzkości. On po prostu cicho i bezgłośnie zaopatruje ludzkość na swój własny sposób, poprzez swoją własną istotę oraz to, co On ma i czym jest. Niezależnie od tego, jak wielkie zaopatrywanie i jak wielką pomoc ludzkość otrzymuje od Boga, On nigdy o tym nie myśli ani nie stara się przypisać sobie zasługi. Decyduje o tym istota Boga, jest to też właśnie prawdziwym wyrazem Bożego usposobienia” („Boże dzieło, Boże usposobienie i Sam Bóg (I)” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Rozważałem słowa Boga i dostrzegłem łagodność Jego usposobienia i istoty. Bóg jest Stwórcą, który nad wszystkim panuje. Ponownie stał się ciałem, wyraża prawdy, by zbawić ludzkość, płaci za nas wielką cenę. Ale nigdy nie uważał, że to jakiś wielki dar dla ludzi. Nigdy się niczym nie przechwalał. Po prostu wykonuje całe swe dzieło bez aroganckiego popisywania się. Jest godzien naszej miłości i wiecznej chwały. Jest bezwartościowym człowiekiem, jestem niczym, a tyle było we mnie arogancji. Najmniejszy sukces uderzał mi do głowy, jakby do było opus magnum, ogromny wkład z mojej strony. Z góry patrzyłem na wszystkich i musiało być po mojemu. Byłem bezrozumny, zły i powierzchowny. Bóg jest pokorny i ukryty, jego istota jest łagodna. Czułem, jak wstrętne jest moje aroganckie usposobienie, pragnąłem poznać prawdy, by się go wyzbyć, by urzeczywistniać człowieczeństwo.

Na zgromadzeniu przeczytałem ten fragment słów Boga. Bóg Wszechmogący mówi: „Dzisiaj Bóg was sądzi, karci i potępia, lecz musisz zdawać sobie sprawę, że sednem tego potępienia jest umożliwienie ci poznania samego siebie. Bóg potępia, przeklina, sądzi i karci, żebyś ty mógł poznać siebie, żeby twoje usposobienie mogło ulec zmianie oraz, co więcej, żebyś mógł poznać swoją wartość i zrozumieć, że wszystkie Boże czyny są sprawiedliwe i zgodne z Jego usposobieniem oraz wymogami Jego dzieła, że działa on zgodnie ze swoim planem zbawienia człowieka oraz że jest sprawiedliwym Bogiem, który kocha, zbawia, sądzi i karci człowieka” („Powinieneś odłożyć na bok błogosławieństwa, jakie daje status, i zrozumieć Bożą wolę zbawienia człowieka” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Poruszyły mnie słowa Boga i trochę lepiej pojąłem Jego wolę. Pełniłem obowiązki arogancką, przysparzając kłopotów w domu Bożym, więc zgodnie z zasadami odsunięto mnie. Myślałem, że Bóg w ten sposób mnie obnaża i eliminuje, więc uznałem, że mnie potępił i nie będę zbawiony. W końcu pojąłem, że Bóg sprawił, że mnie odsunięto, i osądził mnie swymi słowami, by ujrzał własne zepsucie i pojął, że idą złą drogą. Bóg mnie zbawiał! Sąd i karcenie sprawiły mi ból, lecz było to cenne i ważne, to było moją ochroną. Bóg okazywał mi swoją miłość. Nieważne, jak Bóg nas dyscyplinuje, jest w tym Jego miłość i zbawienie.

Później wyznałem na zgromadzeniu, jaki byłem arogancki, jak krzywdziłem innych, jak się zreflektowałem po moim odsunięciu. Myślałem, że inni ze wstrętem zareagują na to, jaki byłem nieludzki, że nie będą chcieli mieć ze mną do czynienia, ale nic takiego się nie stało. Poczułem, że jeszcze więcej im zawdzięczam. Krzywdziłem wszystkich swoją arogancją, byłem nieludzki. Gdy wróciłem do pracy z braćmi i siostrami, trzymałem się z tyłu. Nie gardziłem innymi za ich wady, miałem lepsze podejście. Starałem się słuchać tego, co mówią inni, przestałem sobie tak bardzo ufać. Gdy przywódcy sprawdzali moją pracę, przyjmowałem to pokornie. Po pewnym czasie odmienił się mój stan, wróciłem na pozycję kierowniczą. Wiedziałem, że to Bóg mnie wynosi swą łaską. Wcześniej byłem arogancki, sprawiałem problemy, lecz Bóg mnie nie wyeliminował. Dał mi drugą szansę, by pełnić tak ważny obowiązek. Doświadczyłem Bożego miłosierdzia i łagodności. Później, pełniąc obowiązki, nie kierowałem się arogancją i samowolą, lecz bałem się Boga i nieustannie się do Niego modliłem. Gdy trafiałem na jakiś kłopot, omawiałem to z innymi, byśmy wspólnie szukali prawdy. Postępując tak przez czas jakiś, zdałem sobie sprawę, że jakość pracy naszego zespołu znacznie się poprawiła. Gdy robiłem wszystko po swojemu, wykańczało mnie to. Sporo zdarzyło mi się przeoczyć i nie miałem dobrych wyników. Teraz omawiam sprawy z braćmi i siostrami, pomagamy sobie nawzajem i dużo łatwiej radzimy sobie z problemami. Współpracując z innymi, dostrzegam ich mocne strony. Niektórzy ciężko pracują, nie szczędzą wysiłków. Niektórzy nie mają charakteru, ale są sumienni i wspierają pracę domu Bożego. Tych zalet ja nie posiadam. Nauczyłem się od braci i sióstr wiele rzeczy, dzięki którym nadrabiam własne braki. Takie życie jest łatwiejsze, więcej w nim wolności.

Rok później przywódca zwołał duże zgromadzenie, by każdy mógł podzielić się tym, czego się nauczył i doświadczył przez cały rok. Pograżyłem się w cichej refleksji o tym, czego się nauczyłem. Zrozumiałem, że Bóg ocalił mi życie przez to, że zostałem wyrzucony. Gdyby nie to, nie dostrzegłbym, jak poważna jest moja arogancja, że byłem zarozumiały tylko dlatego, że miałem jakieś talenty. Bóg mnie dyscyplinował, osądzał i karcił, a dzięki temu dostrzegłem swą szatańską naturę. Nauczyłem się też czegoś o sprawiedliwości Boga i nabrałem bojaźni Bożej. Wdzięczny jestem Bogu za zbawienie!

Koniec wszelkich rzeczy jest blisko. Czy chcecie wiedzieć, jak Pan wynagrodzi dobro i ukarze zło i ustali wynik człowieka, kiedy On powróci? Zapraszamy do kontaktu z nami, aby pomóc Ci znaleźć odpowiedź.

Powiązane treści

Koniec z popisami

Autorstwa Mo Wen, Hiszpania Pamiętam, jak w 2018 r. ewangelizowałem w kościele, a później odpowiadałem za ten obowiązek. Dostrzegałem...

Przejrzeć zło pastora

Autorstwa Xiaoci, Mjanma We wrześniu 2020 roku poznałem w Internecie jedną siostrę. Powiedziała mi, że Pan Jezus wrócił jako Bóg...

Zamieść odpowiedź

Połącz się z nami w Messengerze