Dzień po dniu w więzieniu KPCh

27 października 2019

Autorstwa Yang Yi, Chiny

Jestem chrześcijanką należącą do Kościoła Boga Wszechmogącego i wierzę Boga Wszechmogącego od ponad dziesięciu lat. Jedną z rzeczy, której nigdy nie zapomnę, były straszliwe udręki, jakie przeżyłam, gdy zostałam aresztowana przez policję KPCh dekadę temu. Wtedy też, chociaż byłam torturowana, poniżana przez złe demony i kilkakrotnie bliska śmierci, Bóg Wszechmogący wyciągnął swą potężną dłoń, by mnie prowadzić i chronić, przywrócić do życia i uratować… Dzięki temu naprawdę doświadczyłam transcendencji i wielkości Bożej siły życiowej i zyskałam bezcenne bogactwo życia, jakim obdarował mnie Bóg.

Był 23 stycznia 2004 roku (drugi dzień Chińskiego Nowego Roku). Musiałam odwiedzić pewną siostrę z kościoła, która znalazła się w tarapatach i pilnie potrzebowała pomocy. Ponieważ mieszkała daleko ode mnie, musiałam wcześnie wstać, żeby wziąć taksówkę, by móc wrócić jeszcze tego samego dnia. Wyszłam z domu o brzasku. Oprócz robotników sprzątających śmieci na ulicach nie było żywej duszy. Niespokojnie wypatrywałam taksówki, ale żadnej nie było w pobliżu. Poszłam na postój taksówek, żeby na jakąś zaczekać. Gdy zobaczyłam, że jakaś taksówka nadjeżdża, weszłam na ulicę, by ją zatrzymać, ale okazało się, że był to pojazd należący do Biura Ochrony Środowiska. Zapytali mnie, dlaczego ich zatrzymałam. „Przepraszam, pomyliłam się. Myślałam, że to taksówka”, odparłam. „Naszym zdaniem rozwieszałaś nielegalne plakaty” – odpowiedzieli. „Widzieliście, żebym to robiła? Gdzie te plakaty, które rozwieszałam?”, zapytałam. Nie dając mi szansy obrony, trzech z nich ruszyło w moją stronę i, nie pytając o pozwolenie, przeszukali moją torbę. Wszystko z niej wyciągnęli – kopię kazania, notes, portfel, telefon komórkowy, pager, którego już nie używałam itd. Ich zainteresowanie wzbudziła kopia kazania i notes. Widząc, że nie mam w torebce plakatów, wzięli kopię kazania i powiedzieli: „Może i nie rozwieszałaś nielegalnych plakatów, ale wierzysz w Boga Wszechmogącego”. Potem zadzwonili do Wydziału ds. Religii Brygady Bezpieczeństwa Narodowego. Niebawem przyjechało czterech funkcjonariuszy Brygady Bezpieczeństwa Narodowego. Gdy tylko zobaczyli zawartość mojej torebki, od razu wiedzieli, że jestem wyznawczynią Boga Wszechmogącego. Nie dając mi dojść do słowa, wcisnęli mnie do samochodu, po czym zablokowali drzwi, żebym nie uciekła.

Kiedy przyjechaliśmy do siedziby Biura Bezpieczeństwa Publicznego, policjanci wprowadzili mnie do jakiegoś pokoju. Jeden z nich majstrował przy moim pagerze i telefonie komórkowym, próbując coś znaleźć. Włączył telefon, ale okazało się, że stan baterii jest bardzo niski, po czym telefon padł. Choć ów policjant robił, co w jego mocy, nie mógł włączyć komórki. Trzymając w dłoni telefon, wyglądał na zmartwionego. Ja również byłam zdziwiona – przecież rano naładowałam baterię. Jak to możliwe, że tak szybko się wyładowała? Nagle zdałam sobie sprawę, że w cudowny sposób sprawił to Bóg, by uniemożliwić policji zdobycie jakichkolwiek informacji na temat innych braci i sióstr. Zrozumiałam również wypowiedziane przez Boga słowa: „Wszystkie bez wyjątku rzeczy, tak żywe, jak i martwe, będą przemieszczać się, zmieniać, odnawiać i znikać zgodnie z Bożym zamysłem. W ten właśnie sposób Bóg sprawuje kontrolę nad wszystkimi rzeczami” („Bóg jest źródłem ludzkiego życia” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Rzeczywiście, wszelkie rzeczy i zdarzenia są w ręku Boga. Żywe czy nieożywione, wszystkie rzeczy podlegają zmianie wedle Bożych myśli. Właśnie wtedy zyskałam prawdziwe zrozumienie tego, w jaki sposób Bóg sprawuje pieczę nad wszystkimi rzeczami i wszystko planuje. Co więcej, zyskałam pewność, że muszę zdać się na Boga, by stawić czoła zbliżającemu się przesłuchaniu. Wskazując na rzeczy, które miałam w torebce, policjant spytał oskarżycielskim tonem: „To dowodzi, że z całą pewnością nie jesteś szeregowym członkiem kościoła. Musisz należeć do kadry zarządzającej, musisz być kimś ważnym, bo przywódcy niższego szczebla nie mają pagerów ani telefonów komórkowych. Mam rację?”. „Nie wiem, o czym pan mówi”, odparłam. „Tylko tak udajesz!”, wrzasnął policjant, po czym nakazał, żebym przykucnęła i zaczęła mówić. Widząc, że nie zamierzam współpracować, policjanci otoczyli mnie i zaczęli mnie bić i kopać – jakby chcieli mnie zabić. Z zakrwawioną i opuchniętą twarzą, czując ból w całym ciele, osunęłam się na podłogę. Byłam wściekła. Chciałam im przemówić do rozsądku, wszystko wytłumaczyć: „Co ja takiego zrobiłam? Dlaczego mnie bijecie?” Jednak nie mogłam im przemówić do rozsądku, bo z rządem KPCh nie da się rozmawiać rozsądnie. Byłam zdezorientowana, ale nie chciałam być poddawana takiemu biciu. Nie wiedziałem, co mam robić, ale nagle coś do mnie dotarło: ponieważ wszyscy ci diabelscy policjanci z rządu KPCh zachowują się tak niedorzecznie i są głusi na argumenty, nic im nie muszę mówić. Będzie lepiej, jak zachowam milczenie – w ten sposób na nic im się nie przydam. Jak tylko o tym pomyślałam, przestałam zwracać uwagę na to, co mówią. Widząc, że ich taktyka nie robi na mnie wrażenia, policjanci wpadli we wściekłość i chwycili się jeszcze bardziej barbarzyńskich metod: zaczęli mnie torturować, żeby wydobyć jakieś zeznania. Przykuli mnie kajdankami do przyśrubowanego do podłogi metalowego krzesła. Byłam w takiej pozycji, że nie mogłam ani przykucnąć, ani stanąć prosto. Jeden z nich położył moją dłoń – tę, która nie była skuta kajdankami – na krześle i zaczął ją miażdżyć butem, przestając dopiero wtedy, gdy cała była posiniaczona, podczas gdy inny policjant zaczął deptać moje stopy swymi skórzanymi buciorami, próbując zmiażdżyć mi palce. Poczułam wtedy niewiarygodny, przeszywający ból, promieniujący wprost do serca. Następnie torturowało mnie na zmianę sześciu czy siedmiu policjantów. Jeden z nich skupił się na moich stawach i ściskał je z taką siłą, że jeszcze miesiąc później nie mogłam zgiąć ręki. Inny chwycił mnie za włosy i zaczął potrząsać na boki moją głową, a potem siłą odgiął ją w tył tak, że patrzyłam w górę. „Przypatrz się niebu i sprawdź, czy jest tam Bóg!”, powiedział z nienawiścią w głosie. Trwało to do zapadnięcia nocy. Ponieważ widzieli, że niczego ze mnie nie wycisną, i ponieważ był Chiński Nowy Rok, wysłali mnie prosto do aresztu.

Kiedy przybyłam do aresztu, strażnik kazał jednej z więźniarek mnie rozebrać i wrzucić moje ubrania do kosza. Następnie zmusili mnie do założenia brudnego, cuchnącego więziennego kombinezonu. Strażnicy zamknęli mnie w celi, a potem rzucili kłamliwie w stronę innych więźniarek: „Ta tutaj robiła, co mogła, żeby rozbić rodziny innych. Zrujnowała masę rodzin. Kłamie, oszukuje uczciwych ludzi i zakłóca porządek publiczny…”. Tak oszukane przez strażników, wszystkie więźniarki stwierdziły, że zostałam potraktowana zbyt łagodnie i że ktoś tak zły jak ja zasługuje tylko na pluton egzekucyjny! Usłyszawszy to, poczułam wściekłość, ale nic nie mogłam zrobić. Na nic się nie zdały moje próby stawienia oporu: sprowadziły na mnie tylko kolejne tortury i akty barbarzyństwa. Strażnicy kazali więźniarkom codziennie recytować regulamin aresztu: „Przyznaj się do popełnionych przestępstw i podporządkuj się prawu. Namawianie innych do popełnienia przestępstwa jest zabronione. Organizowanie się w gangi jest zabronione. Bójki są zabronione. Prześladowanie i obrażanie innych jest zabronione. Fałszywe oskarżanie innych jest zabronione. Zabieranie innym ich jedzenia czy własności jest zabronione. Robienie innym brzydkich kawałów jest zabronione. Więzienni prześladowcy będą tępieni. Każdorazowe naruszenie tych zasad niezwłocznie należy zgłosić strażnikowi więziennemu albo posterunkowemu. Nie wolno zatajać faktów ani chronić więźniów, którzy naruszyli niniejszy regulamin. Regulamin ten należy stosować w sposób humanitarny (…)”. Tymczasem w rzeczywistości strażnicy zachęcali inne więźniarki do znęcania się nade mną, pozwalając im na to, by codziennie mnie dręczyły: kiedy na zewnątrz było minus 8 czy minus 9 stopni, więźniarki nasączały mi buty wodą; w tajemnicy przede mną wlewały mi wodę do jedzenia; wieczorami, kiedy spałam, moczyły mój waciak; kazały mi spać obok kibla, często ściągały ze mnie w nocy kołdrę i ciągnęły mnie za włosy, żebym nie mogła zasnąć; podkradały kluski na parze z mojej porcji; zmuszały mnie do czyszczenia kibla i wpychały mi w usta swoje przeterminowane lekarstwa, nie pozwalały mi się wypróżnić… Jeśli nie chciałam czegoś zrobić, zmawiały się i mnie biły – a wtedy dyżurujący strażnicy częstokroć nagle gdzieś znikali albo udawali, że nic nie widzą; czasem nawet kryli się nieco dalej i wszystko obserwowali. Jeśli więźniarki wytrzymały kilka dni, nie pastwiąc się nade mną, strażnicy więziennemu zachęcali inne więźniarki do bicia mnie. Brutalność strażnika sprawiła, że poczułam do nich nienawiść. Gdybym nie zobaczyła tego na własne oczy i osobiście nie doświadczyła, nigdy nie uwierzyłabym, że rząd KPCh, rzekomo tak dobrotliwy i moralny, może być czymś tak mrocznym, budzącym lęk i przerażającym – nigdy też nie ujrzałabym jego prawdziwej natury, natury oszukańczej i fałszywej. Wszystkie te gadki o „służeniu ludowi, tworzeniu cywilizowanego i harmonijnego społeczeństwa” – to kłamstwa obliczone na oszukiwanie i mamienie ludzi, jest to trik, środek służący temu, by władza mogła się upiększyć i zyskać uznanie, na które nie zasługuje. W tym też czasie przyszły mi na myśl słowa Boga: „Nic więc dziwnego, że Bóg wcielony pozostaje całkowicie ukryty. W społeczeństwie tak mrocznym jak to, w którym demony są bezlitosne i okrutne, jakże król diabłów, który zabija ludzi w mgnieniu oka, mógłby tolerować istnienie Boga, który jest wspaniały, życzliwy, a także święty? Jak mógłby oklaskiwać i przyjmować wiwatami przybycie Boga? Ci przeklęci pachołkowie! Za życzliwość odpłacają nienawiścią, już od dawna gardzą Bogiem i obrzucają Go oblegami, są skrajnie okrutni, nie mają najmniejszego szacunku dla Boga, grabią i łupią, zatracili resztki sumienia i postępują zupełnie wbrew sumieniu, niewinnego zaś kuszą, aż zupełnie straci rozum. Przodkowie starożytnych? Umiłowani przywódcy? Wszyscy oni sprzeciwiają się Bogu! Ich ingerencje sprawiły, że cała kraina pod niebem pogrążyła się w ciemności i chaosie! Wolność religijna? Uzasadnione prawa i interesy obywateli? Wszystko to sztuczki mające ukryć grzech!” („Dzieło i wejście (8)” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Chcąc mnie zmusić do zaparcia się i zdrady Boga, KPCh torturowała i maltretowała mnie bez opamiętania – a jednak partia nie miała pojęcia, że im bardziej mnie torturuje, tym wyraźniej widzę jej diabelską twarz i tym bardziej pogardzam nią i z całego serca ją odrzucam. Byłam bardziej zdecydowany w naśladowaniu Boga.

Widząc, że nie uda im się mnie wyciągnąć jakichkolwiek informacji, na których im zależało, policjanci nie szczędzili trudu – czy to siły ludzkich mięśni, czy to zasobów materialnych i finansowych – w rożnych miejscach szukając dowodu, że wierzę w Boga. Po trzech miesiącach nic się nie zmieniło, a ich starania spełzły na niczym. W końcu wyciągnęli asa z rękawa: znaleźli specjalistę od przesłuchań. Podobno każdy, kogo doń sprowadzano, był poddawany trzem rodzajom tortur, które dotychczas były skuteczne wobec wszystkich. Pewnego dnia przyszli do mnie czterej funkcjonariusze i powiedzieli: „Zabieramy cię dzisiaj do nowego domu”. Po czym wcisnęli mnie do więźniarki, kajdankami skuli ręce na plecach, a na głowę założyli kaptur. Nie wiedziałam, jak zamierzali mnie torturować, więc trochę się zdenerwowałam. Właśnie wtedy pomyślałam o słowach Pana, „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swoje życie z mojego powodu, znajdzie je” (Mt 16:25). Słowa Pana dodały mi wiary i siły. Jeśli chcemy wierzyć w Boga i podążać za Nim w tej demonicznej metropolii, jaką są Chiny, musimy mieć odwagę, by poświęcić nasze życie. Ja również byłam gotowa umrzeć dla Boga. Ku mojemu zaskoczeniu, znalazłszy się w furgonetce, niechcący usłyszałam rozmowę diabelskich policjantów. Wyglądało na to, że wiozą mnie na kolejne przesłuchanie. Ach! Nie wieźli mnie na egzekucję – a już byłam przygotowana na śmierć jako męczennica Boga! Gdy tylko o tym pomyślałam, z jakiegoś nieznanego mi powodu jeden z policjantów zacisnął sznur kaptura, który miałam na głowie. Wkrótce zaczęłam odczuwać silny dyskomfort – miałam wrażenie, jakby chcieli mnie udusić. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę zamierzają zamęczyć mnie na śmierć. W owej chwili pomyślałam o tym, jak uczniowie Jezusa poświęcili się, żeby głosić ewangelię. Nie zamierzałam być tchórzem. Nawet gdybym miała umrzeć, ani myślałam ich błagać o poluzowanie sznura, a tym bardziej nie zamierzałam przyznać się do porażki. Nie potrafiłam jednak zapanować nad sobą: straciłam przytomność i osunęłam się na nich. Widząc, co się stało, policjanci szybko poluzowali sznurek kaptura. Miałam pianę na ustach i nie mogłam przestać wymiotować, jakbym miała zwrócić wszystkie wnętrzności. Miałam zawroty głowy i czułam w głowie pustkę, nie mogłam otworzyć oczu. Byłam bez sił, jakby sparaliżowana. Czułam w ustach coś lepkiego, czego nie mogłam się pozbyć. Zawsze byłam delikatna i po tak brutalnym traktowaniu czułam, że jestem w tarapatach i że w każdej chwili mogę umrzeć. Pośród bólu modliłam się do Boga: „Boże! Obojętne, czy będę żyła, czy umrę, jestem gotowa być Ci posłuszna. Proszę, żebyś czuwał nad moim sercem, tak bym mogła podporządkować się temu wszystkiemu, co zaplanujesz i koordynujesz”. Jakiś czas później furgonetka zajechała pod budynek hotelu. Czułam olbrzymią słabość i nie mogłam otworzyć oczu. Zanieśli mnie do jakiegoś dźwiękoszczelnego pokoju. Słyszałem w nim tylko dźwięki wydawane przez otaczających mnie pachołków władzy KPCh, którzy rozmawiali o mnie i mówili, że jestem jak druga Liu Hulan. „Ależ odkrycie, to imponujące! – mówili. – Jest jeszcze twardsza niż Liu Hulan!”. Gdy to usłyszałam, poczułam w sercu falę ekscytacji. Zrozumiałam, że zdanie się na wiarę i na Boga na pewno przyniesie zwycięstwo nad szatanem i że szatan leży u stóp Boga! Dziękowałam Bogu i Go wysławiałam. W owej chwili zapomniałam o bólu. Mogąc sławić Boga, czułam niesamowitą satysfakcję. Wkrótce potem przybył „ekspert od przesłuchań”, o którym mówili policjanci. Już od progu krzyknął: „Gdzie ta głupia suka? Niech się jej przyjrzę!”. Stanął przede mną i chwycił mnie w swoje łapska. Uderzywszy mnie kilkanaście razy w twarz, zadał mi kilka silnych ciosów w klatkę piersiową i w plecy, a potem ściągnął swój skórzany but i uderzył mnie nim w twarz. Pobił mnie tak, że nie miałam już uczucia, jakby w moich ustach i żołądku było coś, czego nie mogę się pozbyć. Nie czułam się już jak oszołomiona i mogłam otworzyć oczy. Stopniowo odzyskiwałam czucie w kończynach i czułam, jak wracają mi siły. Następnie brutalnie chwycił mnie za ramiona i pchnął mnie na ścianę, nakazując, bym na niego patrzyła i odpowiadała na pytania. Widząc, że nie zwracam na niego uwagi, wściekł się i próbował wywołać jakąś reakcję z mojej strony, szkalując i oczerniając Boga oraz bluźniąc przeciw Niemu. Stosował najbardziej godne pogardy, najplugawsze środki, by mnie sprowokować, i rzekł do mnie złowieszczo: „Celowo dręczę cię tym, co nieznośne dla twojego ciała i duszy, żebyś cierpiała ból, którego normalny człowiek nie udźwignie: wkrótce będziesz się modliła o śmierć. Na koniec będziesz mnie błagała, żebym zostawił cię w spokoju i dopiero wtedy zaczniesz mówić z sensem i przyznasz, że twój los nie jest w rękach Boga, ale w moich. Jeśli zechcę, żebyś umarła, od razu tak się stanie. Jeśli zechcę, żebyś żyła, będziesz żyła; obojętne, jak wielki ból zechcę ci zadać, ty będziesz go znosić. Twój Bóg Wszechmogący cię nie ocali – przeżyjesz tylko jeśli będziesz nas błagać, żebyśmy cię oszczędzili”. Stojąc twarzą w twarz z tymi plugawymi, bezwstydnymi, nikczemnymi łotrami, tymi dzikimi zwierzętami, tymi złymi demonami, naprawdę chciałam się na nich rzucić. „Wszystkie rzeczy na niebie i ziemi zostały stworzone przez Boga i podlegają Jego władzy”, pomyślałam. „Mój los również podlega władzy i zarządzeniom Boga. Bóg jest Sędzią życia i śmierci; wydaje wam się, że umrę tylko dlatego, że wy tak chcecie?”. W tej chwili moje serce wypełniała wściekłość. Wszystkie nikczemne czyny, jakich policjanci dopuścili się wobec mnie, oraz wszystkie bluźnierstwa i wymierzone przeciw Bogu słowa, które dzisiaj wypowiedzieli, wyraźnie obnażają ich demoniczną istotę – ich nienawiść do prawdy i bunt przeciw Bogu – i będą stanowić dowody niezbędne do tego, aby Bóg ich potępił, ukarał i zniszczył.

Moja odmowa przyznania się do czegokolwiek kosztowała rzekomego mistrza przesłuchań utratę twarzy. Wściekle wykręcił mi jedną rękę na plecy, a drugą za ramię i ciasno skuł mnie kajdankami. Po niespełna trzydziestu minutach duże krople potu zaczęły mi ściekać po twarzy i wpadać do oczu, tak że nie mogłam ich otworzyć. Widząc, że nadal nie zamierzam odpowiadać na jego pytania, przesłuchujący rzucił mnie na podłogę, a potem uniósł mnie, trzymając za kajdanki. Natychmiast poczułam rozdzierający ból rąk, jakby mi je złamano. Tak bardzo mnie bolało, że z trudem oddychałam. Następnie pchnął mnie na ścianę i kazał pod nią stać. Pot zalewał mi oczy. Czułam wielki ból i całe moje ciało spływało potem – nawet w butach miałam mokro. Zawsze byłam wątła i w owej chwili upadłam. Mogłam jedynie ciężko dyszeć. Demon stał z boku i patrzył na mnie. Nie wiem, co zobaczył – może się bał, że jeśli umrę, obwinią go o to – ale szybko wziął garść chusteczek higienicznych i otarł mój pot, po czym podał mi kubek wody. Robił to mniej więcej co pół godziny. Nie wiem, jak wtedy wyglądałam. Zdaje się, że raczej przerażająco, bo mogłam tylko ciężko oddychać ustami, jakbym straciła zdolność wciągania powietrza nosem. Wargi miałam spieczone i spękane, a oddychałam resztką sił. Znowu poczułam zbliżającą się śmierć – może tym razem naprawdę umrę. Ale właśnie wtedy pomyślałam o Łukaszu, jednym z uczniów Jezusa, i o tym, że został skazany na śmierć przez powieszenie. Nagle poczułam w sercu przypływ sił i raz za razem powtarzałam sobie jedną jedyną rzecz: „Łukasz umarł powieszony. Ja też muszę być Łukaszem, muszę być Łukaszem, być Łukaszem… Chętnie wypełniam Boży plan i Boże zarządzenia, chcę być wobec Boga lojalna aż do śmierci – jak Łukasz”. Gdy ból stał się nie do zniesienia, a ja znalazłam się na granicy śmierci, nagle usłyszałam, jak jeden z policjantów mówi, że aresztowano kilku braci i kilka sióstr, wierzących w Boga Wszechmogącego. Byłam wstrząśnięta: więcej braci i sióstr trafi na tortury. Ze szczególną brutalnością obchodzili się z braćmi. Moje serce wypełniła troska. Bezgłośnie modliłam się za nich. Być może dotknął mnie Duch Święty; im zaś intensywniej się modliłam, tym bardziej byłam natchniona. Nie zdając sobie z tego sprawy, zapomniałam o bólu. Dobrze wiedziałam, że są to mądre zarządzenia Boga; Bóg miał na uwadze moją słabość i prowadził mnie przez ten najbardziej bolesny dla mnie czas. Owej nocy nie dbałam już o to, jak traktuje mnie zła policja, nie zwracałam też najmniejszej uwagi na zadawane mi pytania. Widząc, co się dzieje, policjanci puścili w ruch pięści i zmasakrowali mi twarz, a potem chwycili mnie za włosy i zaczęli za nie ciągnąć. Moje uszy były opuchnięte od wykręcania, moja twarz była zniekształcona nie do poznania, moje pośladki i uda były całe w siniakach i ranach, ponieważ bili mnie grubym kawałkiem drewna, którym miażdżyli mi też palce u stóp, tak że były całe posiniaczone. Ponieważ policjanci przez sześć godzin podwieszali mnie za skute kajdankami ręce, kiedy je rozkuto, mięso poniżej kciuka lewej ręki prawie odeszło od kości, trzymała się na niej tylko cienka warstwa. Ponadto nie było mowy, żeby ponownie założyć mi kajdanki, ponieważ ich ucisk sprawił, że cały lewy nadgarstek pokrywały żółte pęcherze. Wówczas do pokoju weszła policjantka, robiąca wrażenie wysoko postawionej. Zlustrowała mnie od stop do głów i powiedziała: „Tej nie możecie już więcej bić – wygląda, jakby zaraz miała umrzeć”. Policjanci zamknęli mnie w jednym z pokoi hotelowych. Zasłony przez całą dobę były szczelnie zasunięte. Wyznaczono kogoś do pilnowania drzwi, do pokoju nie miał wstępu nikt z obsługi, nikt też nie mógł zobaczyć, jak mnie torturują i maltretują. Przesłuchiwali mnie po kolei bez chwili wytchnienia. Przez pięć dni i nocy nie pozwolili mi spać, nie pozwolili mi usiąść ani przykucnąć, nie mogłam też nic zjeść. Wolno mi było tylko stać opierając się o ścianę. Któregoś dnia przyszedł mnie przesłuchać jakiś urzędnik. Widząc, że go ignoruję, wpadł we wściekłość i kopniakiem posłał mnie pod stół. Następnie mnie stamtąd wyciągnął i zdzielił mnie w twarz, aż z kącika ust popłynęła mi krew. Chcąc uniknąć sytuacji, w której ktoś zobaczyłby jego brutalność, szybko zamknął drzwi, by nikt nie wszedł do pokoju. Następnie oderwał pełną garść papieru higienicznego i otarł mi krew z twarzy, przemywając ją wodą i ścierając krew z podłogi. Rozmyślnie poplamiłam krwią swój biały sweter. Kiedy jednak wróciłam do aresztu, policjanci powiedzieli pozostałym więźniarkom, że obecność krwi na moim ubraniu trzeba złożyć na karb mojego – poświadczonego – pobytu w szpitalu psychiatrycznym, w którym, jak powiedzieli, spędziłam ostatnie siedem dni. Rany i krew na moim ciele to sprawka pacjentów – oni, policja, nawet mnie nie tknęli… To okrucieństwo było dla mnie dowodem bezwzględności, podstępnej chytrości i bestialstwa policji ludowej. Jednocześnie głęboko doceniłam pociechą i troską dla mnie. Ilekroć mój ból osiągał apogeum, Bóg mnie oświecał i prowadził, dodając mi wiary i siły, tym samym dodając mi odwagi, bym mogła świadczyć o Nim. Kiedy wskutek barbarzyństwa nikczemnych policjantów znalazłam się na skraju śmierci, Bóg sprawił, że usłyszałam wieści o aresztowaniu innych braci i sióstr, i wykorzystał ten fakt, by dać mi impuls do modlitwy za nich, tak że w końcu zapomniałam o własnym bólu i – nawet tego nie wiedząc – przezwyciężyłam ograniczenia śmierci. Dzięki temu, że szatan działał jako złe i nikczemne narzędzie kontrastu, przekonałam się, że tylko usposobienie Boga jest symbolem sprawiedliwości i dobroci. Tylko Bóg wszystkim włada i wszystkim zarządza. Posłużył się On swą wielką mocą i mądrością, by czuwać nad każdym moim krokiem, tak bym mogła przetrwać oblężenie legionu demonów, bym mogła przezwyciężyć słabość ciała i ograniczenia śmierci, tym samym umożliwiając mi przetrwanie w tej mrocznej jamie. Kiedy pomyślałam o Bożej miłości i o Bożym zbawieniu, poczułam wielkie natchnienie i postanowiłam walczyć z szatanem do samego końca. Nawet jeśli miałabym zgnić w więzieniu, będę nieustępliwie trwała przy swoim świadectwie i uraduję Boga.

Wypróbowawszy wszystkie możliwe środki, policjanci niczego ze mnie nie wydobyli. W końcu stwierdzili z przekonaniem: „KPCh jest jak stal, ale ci, którzy wierzą w Boga Wszechmogącego, są jak diament – pod każdym względem są lepsi od KPCh”. Słysząc te słowa, mogłam się w sercu tylko cieszyć i wysławiać Boga: „Boże, dziękuję Ci i Cię wysławiam! Dzięki swej wszechmocy i mądrości zwyciężyłeś szatana i pokonałeś swoich wrogów. Jesteś najwyższym panem, niechaj Cię opromieni chwała!”. Dopiero w owej chwili pojęłam, że niezależnie od tego, jak okrutna byłaby KPCh, władza i kontrola nad nią są w rękach Boga. Tak jak głoszą Boże słowa: „Wszystkie rzeczy w niebiosach i na ziemi muszą dostać się pod jego panowanie. Nie mogą mieć żadnego wyboru i wszystkie muszą poddać się Jego planowym działaniom. Zostało to zarządzone przez Boga i stanowi autorytet Boga” („Sukces i porażka zależą od ścieżki, którą idzie człowiek” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”).

Pewnego dnia policjanci przyszli, by poddać mnie kolejnemu przesłuchaniu. Tym razem wszyscy wydawali się nieco dziwni. Rozmawiając, patrzyli na mnie, ale nie wydawało się, by zwracali się właśnie do mnie. Sprawiali wrażenie, jakby o czymś dyskutowali. Podobnie jak wcześniej, również i to przesłuchanie spełzło na niczym. Później funkcjonariusze zabrali mnie z powrotem do celi. Idąc tam, w pewnej chwili usłyszałam, jak mówią, że wygląda na to, iż wypuszczą mnie pierwszego następnego miesiąca. Kiedy to usłyszałam, z ekscytacji serce niemal wyskoczyło mi z piersi: „To znaczy, że za trzy dni będę wolna!”, pomyślałam. „W końcu mogę zostawić to piekło pełne demonów!”. Tłumiąc radość wypełniającą moje serce, niecierpliwie śledziłam upływ mijających sekund. Te trzy dni były dla mnie jak trzy lata. W końcu nadszedł pierwszy dzień kolejnego miesiąca! Tego dnia uporczywie wpatrywałam się drzwi, czekając, aż ktoś wywoła moje nazwisko. Minął poranek i nic się nie stało. Wszystkie swoje nadzieje ulokowałam w myśli, że wyjdę po południu – ale nastał wieczór, a nadal nic się nie wydarzyło. Kiedy nadszedł czas wieczornego posiłku, nie chciało mi się jeść. W sercu miałam poczucie straty; w owej chwili czułam się tak, jakby moje serce spadło z nieba w czeluść piekła. „Dlaczego ona nie je?”, zapytał strażnik więzienny. „Niewiele zjadła, odkąd tamtego dnia wróciła z przesłuchania”, odparła jedna z więźniarek. „Dotknij jej czoła; nie ma gorączki?”, powiedział strażnik. Jedna z więźniarek podeszła do mnie i dotknęła mojego czoła. Powiedziała, że jest bardzo rozpalone i że mam gorączkę, i rzeczywiście tak było. Choroba pojawiła się nagle i mój stan był bardzo poważny. Chwilę później osunęłam się na posadzkę. W ciągu dwóch następnych godzin gorączka wciąż rosła. Rozpłakałam się. Wszyscy, łącznie ze strażnikiem, patrzyli, jak płaczę. Wszyscy byli skonsternowani: postrzegali mnie jako osobę, która ani nie dała się skusić marchewką, ani nie przestraszyła się kija, ani razu nie uroniła łzy w obliczu bolesnych tortur i bez jęku wytrzymała sześciogodzinne podwieszanie za kajdanki. A teraz, nie poddawana żadnym torturom, płakałam. Nie wiedzieli, dlaczego płaczę – po prostu myśleli, że muszę być bardzo chora. W istocie, tylko Bóg i ja sama znaliśmy przyczynę, czyli moja buntowniczość i moje nieposłuszeństwo. Łzy płynęły mi po twarzy, ponieważ czułam rozpacz, gdy moje oczekiwania nie zostały spełnione, a moje nadzieje się nie ziściły. Były to łzy buntu i smutku. W owej chwili nie chciałam już trwać w postanowieniu, niesienia świadectwa o Bogu. Nie miałam nawet na tyle odwagi, by jeszcze raz poddać się takiej próbie. Tego wieczoru wylewałam łzy rozpaczy, ponieważ nienawidziłam tego strasznego miejsca, miałam dosyć życia w więzieniu i gardziłam tymi demonami. Nie chciałam tam spędzić ani sekundy dłużej. Im więcej o tym myślałam, tym większe odczuwałam przygnębienie, smutek i żałość i tym bardziej czułam się samotna. Czułam się jak mała łódka na morzu; łódka, którą w każdej chwili może pochłonąć woda. Co więcej, miałam poczucie, że ludzie mnie otaczający są podstępni i podli, i że mogą w każdej chwili wyładować na mnie swój gniew. Wciąż modliłam się do Boga i przyszły mi do głowy te słowa: „Dla każdego, kto stara się miłować Boga, nie ma prawd nieosiągalnych ani sprawiedliwości, za którą nie mógłby się stanowczo opowiedzieć. Jak powinieneś żyć? Jak powinieneś miłować Boga i wykorzystać tę miłość do spełnienia Jego pragnień? Nie ma w twoim życiu nic ważniejszego. Ponad wszystko zaś musisz posiadać takie aspiracje oraz wytrwałość i nie powinieneś być jak ci bojaźliwi, słabi ludzie bez charakteru. Musisz się nauczyć, jak doświadczać znaczącego życia, jak doświadczać znaczących prawd; nie powinieneś traktować siebie powierzchownie” („Doświadczenia Piotra: jego znajomość karcenia i sądu” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Słowa Boga dały mi wiarę. Pomyślałam o tym, jak uroczyście przysięgłam przed Bogiem, że bez względu na to, jak bardzo będę cierpieć, będę świadkiem i zawstydzam szatana. Ale kiedy czekałam przez długi czas na policyjne tortury, straciłam determinację i miałam nadzieję, że tylko na dzień będę mogła uciec z tego okropnego miejsca. Jak to było z uległością? Jak to było z jakimkolwiek świadectwem? Modląc się do Boga, przysięgłam, że nawet gdyby oznaczało to spędzenie całego mojego życia w więzieniu, nigdy nie ulegnę szatanowi. Będę nieść świadectwo o Bogu i upokorzyć szatana. Następnie, 6 grudnia 2005 roku, zostałam zwolniona, kończąc to piekielne więzienne życie.

Doświadczyłam tego aresztowania i prześladowań, ale mimo tego, że moje ciało znosić męki, rozwinęłam w sobie umiejętność rozróżniania i intuicję oraz na własne oczy zobaczyłam, że rząd KPCh jest ucieleśnieniem szatana-diabła, bandą morderców gotowych zabijać ludzi bez mrugnięcia okiem, ale również zrozumiałam Bożą wszechmoc i mądrość, jak również Jego sprawiedliwość i świętość; zaczęłam doceniać dobre intencje Boga, który mnie ocalił, oraz opiekę i ochronę, jakimi mnie otoczył, tym samym pozwalając mi, w obliczu okrucieństwa szatana, stopniowo go pokonać i trwać przy swoim świadectwie. Począwszy od tego dnia pragnę bez reszty oddać Bogu całe moje jestestwo i niewzruszenie podążać za Bogiem, aby jak najszybciej mógł On mnie pozyskać.

Skontaktuj się z nami w dowolnym czasie, jeśli w swojej wierze napotykasz na jakieś trudności czy wątpliwości.

Powiązane treści

Boże światło prowadzi mnie przez przeciwności losu

Jako dziecko mieszkałam w górach. Nie znałam świata i, szczerze mówiąc, nie miałam większych aspiracji. Wyszłam za mąż i urodziłam dzieci. Moi dwaj synowie wyrośli na rozsądnych i posłusznych chłopców, a mój mąż nie bał się ciężkiej pracy. Chociaż nigdy nie mieliśmy dużo pieniędzy, w naszej rodzinie panowała harmonia, a ja czułam się bardzo szczęśliwa i zadowolona. W 1996 roku nagle zachorowałam na poważną chorobę, która poprowadziła mnie do wiary w Pana Jezusa. Od tamtego czasu często czytałam Biblię i aktywnie uczestniczyłam w zgromadzeniach kościelnych. Ku mojemu zdziwieniu, mój stan stopniowo zaczął się poprawiać, dlatego moja wiara w Pana Jezusa jeszcze się umocniła.

Zamieść odpowiedź